Archive for the ‘Strategie zmiany swojej postawy wobec czasu’ Category

Znajdź czas na to, by się zorganizować

Prostą przyczyną marnowania czasu i pieniędzy jest nieumiejęt­ność zorganizowania się. Po zrobieniu porządków w szafie moja przyjaciółka zorientowała się, że ma dziesięć par czarnych spodni. Zupełnie wystarczyłyby jej dwie lub trzy pary, ale jej ubrania były tak upchane, że straciła orientację, co posiada. Bałagan w jeszcze więk­szym stopniu ogranicza naszą energię. Kiedy zajmowaną przez ciebie przestrzeń wypełniają stare, zapomniane czy bezużyteczne przed­mioty, to tak jakbyś mieszkał na zanieczyszczonym bagnie. Próchno uniemożliwia dopływ świeżej energii, pojawia się stagnacja.

Pewnego lata potrzebowałam nowego stroju, w którym mogła­bym wystąpić podczas prezentacji na Florydzie. Moja przyjaciółka ?Ruth”, zapracowana sędzina w sądzie rodzinnym, zdecydowała się wystąpić w nowej roli osobistego doradcy w sprawie zakupów. Po­sadziła mnie na krześle, przyniosła szklankę wody i wprawnie śmi­gała po sklepie, wybierając różnorodne kreacje, które, jak uważała, mogły na mnie dobrze leżeć. Ponieważ ja robię zakupy błyskawicz­nie i spędzam w sklepie nie więcej niż kilka minut, było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie.

Ruth pytała mnie: ?Czego brakuje w twojej garderobie? Wy­bierzmy ubrania, w których dobrze wyglądasz, tak byś mogła je mieszać i łączyć ze sobą. W ten sposób będzie ci łatwiej pakować się na twoje podróże służbowe. Jesteś zbyt zajęta, by martwić się jeszcze o to, co na siebie włożyć”.

Miała rację, ale kto by wiedział, co ja trzymam w swojej szafie? Panował w niej nieład. Przyznałam, że niezależnie od tego, co ku­piłam, zawsze wydawało mi się, że nie mam się w co ubrać. Zawsze coś nie pasowało. Ruth potarła brodę i w zamyśleniu pokiwała gło­wą. Sędzia właśnie miała wydać poważny wyrok. Oświadczyła, że moja garderoba jest winna i nie da się jej uratować.

Kiedy minął szok, wybrałyśmy kilka podstawowych ubrań, któ­re można było zestawiać ze sobą w różny sposób. Mój plan był taki, aby pospiesznie udać się do domu i upchnąć je w szafie ze wszystkimi ich zmarłymi lub umierającymi krewnymi. Jeżeli dość mocno oprę się o drzwi, może się zmieszczą.

?Teraz – oznajmiła Ruth – musimy wspiąć się na górę i posorto­wać wszystkie twoje ciuchy”. Zważywszy na jej zapracowanie, było to zdumiewająco wspaniałomyślne poświęcenie mi czasu i uwagi. Łzy napłynęły mi do oczu. Wkrótce jednak te łzy wdzięczności za­mieniły się we łzy wyczerpania. Ta kobieta nie żartowała.

Ruth była bezwzględnym i skutecznym organizatorem. Wyję­łyśmy wszystko z mojej szafy, a następnie oczyściłyśmy i odświe­żyłyśmy ubrania dymem z szałwii, zioła używanego przez wiele plemion amerykańskich Indian do pozbywania się zlej energii. Potem Ruth zmusiła mnie do przymierzenia każdego ciucha – i to w nieskończonej liczbie zestawień.

?Nie ma sensu trzymać czegoś w szafie – poinstruowała mnie – jeśli nie wiesz, z czym to nosić i jakie dobrać dodatki. W prze­ciwnym razie tylko tracisz czas i pieniądze”. Wzdrygnęłam się na myśl, ile straciłam na bezmyślnie wybrane ubrania, takie, w któ­rych źle się czułam i których prawie nie nosiłam. Powodowana poczuciem winy, starałam się zatrzymać te rzeczy, ale Ruth, rzu­cając na mnie przeszywające spojrzenie, wyrwała mi je z ręki.

Stos odzieży do oddania urósł do rozmiarów małego wzgó­rza. Całe szczęście, że wcześniej byłyśmy na zakupach! Następ­nie moja przyjaciółka zajęła się paskami, szalami, parasolkami i torbami na zakupy, butami, a nawet skarpetkami. Żadna część mojej bielizny nie była bezpieczna w jej obecności. Ruth prze­istoczyła się w przerażającą, żarłoczną boginię porządku i orga­nizacji. Każdy zakamarek, szuflada i pudełko w pokoju zostały opróżnione, uporządkowane i okadzone szałwią. Potem pani sędzina przeniosła się do łazienki. Do tego czasu ledwie stałam na nogach. Jej uwadze nie uszły nawet buteleczki z lakierem do paznokci. W końcu każda tubka pasty do zębów i każde pudełko z nicią dentystyczną znalazły swoje właściwe miejsce.

Ruth dotrzymała słowa. Teraz, kiedy cztery czy pięć razy w miesią­cu pakuję swoje walizki, dokładnie wiem, co ze sobą zabrać. Ubiera­nie się jest dużo prostsze, a ja wyglądam o niebo lepiej. Ponieważ nie­wiele zostało w szafie i szufladach, łatwo wybrać ubrania i stworzyć kreację raczej poprzez mieszanie i zestawianie niż przez kolejne zakupy. Na głębszym poziomie ten rytuał porządkowania był częścią pozbywania się zastałej energii w moim życiu i elemen­tem tworzenia miejsca na pojawienie się czegoś nowego.

