Słuchaj swojego serca

Kiedy byłam mała, mama pytała mnie, czy wyskoczę przez okno tylko dlatego, że moi przyjaciele tak zrobią. To pytanie bardzo mnie złościło. Jej podejściu może brakowało finezji, ale próbowała przekazać mi ważną życiową lekcję. Naucz się myśleć samodzielnie i słuchaj swojego serca, w przeciwnym razie wpad­niesz w tarapaty.

Czasem słuchanie siebie okazuje się trudne, zwłaszcza gdy ce­nisz opinię swoich przyjaciół. W naszej kulturze panuje przeko­nanie, że jeśli coś ma się zdarzyć, to będzie przebiegało gładko, natomiast jeśli coś nie ma się wydarzyć, pojawią się przeszkody, by temu zapobiec.

Kiedy mój były mąż Kurt i ja pobieraliśmy się, nic nie szło gład­ko. Na drodze do ołtarza czekało nas wiele przeszkód. Pierwsza dotyczyła zaproszeń na wesele. Przed wyjściem na pocztę włoży­liśmy je wszystkie do używanej szarej koperty, aby się nie znisz­czyły. Zamiast osobiście je wysłać, wręczyłam tę dużą niezaklejoną kopertę pracownikowi poczty i wyjaśniłam, że w środku są osobne listy. Zdezorientowany mężczyzna musiał zakleić kopertę. Cały plik został z niewyjaśnionych przyczyn dostarczony na adres zwrotny, gdzie leżał nieotwierany przez kilka miesięcy.

Usługi pocztowe odegrały również drugą ważną rolę w tym wyraźnie antymałżeńskim spisku. Przyjaciel przysłał kwiaty do udekorowania naszego domu, gdzie miało się odbyć przyjęcie weselne. Przesyłka przyszła w sobotnie popołudnie, ale ponieważ długa paczka nie zmieściła się w naszej skrzynce pocztowej, kurier zostawił awizo mówiące, by odebrać paczkę na poczcie w ponie­działek. Niestety, ślub był w niedzielę.

Co miałam robić? Zadzwoniłam do przyjaciółki, by się wy­żalić i usłyszeć słowa współczucia. ?Nie wychodź za mąż – po­wiedziała. – Nie widzisz, że to ważny znak? Tak naprawdę dwa znaki! To małżeństwo nie jest ci pisane. Proszę, odwołaj ślub”.

Mój przyszły mąż nie przejął się jej reakcją. Przytoczył słowa wielkiego mistrza metafory, Zygmunta Freuda: ?Czasem cygaro to po prostu cygaro”. I miał rację. Nasza ceremonia ślubna była cudowna. Każdy z naszych przyjaciół odegrał ważny rytuał, by po­móc uczcić i uświęcić nasze małżeństwo. Pewna para zadzwoniła wcześniej do wodza indiańskiego plemienia Nanticoke, z którego pochodziła część przodków mojego męża, i uzyskali opis tradycyj­nych zwyczajów weselnych. Opisany rytuał polegał na trzymaniu się za ręce, nadgarstek przy nadgarstku, tak że mogliśmy czuć bicie serca drugiej osoby. Była to przejmująca metafora intymności, jaka wytwarza się w dobrym małżeństwie. Jak w większości małżeństw, w naszym pięcioletnim związku pojawiały się trudne wyzwania, ale jestem zadowolona, że posłuchałam głosu serca i wyszłam za mężczyznę, który pomógł mi wydobyć na światło dzienne moją miłość do życia i poczucie humoru.

Kilka miesięcy po ślubie Kurt i ja wyjechaliśmy na wakacje na wyspę w Kolumbii Brytyjskiej, przy zachodnim wybrzeżu Kanady. Kurt, mający indiańskie korzenie, chciał odwiedzić wioskę Indian Klahoos, którzy wrócili na swoje ziemie plemienne na wyspie. W przeciwieństwie do rządu Stanów Zjednoczonych, który nadal dyskryminuje Indian, rząd kanadyjski jest bardziej życzliwy wobec rdzennych mieszkańców swego kraju. Plemieniu Klahoos przyzna­no dotację na rzeźbienie dużych oceanicznych kanoe w ramach programu pomagającego Indianom odzyskać dumę z ich kulturo­wego dziedzictwa.