Ruth wiedziała, że w poprzednim roku czułam osłabienie sił twórczych, częściowo straciłam moją zdolność koncentracji oraz motywację. Zaproponowała, bym usiadła w mojej uporządko­wanej i opróżnionej szafie i pomyślała o tym, jaki jest mój cel ży­ciowy. Tworzenie pustej przestrzeni, a potem czekanie na coś no­wego, co napłynie, było jak modlitwa. Wiem, że jej taktyka może wydać się niekonwencjonalna, lecz przyniosła natychmiastowe re­zultaty. Zaledwie kilka dni po porządkach nagle zmaterializowała się idea przygotowania programu dla telewizji publicznej i przeka­zania moich poglądów szerszemu kręgowi odbiorców. Wyrzuce­nie czegoś starego naprawdę zrobiło miejsce na coś nowego.

Rytuał porządkowania szafy i szuflad zapoczątkował zakrojony na większą skalę proces odnawiania domu i walki z jego zagrace­niem. Przez następnych kilka miesięcy systematycznie zabierałam się do kolejnych pokoi – przeprojektowując niektóre z nich. Wiel­kie przekopywanie osiągnęło teraz swoją końcową fazę. Dom jest dobrze zorganizowany, prosty i przyjemnie się w nim przebywa. Zbędne bibeloty albo przeniosły się do domów innych ludzi, albo rozkładają się na wysypisku. Reorganizacja okazała się ekscytują­cym i energetyzującym przedsięwzięciem. I kto wie, jakie zdu­miewające możliwości mogą się po nim objawić?

Mój profesor psychologii zaobserwował kiedyś, że stan szuflad danej osoby jest dokładnym odzwierciedleniem stanu jej podświa­domości. Uważam, że miał rację. Kiedy posprzątałam i zreorgani­zowałam swój dom, na powierzchnię wydobyły się niedokończone sprawy natury psychicznej. Miałam możliwość bliżej przyjrzeć się niektórym spośród moich związków i je udoskonalić. Otaczająca cię przestrzeń jest odbiciem twojej przestrzeni wewnętrznej. Za­tem jeżeli pragniesz osiągnąć spokój wewnętrzny, poświęć trochę czasu na stworzenie spokoju na zewnątrz.

Wybieraj mądrze: czas czy rzeczy

Jedna z moich znajomych żyje według zasady: ?Kiedy życie staje się ciężkie, idę na zakupy”. Im bardziej jest zajęta i zestresowa­na, tym więcej czasu i pieniędzy poświęca na to, by rozerwać się w centrach handlowych i butikach wielkiego Bostonu. W rezul­tacie zarówno ona, jak i jej mąż muszą pracować jeszcze ciężej, aby pokryć te wydatki. Jej mąż jest po sześćdziesiątce i chciałby iść na emeryturę, ale nadal pracuje, ponieważ musi opłacać ra­chunki żony. Stres, jaki wywołuje ta sytuacja, nieomal doprowa­dził ich do rozstania.

Przeciętny Amerykanin ma podobny problem – jego zadłu­żenie na karcie kredytowej dorównuje niemal jego rocznym za­robkom. Oczywiście zdobycie rzeczy, której pragniesz, przynosi chwilową radość, ale problem polega na tym, że ta radość szybko przemija. Jeszcze zanim powiesz: ?Ojej, jestem taki podekscy­towany nowym komputerem!”, ruszasz na poszukiwanie nowej kamery wideo. Tak łatwo stać się niewolnikiem pragnień, myląc zewnętrzne obiekty ze spokojem wewnętrznym, który jest praw­dziwym pragnieniem każdego człowieka.

Jest taka stara anegdota o pijaku, który chodząc na czwora­kach szuka kluczy pod uliczną latarnią. Po chwili zatrzymuje się przy nim dobry samarytanin i chce wiedzieć, gdzie dokład­nie klucze zostały zgubione. Pijak przez chwilę macha ręką dokoła, po czym wskazuje miejsce kilkaset metrów dalej.

?Więc dlaczego szukasz ich tutaj?” – ze zdziwieniem pyta przechodzień.

?Bo tutaj jest lepsze światło” – odpowiada pijak. Tak samo jest z szukaniem spokoju wewnętrznego w kupo­waniu i wydawaniu pieniędzy; myli się wtedy stan wewnętrzny z zewnętrznym stanem posiadania.

Moja matka, niech jej pesymistyczna, lecz realistyczna du­sza spoczywa w pokoju, miała właściwe podejście do zakupów.

Kochała kupować i polowała na najlepsze okazje, ale nie spo­dziewała się, że rzeczy materialne ją uszczęśliwią czy zapewnią jej spokój wewnętrzny. Wybrałaby raczej grę w scrabble z rodziną. Była uczciwa, jeśli chodzi o zakupy i zwykła mówić, że po pro­stu łatwiej być nieszczęśliwym w ładnym otoczeniu. Wiedziała, że większość ludzi doprowadza się do szaleństwa z powodu pra­gnień i zmartwień, więc ona dbała o to, by móc pozwolić sobie na to, co kupowała. Jak wiele osób z jej pokolenia, jeżeli nie mogła zapłacić za coś w gotówce, nie kupowała tego. Zasada ta nie odnosiła się jedynie do zakupu domu czy samochodu, za który tylko nieliczni spośród nas są w stanie zapłacić w gotówce, ale jestem przekonana, że nadal jest to najlepsza polityka.

Są rzeczy, których potrzebujesz, i takie, których pragniesz. Ist­nieją także takie, które chcesz mieć, ale prawdopodobnie rzadko będziesz ich używał, kiedy już je posiądziesz. Jak kolekcja świą­tecznych ozdób, będą się pokrywać kurzem na półce.

Jeżeli wizja nowych nabytków zaczyna zaprzątać twoje myśli w tym tygodniu, to zadaj sobie pytanie: ?Dlaczego tak naprawdę tego pragnę?”. Jeżeli faktycznie potrzebujesz tej rzeczy, baw się dobrze, zaspokajając swoją potrzebę. Jeśli tylko tego chcesz, mo­żesz sobie na to pozwolić i przyniesie ci to trwałą przyjemność – dokonanie zakupu może być rozsądnym wyborem. Jeśli jednak odpowiesz, że kupując i wydając pieniądze, próbujesz odpędzić nudę, samotność, zapracowanie lub pustkę – bądź realistą. Poczu­cie szczęścia niebawem zblednie, a rachunki z kart kredytowych będą się mnożyć. Wówczas naprawdę mogą ograniczać twój czas i zniweczyć spokój ducha.

Znajdź czas na drobne przyjemności

?To były najlepsze chwile mojego życia” – mówimy tak, gdy naprawdę dobrze się bawiliśmy. Jeśli jednak radość jest właściwą miarą czasu, to przeciętny czas życia jest dość krótki. Tak dużo naszych dni wypełnionych jest pracą i wydawaniem pieniędzy – a potem wstawaniem i zaczynaniem tego od początku – że nader często ignorujemy proste przyjemności, które nadają życiu sens.

Na przykład jednym z moich ulubionych zajęć jest uprawa roślin doniczkowych. Jednak kiedyś pewni przyjaciele, działając w dobrej wierze, starali się wybić mi to zajęcie z głowy w przekonaniu, że to uprości mi życie. Około dwadzieścia lat temu nasza rodzina wybrała się na tygodniową wycieczkę, a wspomniani przyjaciele zapropono­wali, że zajmą się naszym domem. Kiedy wróciliśmy z wakacji, mu­sieliśmy wysłuchać wykładu o znaczeniu prostoty (który opierał się na kazaniu, jakie ich pastor wygłosił poprzedniej niedzieli).

Jak się okazało, powodem tego wezwania do prostoty była moja wielka kolekcja roślin doniczkowych. Dbanie o całą tę zieleń okazało się dla nich trudnym zadaniem. ?Rozdaj te kwiaty – pora­dzili mi – a będziesz miała więcej czasu i spokoju”. Ale na co?

Ta rada, o którą nie prosiłam, była zupełnie nietrafiona. Chociaż zajmowanie się roślinami ich najwyraźniej wyczerpywało, mnie za to dodawało energii. Uwielbiałam obracać kwiaty tak, by każdy liść choć na krótko wystawiony był na słońce, patrzeć na pojawiające się nowe odrosty. Wiedziałam, ile wody każda roślina potrzebuje, przesadzałam je w większe doniczki, kiedy wyrosły ze starych. Nosiłam ze sobą scy­zoryk i plastikową torebkę, bo zawsze mogła pojawić się możliwość pobrania odnóżki z jakiegoś ciekawego okazu. Nawet zdarzająca się od czasu do czasu konieczność usunięcia mączniaka była dla mnie satysfakcjonująca. Krótko mówiąc, byłam i jestem maniakiem roślin pokojowych. Dbanie o nie jest dla mnie sposobem karmienia duszy. Oddanie ich w imię prostoty byłoby głupotą. Są one jedną z drob­nych przyjemności, które mogą wnieść radość i spokój w moje życie.

Prostota dotyczy nie tyle ilości materialnych rzeczy, jakie po­siadasz, ile raczej kultywowania przyjemności, które wplatają cię w twardy materiał życia. Chociaż telewizja może być przyjemnością, która dodaje energii, zachęca do działania, instruuje i inspiruje, na­der często staje się biernym sposobem na oderwanie się od życia. Po wieczorze przed telewizorem rzadko powiesz: ?To był najlepszy czas w moim życiu”. Prawdziwe przyjemności raczej łączą cię z życiem, niż od niego odrywają i kierują w strefę elektronicznego mroku.

Jak większość zajętych ludzi muszę świadomie wykorzystywać czas, w przeciwnym razie bowiem praca zajęłaby mi całą dobę poza porą snu. Muszę też świadomie gospodarować pieniędzmi, by płacenie za niepotrzebne rzeczy nie doprowadziło mnie do bankructwa. Każdy z nas dokonuje wyborów. Napełnianie pożywieniem karmnika dla ptaków wymaga pieniędzy i wysiłku, ale nic nie poprawia mi nastroju tak, jak widok puchatego dzięcioła czy pary sprzeczających się sójek. I wciąż lubię uprawiać rośliny zarówno w domu, jak i w ogrodzie. Podlewanie i sprzątanie zwiędłych kwiatów petunii przez całe lato to wymagające zajęcie, ale związaną z tym pracę z nawiązką wynagradza mi widok bogactwa fioletowych, czerwonych i różowych kwiatków. W imię prostoty musiałabym niewątpliwie zrezygnować z mojej me­nażerii. Jednak moje cztery psy – te chodzące kule futra – są dla mnie nieustannym źródłem radości i zapewniają towarzystwo.