Tysiącletnie cedry, prawie tak szerokie jak samochód, tworzy­ły leśną katedrę ciszy i migotającego światła. Kiedy się zbliżali­śmy, rytmiczne dźwięki młotka i dłuta prowadziły nas do polany, gdzie pracowało dwóch mężczyzn. Główny rzeźbiarz był znanym artystą ludowym. Był to skromny i delikatny człowiek o silnych dłoniach i dobrym sercu. Pokazał nam gigantyczny pień sześćset- letniego drzewa, które zostało ścięte, by zrobić z niego kanoe. Z pewnością miało dwa i pół metra średnicy. Niestety, środkowa część spróchniała i drzewo było puste. Kanoe będzie musiało być bardzo wąskie, wyrzeźbione z mniej niż połowy średnicy drze­wa. Mężczyzna wyjaśnił, że był to pierwszy z wielu problemów, na jakie się natknęli.

Mimo wszystko kanoe było dziełem sztuki, eleganckim i forem­nym. Jednak na jednym końcu widniało duże pęknięcie, przeła­mujące je prawie na pół. Wymagało naprawienia za pomocą drew­nianych kołków. Niedoświadczeni drwale nie tylko wybrali puste drzewo, ale także nie przygotowali miękkiego materaca z igieł, by zamortyzować upadek kolosa, ani nie wyczyścili terenu, na który upadnie. Stary cedr upadł na kłodę i praktycznie pękł na dwoje.

Pozostało tylko kilka tygodni, by skończyć kanoe przed plano­wanym od dawna uroczystym wodowaniem. Wymagało to jeszcze dużo pracy, a rzeźbiarz miał tylko jednego ucznia. Zapytaliśmy, czy przyjdzie więcej ludzi do pomocy. Spokojnie pokręcił przeczą­co głową. Rzeźbienie to bardzo trudna, mrówcza robota. Kilku ludzi próbowało, ale tylko jeden został.

?Nie najlepiej się tutaj układa, w tej pierwotnej puszczy” – po­myślałam ze smutkiem. Gdyby była tu moja przyjaciółka, która poradziła mi odwołanie ślubu, prawdopodobnie uznałaby kanoe za przegraną sprawę. Prawie słyszałam jej głos w mojej głowie: ?Jeżeli coś nie idzie gładko, to nie jest nam pisane”.

Odwróciłam się do żylastego rzeźbiarza, uśmiechniętego i spokojnego i głęboko zastanawiałam się nad właściwym dobo­rem słów. Zawahałam się i w końcu powiedziałam: ?Masz z tym projektem problemów ponad miarę, lecz wydaje mi się, że nie tracisz optymizmu i nadziei. Zastanawiam się, czy jest to różnica kulturowa pomiędzy nami. Kiedy takie trudności gromadzą się w moim świecie, wielu ludzi uważa je za znak, że projekt się nie uda. Co ty o tym sądzisz?”.

Spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się ciepło, pokazując dwa rzędy idealnie białych zębów. ?Och, przeszkody to dobry znak, moja droga. Naprawdę dobry znak. Projekt ma wielkie błogosła­wieństwo. Im większy duch próbuje się urodzić, tym większe są problemy, które musi pokonać. To go umacnia. A to kanoe ma wielkiego ducha. To odrodzenie dumy naszego plemienia i naszej tożsamości”.

Kiedy rzeźbiarz mówił o kanoe, ja myślałam o swoim małżeń­stwie. Przez chwilę byłam niezwykle uradowana. Interpretacja przeszkód, jaką przedstawił rzeźbiarz, była dużo bardziej pozy­tywna od interpretacji mojej przyjaciółki. Potem dostrzegłam prawdę. Zawsze kiedy wybierałam jej wyjaśnienie sytuacji, nie myślałam samodzielnie i nie słuchałam własnego serca. Oddawa­łam moją moc komuś innemu.

Żyjemy w świecie błyskotliwych ekspertów. Wygłaszają ka­zania w talk-show i piszą dla kolorowych pism. Mówią nam, co myśleć i jak kierować naszym życiem. Jedz to, a będziesz szczu­pły i szczęśliwy. Myśl tak, a przeżyjesz życie, o jakim marzysz. Bądź dobry, a nigdy nie zachorujesz. Kieruj się znakami, a anioły będą cię prowadzić.

W naszym rozpędzonym świecie chcielibyśmy wiedzieć, że ktoś inny zna odpowiedzi. Czasem tak jest, ale nawet wówczas, jego odpowiedzi mogą nie być twoimi. W tym tygodniu pamię­taj, że ty jesteś autorytetem w dziedzinie twojego życia. Będziesz spokojniejszy, jeżeli będziesz słuchał mądrości w radach innych ludzi, a potem brał z tego to, co ci służy, pozostawiając resztę. Ostatecznie, spokój pochodzi ze znajomości samego siebie… i z zaufania, jakim darzysz siebie przy podejmowaniu decyzji.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.