W tym tygodniu pomyśl o prostych przyjemnościach, które za­pewniają ci najlepsze chwile życia. Przejdź się po domu i zrób bilans. Czy to, co posiadasz, dodaje ci energii, czy raczej jej pozbawia? Je­żeli masz przedmioty, które sprawiają więcej kłopotów, niż są warte, przydałyby się uproszczenia. Po to właśnie ludzie wynaleźli wyprze­daże garażowe. Jeżeli jesteś nałogowym telewidzem i chcesz w tym tygodniu odkryć prostsze przyjemności, spróbuj wstrzymać się od oglądania telewizji. Otworzy się przed tobą wielka przestrzeń wolne­go czasu. Wykorzystaj go na muzykowanie z najbliższymi, czytanie, malowanie, przesadzanie kwiatów, upieczenie blachy ciasteczek, wy­czyszczenie akwarium czy zajęcie się innym hobby, które wymaga czasu i uwagi. Zycie toczy się w małych miejscach, w przestrze­niach ?pomiędzy”, których magia polega na ich zdolności przy­wracania nas naszym duszom.

Żyj zgodnie z rytmem czasu

W kulturach zachodnich uważa się, że czas jest linearny. Jego przemijanie przypomina trochę posuwanie się po desce zawieszonej za burtą statku pirackiego, w oczekiwaniu na to, że w końcu wpadnie się do morza (tak piraci wykonywali karę śmierci). Rodzimy się, idziemy po desce czasu, w końcu umieramy i spadamy. Dni także płyną linearnie. Zaczynamy dzień o okre­ślonej godzinie rano, a kończymy go o którejś godzinie wieczor­nej. Zadania układają się w czasie w określonym porządku.

W innych kulturach podchodzi się do czasu w bardziej łagodny, rytmiczny sposób. Czas i zadania poruszają się razem, pozostając ze sobą w bardziej subtelnym związku. Wraz z moim byłym mę­żem, Kurtem, pewnej zimy poznaliśmy taką kulturę. Siedzieliśmy w okrągłej altanie, umiejscowionej na klifie. Przed nami rozciągał się widok na spokojne wody Zatoki Maho, na karaibskiej wyspie St. John. Pelikany z wdziękiem opadały w powietrzu, nurkując w poszukiwaniu ryb, a na skrzydłach poranka unosił się melodyj­ny chór ptasich treli. Ja jednak nie byłam całkiem obecna i otwarta na to bogactwo natury. Jakaś część mnie nadal jeszcze tam nie do­tarła po przebyciu trzech bardzo linearnych stref czasowych.

Lekarz Stephan Rechtschaffen, stosujący podejście hilistyczne w swojej pracy – autor książki Time Sbifting- prowadził tygo­dniowe warsztaty połączone z wypoczynkiem. Byłam tam człon­kiem kadry. Zajął się on tematem ?czasu na wyspie” i tłumaczył, że potrzebujemy dłuższej chwili, by przestawić się z naszego zabie­ganego życia na powolniejszy rytm.

Opowiedział historię o promie, który dostarczał różne produk­ty na wyspę. Znak na burcie mówił: ?Wypływamy dokładnie we czwartek”. To jest przykład pojmowania czasu w tamtym miejscu. Rzeczy dzieją się w odpowiednim momencie, kiedy wszystkie
siły harmonijnie się łączą, a nie w arbitralnie narzuconej i wska­zanej chwili.

W kulturze amerykańskich Indian panuje podobny stosunek do czasu. Kiedyś wygłaszałam wykład w Navajo Health Service w Winslow, w stanie Arizona. Zaplanowano go na godzinę dzie­wiątą. Byłam gotowa i nie mogłam się doczekać – zapracowana i dokładna profesjonalistka. Jednak wyznaczona godzina nade­szła i minęła. Ludzie nie przestawali powoli napływać. Zbijali się w małe grupki i rozmawiali ze sobą z wyraźną przyjemno­ścią. Potem, około dziesiątej, sala powoli wypełniła się miłym zapachem szałwii. Czułam się podenerwowana. Zapłacili mi za wystąpienie i byłam zdecydowana dać im to, co kupili – miałam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej.

Około wpół do jedenastej konferencja oficjalnie się rozpo­częła, ale nie od mojej inauguracyjnej mowy. Uczestnicy zebrali się w kręgu, aby odtańczyć powitalny taniec. Do chwili jego zakończenia, prawie porzuciłam myśl o wygłoszeniu wykładu. Tuż przed lunchem w końcu wszystko ułożyło się w czasie. We­szliśmy w zespołowy rytm – rytm jednego umysłu. Wystąpiłam przed otwartą, harmonijną grupą ludzi. Byli oni w całkowicie innym stanie niż spięci uczestnicy większości konferencji, gdzie rozpoczęcie programu z kilkuminutowym opóźnieniem – nie mó­wiąc już o opóźnieniu kilkugodzinnym – mogłoby doprowadzić do rozruchów.

Niektórzy z nas martwią się, planują i walczą z jednostkami czasu nawet mniejszymi niż godziny czy minuty. Możemy przecież walczyć o nanosekundy. Kiedy czas zegarowy wytrąca nas z natu­ralnego rytmu, łatwo stracić upragnione rezultaty.

Stephan Rechtschaffen opowiedział historię o kobiecie, która chciała zobaczyć jak najwięcej tropikalnych ryb w trakcie nurko­wania z rurką na St. John. Kupiła laminowaną planszę przedsta­wiającą ryby i wodoodporny pisak. W ten sposób mogła odhaczyć każdą zauważoną rybę. Niestety nigdzie nie mogła dostrzec upra­gnionych ryb. Wydawało się, że wszystkie się pochowały. W końcu, wyczerpana, po prostu poddała się i zaczęła dryfować. Kiedy tylko porzuciła agresywny stosunek do czasu i zaczęła poruszać się zgod­nie z rytmem morza, ryby wyszły z ukrycia.

Zastanawiam się, ile czasu tracimy i ile zajęć sobie dodajemy, miotając się wokół jak drapieżcy, zamiast poddać się przepływo­wi czasu. Przez lata przyjęłam strategię życia zgodnego z rytmem czasu, kiedykolwiek to możliwe. Zamiast podchodzić do mojej listy zadań w sposób linearny, pozwalam, by to ona do mnie po­deszła. Jeżeli rytm życia sprzyja raczej sprzątaniu w szafach niż odbieraniu telefonów, to właśnie robię. Jeżeli mam ochotę na pisanie, a nie na prowadzenie ksiąg rachunkowych, poddaję się temu uczuciu. Współdziałanie z siłami, które pojawiają się w danym momencie, jest jednym z najważniejszych sekretów wydajności i spokoju wewnętrznego.

Współczesne życie zmusza nas jednak czasem do robienia rze­czy, które nie pasują do rytmu czasu. Być może zbliża się termin oddania rozliczenia podatkowego i właśnie otrzymałeś ostatnie dokumenty, może trzeba podwieźć gdzieś dzieci, albo zadzwo­nić w parę miejsc. Niektóre zadania nie mogą czekać. Wiele in­nych jednak może. Masz miesiąc na napisanie artykułu, a dwa tygodnie na wypełnienie formularzy ubezpieczeniowych. Jeżeli poczekasz na właściwy rytm, zamiast przypisywać zadaniom ar­bitralny, linearny przedział czasowy, życie stanie się łatwiejsze i dużo przyjemniejsze.

Istotą właściwego stosunku do czasu jest elastyczność, która stanowi także ważny wyznacznik zdrowia psychicznego. Czy po­trafisz zmienić plany, kiedy siły życia łączą się ze sobą i tworzą wzorzec inny od zamierzonego przez ciebie?

W tym tygodniu spróbuj przyjąć postawę szacunku do rytmu czasu, kiedy wykonujesz zadania ze swojej listy. Bynajmniej nie proponuję odwlekania pracy czy chaosu. Raczej zachęcam cię, byś podchodził do życia jak do melodii, a nie do osobnych nut. Twoje zadania i tak zostaną wykonane – ale efekty będą bar­dziej twórcze i dające zadowolenie. A ty z pewnością staniesz się spokojniejszy.

Naucz się mówić – nie

Tak większość kobiet (i niektórzy mężczyźni), kiedy mówię ?nie”, I mam poczucie winy. Pojawia się dręczące przeświadczenie, że je­śli odmawiam spełnienia uzasadnionej prośby, to jestem samolub­na. Musimy jednak odróżnić egoizm od troski o samego siebie. ?Nie” dla jednej rzeczy oznacza ?tak” dla innej. Jeżeli odmówię przeczytania rękopisu książki, którą – jak oczekuje nieznany mi człowiek – zaaprobuję, to czas, jaki poświęcę rodzinie i przyja­ciołom, przeznaczę na wędrówki i jazdę na nartach oraz na od­poczynek i relaks, będzie uszanowany. Jak większość pracujących ludzi nie mam zbyt wielu wolnych chwil. Zatem muszę mądrze rozporządzać czasem, który jest źródłem życiowej energii.

Kiedy jako terapeutka miałam superwizję – i w ramach tego procesu uczestniczyłam w terapii indywidualnej – uczenie się, jak mówić ?nie”, było podstawowym problemem. Wykazywa­łam skłonność do poświęcania czasu i uwagi dosłownie każde­mu, kto o to prosił. Jedyną osobą, której potrafiłam spokojnie powiedzieć ?nie”, byłam ja sama. Superwizor poświęcił całą pięćdziesięciominutową sesję na to, by pomóc mi nauczyć się mówić ?tak” samej sobie, mówiąc ?nie” innym. Przedstawiał mi przeróżne prośby i niezależnie od tego, czego dotyczyły, musia­łam odmawiać.

?Czy przyszłabyś do mnie i posprzątała w łazienkach?” – na to pytanie łatwo było odpowiedzieć ?nie”. Kiedy jednak doszedł do takich przykładów, jak: ?W tym tygodniu brakuje mi gotówki, a moje dzieci są głodne. Czy mógłbym pożyczyć od ciebie sto do­larów?”, byłam w kropce. Każdym nerwem mego ciała chciałam dać mu te pieniądze, choć było to tylko ćwiczenie. Zaczęłam się tłumaczyć i wyjaśniać, dlaczego nie mogę spełnić jego prośby. Reakcja terapeuty była krótka i kategoryczna.

?Natychmiast przestań! Nie musisz się tłumaczyć. Masz prawo do własnych opinii i decyzji, bo jesteś istotą ludzką, zasługującą
na szacunek. Przestań, się usprawiedliwiać i odszukaj taką część siebie, która mówi o tym, że jesteś wartościowa. Mówisz ?tak?, żeby ludzie cię kochali, i na tym polega problem. Posłuchaj mnie. Jesteś wystarczająco dobra. Nie musisz kupować miłości innych ludzi. I jeśli nie przestaniesz, będziesz bezużyteczna jako terapeutka, przyjaciółka, kochanka czy matka – bo nigdy nie będziesz w stanie powiedzieć prawdy i wyznaczyć właściwych granic za­chowaniu innych ludzi. Robisz z siebie popychadło”.

To było jasne. Umówiliśmy się, że w następnym tygodniu będę wykonywać zadanie mówienia ?nie”. Tak naprawdę podpisałam umowę, przysięgając, że wykonam zadanie, tak jak zostało usta­lone. A oto, jak przebiegał pamiętny tydzień: jako badacz zajmu­jący się nowotworami oraz ekspert w dziedzinie związków ciała i umysłu zaczęłam otrzymywać dużą liczbę rękopisów książek. Ludzie często prosili mnie o przeczytanie ich dopiero przygoto­wywanych książek i napisanie adnotacji na odwrocie. Traktowa­łam te prośby poważnie, a powiedzenie ?tak” oznaczało dziesięć, dwanaście godzin pracy. Dodane do reszty mojego pracowitego życia, te rękopisy stały się koszmarem. Sam widok jednego z nich wprawiał mnie w przerażenie. Mimo to często je czytałam, gdyż wiele prac było wartościowych. Chciałam pomóc.

W tygodniu, w którym obowiązywała umowa z terapeutą, wy­głaszałam wykład na konferencji medycznej. Kiedy schodziłam ze sceny, podeszła do mnie kobieta z rękopisem w dłoniach. Wbrew negatywnym rokowaniom przeżyła zaawansowanego raka jajnika. Pokonawszy przeciwności, odczuwała wdzięczność i powiedziała mi ze łzami w oczach, że w sposób znaczący przyczyniłam się do jej wyzdrowienia. Teraz chciała zamknąć krąg i dać mi do przeczy­tania swoją historię. Byłam zażenowana. Mignęła mi przed ocza­mi umowa z superwizorem. Z bijącym sercem i suchymi wargami zebrałam się na odwagę i tak grzecznie oraz delikatnie, jak tylko możliwe, odmówiłam przeczytania jej rękopisu bez tłumaczenia się z tego.

Biedna kobieta wpadła w szał. Oskarżyła mnie, że jestem oszust­ką, która troszczy się wyłącznie o siebie. Potem odeszła, pozosta­wiając za sobą grupkę gapiów. Chociaż jestem skłonna przyznać, że Bóg ma osobliwe poczucie humoru, ten dowcip wydał mi się doprawdy przesadą. Moment był wybrany znakomicie. Z per­spektywy czasu widzę, że ogromny dyskomfort, jaki przeżywa­łam, okazał się wartościowy, ponieważ sprawił, że zmierzyłam się z najgorszym możliwym scenariuszem. Kobieta była wściekła, a i tak przeżyłam. To spotkanie stało się punktem zwrotnym. Chociaż nadal często trudno mi powiedzieć ?nie”, mogę to zro­bić, kiedy jest to najlepszy wybór.

?Nie” stanowi granicę, która działa jak emocjonalny system odpornościowy. Twój cielesny system odpornościowy pełni jed­ną podstawową funkcję, którą biolodzy opisują jako odróżnienie ?Ja” od ?nie-Ja”. Polega ona na niedopuszczaniu do ciała intru­zów, takich jak bakterie, wirusy i pasożyty. Podtrzymuje integral­ność ciała, dzięki czemu może ono funkcjonować optymalnie. Czasami jednak system odpornościowy popełnia błąd i uznaje ?nie-Ja” za ?Ja”. Prowadzi to do chorób autoimmunologicznych, takich jak artretyzm czy stwardnienie rozsiane, w których ciało niszczy samo siebie. Tak właśnie postępujemy względem swojej sfery emocjonalnej, kiedy nie potrafimy powiedzieć ?nie”.

W tym tygodniu zwróć uwagę na sposób, w jaki reagujesz na prośby. Niektórzy ludzie zbyt pośpiesznie odmawiają. Inni zbyt często odpowiadają ?tak”. Jeżeli czujesz, że skłaniasz się w któ­rąś stronę, to kiedy tylko możesz, daj sobie czas, zanim udzielisz odpowiedzi. ?Pozwól mi nad tym pomyśleć” to wariant, który za­pewni ci czas na zastanowienie się i podjęcie decyzji w zgodzie ze sobą. W dłuższej perspektywie ta strategia da ci spokój wewnętrz­ny i siłę, nawet jeśli twoja reakcja nie jest taka, jakiej oczekuje druga osoba.

Przełamuj swój opór

Zwlekanie z podjęciem zadania, które trzeba wykonać, jest jednym z najgorszych przykładów złego wykorzystywania czasu. Czy kiedykolwiek obawiałeś się jakiejś pracy i narzekałeś przed jej rozpoczęciem tylko po to, by przeżyć zaskoczenie, jak bardzo jest ona przyjemna? Moim osobistym straszakiem było mycie lodówki. Kiedyś należało do czynności, które odkładałam tak długo, jak tylko mogłam. Wydawało się jednak, że lodówka ma własne życie i wyśmiewa się z mojej niechęci do umycia jej za każdym razem, kiedy otwierałam jej drzwi. To poniżające, kiedy sprzęt domowy odbiera ci spokój ducha.

Któregoś dnia w lodówce wylał się sok pomarańczowy i stru­myczki lepkiego płynu kapiącego z brokułów pobudziły mnie do działania. Kiedy już zaangażowałam się w budzące lęk zada­nie, okazało się ono przyjemne – jak poszukiwanie skarbów czy wykopaliska archeologiczne. Połączenie resztek z trzech słoików dżemu brzoskwiniowego sprawiło mi prawie tyle samo radości co napisanie książki – i zajęło dużo mniej czasu. Pochłonęło mnie to zajęcie bez reszty, cieszyłam się nim. Kiedy zamykałam lśniące drzwi lodówki, wydało mi się zdumiewające, że mogłam zmar­nować tyle energii, opierając się jej myciu.

Każda lista rzeczy do zrobienia zawiera zadania proste i przyjem­ne (z kategorii ?bułka z masłem”) i takie, które są naprawdę trudne. Wyjście na lunch z przyjacielem jest oczywiście dużo bardziej pocią­gające niż poddanie się leczeniu kanałowemu zęba czy dokończenie wniosku o dotację. Wykonanie przyjemnych rzeczy dodaje ci ener­gii. Za każdym razem, kiedy ukończysz zadanie, nawet przy mini­mum dobrej woli, twój umysł zatrzymuje się na chwilę, by sobie po­gratulować; czujesz miły przypływ energii i spokoju wewnętrznego. To przygotowuje cię do wykonania następnego zadania. W krótkim czasie uda ci się mocno skoncentrować na chwili obecnej, dzięki czemu będziesz czerpać przyjemność z realizowania swojej listy.

Jednak na marginesie listy z reguły czai się kilka zdecydowanie nieatrakcyjnych prac. Możesz starać się je ignorować, lecz wiesz, że tam są i ta świadomość pochłania twoją energię. Ponieważ będą z tobą, dopóki ich nie zakończysz, te zadania zabierają znaczącą część twojej przestrzeni umysłowej i sprawiają, że czujesz się dużo bardziej zajęty, niż faktycznie jesteś. Nawet o trzeciej nad ranem cię nie opuszczają. Nawet kiedy uprawiasz seks, mogą być z tobą. Cóż to za paradoks! Temu, czego najbardziej nie lubisz, udało się zająć większość twojej uwagi.

A gdybyś tak jednak zdecydował się zadzwonić do przyjaciela, przepraszając, że go zawiodłeś? Wypełnił skomplikowany for­mularz nowego ubezpieczenia zdrowotnego? Czy nie nadszedł już czas, byś wyniósł stertę starych gazet piętrzących się na sto­liku nocnym, zanim któregoś wieczora cały ten stos wyląduje na twojej głowie, kiedy właśnie zapadasz w błogi sen? Może udałoby się złożyć zeznanie podatkowe przed końcem kwietnia? Niewykonane zadania odciągają cię od chwili obecnej, wywołują stres i napięcie oraz pochłaniają mnóstwo energii, którą mógłbyś spożytkować w bardziej twórczy sposób.

Mówi się, że wszystko, czemu się opierasz, trwa. Kiedy tylko zaczynasz się bronić i narzekać na to, jak nieprzyjemne będzie wy­konanie jakiegoś zadania, automatycznie czujesz się zestresowany i tracisz spokój wewnętrzny. Gdy wreszcie zabierzesz się do pracy, często okazuje się ona łatwiejsza, niż się spodziewałeś. Może jest nawet tak przyjemna jak mycie lodówki.

Być może na twojej liście zadań jest jeden czy dwa punkty, które budzą twój opór. Wybierz coś, co od jakiegoś czasu odkła­dasz, i zrób to w tym tygodniu. Możesz to uznać za kiepską radę, ale kiedy wyrobisz w sobie nawyk poddawania się temu, czemu się opierasz, zamiast pozwalać, by niewykonane zadania pozba­wiały cię energii, życie wyda ci się dużo spokojniejsze.

Nie musisz być perfekcjonistą

Osoby uzależnione mają takie oto chwytliwe motto: ?Wszystko, co warto robić, warto robić w nadmiarze”. Chociaż perfekcjonizm jest społecznie akceptowany, tak naprawdę to uzależnienie. Jedną z jego funkcji, tak jak wszystkich uzależnień, jest oderwanie człowieka od nieprzyjemnych uczuć i utrzymanie umysłu z dala od niewygodnych rozważań. Istnieją lepsze sposoby na osiągnięcie takie­go stanu, jak choćby usunięcie przyczyn, które leżą u podłoża proble­mów, tak by można było wieść pełniejsze i szczęśliwsze życie. Ponie­waż osiągnięcie perfekcji jest dla człowieka niewykonalne – jesteśmy bowiem nieskończenie kreatywni – to jeśli upierasz się przy ideale, niewątpliwie będziesz cierpiał z powodu niskiego poczucia własnej wartości. Bo przecież cokolwiek zrobiłeś, mogłeś zrobić to lepiej.

Jestem powracającą do zdrowia perfekcjonistką, ale zdarzają mi się sporadyczne potknięcia. Pewnego bożonarodzeniowego poranka w całym domu panowało zamieszanie. Wraz z dwoma dorosłymi sy­nami gorączkowo gotowałam świąteczne potrawy. W maszynie do chleba rósł ziołowy bochenek. Gofry i skwierczący na patelni boczek wydzielały rozkoszne zapachy. Jajka zapiekały się w specjalnym na­czyniu. A karmelowe ciasto, tak starannie przygotowane, piekło się w ustawionym na średnią temperaturę piekarniku. Zamiast zrobić ciasto w jednej blasze, jak w przepisie, zdecydowaliśmy się przygoto­wać dwie dwudziestocentymetrowe warstwy. Uznaliśmy, że tak bę­dzie bardziej świątecznie.

Nastawiłam czasomierz w piekarniku na pięć minut wcześniej, niż ciasto miało być gotowe. Kiedy rozległ się sygnał, mój syn Andrei podszedł do piekarnika z wykałaczką w ręku, by sprawdzić ciasto. Okazało się, że praktycznie wyparowało. Zapomnieliśmy dostosować czas pieczenia do zmienionej wielkości ciasta. Czułam się jak zupełny nieudacznik i wściekałam się na siebie za brak przewidywania. By­łam kuchennym matołem. Z taką miłością przygotowywaliśmy to ciasto! Wszystkie składniki zostały doprowadzone do temperatury pokojowej, nawet roztopioną czekoladę ostudziliśmy przed doda­niem, żeby uzyskać doskonałą, wilgotną mieszankę. Ciasto miało być naszym wkładem w świąteczny, zaplanowany na popołudnie obiad z przyjaciółmi. Po całej pracy i przygotowaniach uzyskaliśmy ekwiwalent spieczonego kartonu.

Wszyscy w mojej rodzinie wiedzą, że podobnie jak dla wielu lu­dzi o dużych osiągnięciach, perfekcjonizm może stanowić dla mnie problem. My, perfekcjoniści, stajemy się drażliwi, kiedy coś nie ukła­da się po naszej myśli. Nie tylko tracimy własny spokój ducha, lecz często rujnujemy go innym. Przez lata moi chłopcy nauczyli się radzić sobie z moimi nieprzyjemnymi skłonnościami, wyolbrzymiając mój perfekcjonizm tak, że wydawał się absurdalny. W ten sposób uchroni­li mnie przed zamienieniem się w Grincha, który ukradł święta.

Andrei zaczął śpiewać zaimprowizowaną naprędce piosenkę, a nauczył się tej sztuki od mojego brata, Alana: ?Coś strasznego. Coś strasznego. Ciasto się spaliło. Coś strasznego”.

Starszy syn, Justin, dołączył się: ?I to nie wszystko. Ona myśli, że przygotowała za mało boczku. Tylko dwadzieścia plasterków na nas czworo. Coś strasznego. Coś strasznego”. Popatrzył na brata i dodał: ?Dlaczego w ogóle trudziliśmy się, żeby przyjechać do domu? Co to w ogóle za marne miejsce?”.

Andrei dośpiewał: ?Wczoraj wieczorem szczeniak nasikał na pod­łogę. To była jej kolej, a nie wyprowadziła go na czas. Coś strasznego. Coś strasznego”. W tym momencie już wszyscy zrywaliśmy boki ze śmiechu. Było to tylko spalone ciasto, nic wielkiego. Ponieważ wyol­brzymianie mojego perfekcjonizmu było tak zabawne, z większą ła­twością porzuciłam pragnienie, aby ciasto było idealne. Oskrobaliśmy spaloną część, a to, co pozostało, udekorowaliśmy czekoladową pole­wą. Nawet karton doskonale smakuje przygotowany w ten sposób.

Kiedy weszliśmy do domu przyjaciół, oznajmiłam, że ciasto było spalone i na pewno będzie suche. Lecz cóż, zgodziliśmy się, że pięknie wygląda. Co do smaku – i tak nie można było już nic zmienić. Naj­ważniejsze, że tak dobrze się bawiliśmy, przygotowując je i że zostało przyjęte tak łaskawie. Ciasto okazało się rzeczywiście suche jak troci­ny, ale nikomu to nie przeszkadzało. Wspomnienie o przypaleniu go, a następnie próbach ozdobienia jego nędznych resztek było lepsze niż najdoskonalszy wypiek. Stało się częścią naszej rodzinnej mitologii.

Jest takie wnikliwe opowiadanie Nathaniela Hawthorne’a, które przez lata pomagało mi w mojej walce z perfekcjonizmem. Opisuje ono aptekarza, który żeni się z niezwykle piękną kobietą naznaczo­ną tylko jedną drobną niedoskonałością. Otóż ma ona na policzku znamię w kształcie malutkiej dłoni o kolorze wina. Aptekarz za­czyna obsesyjnie szukać kremu, który usunąłby znamię. Po wielu próbach wreszcie mu się to udaje. Kiedy znamię blednie, z kobiety uchodzi też życie. Gdy umiera, pogrążony w smutku mąż zbyt póź­no uświadamia sobie, że żadna doskonała rzecz nie jest trwała.

Najgorsze jest to, że dążenie do perfekcji zawęża umysł. Ponie­waż uwaga aptekarza skupiona była na znamieniu żony, nie mógł docenić jej urody. Jego obsesja pozbawiła go umiejętności kochania żony taką, jaką była.

Perfekcjonizm jest diabelską cechą, gdyż odciąga nas od teraź­niejszości w stronę przeszłości lub przyszłości. Ponieważ spokój we­wnętrzny istnieje tylko w chwili obecnej, znika wraz z pojawieniem się pragnienia, aby osiągnąć doskonałość. ?Gdybym tylko wcześniej wyjęła ciasto z piekarnika, byłoby idealne…”, ?Gdybym tylko zapa­kowała inne ubrania, mogłabym cieszyć się tą wycieczką…”, ?Kiedy w końcu stracę pięć kilo, wtedy moja figura będzie taka, jak trzeba i będę szczęśliwa”. A póki to nie nastąpi, akceptujemy brak szczęścia jako nieodłączną część swojego życia.

W tym tygodniu uznaj perfekcję za intruza, którym rzeczywiście jest. Jeżeli puka do twoich drzwi, proponując ci diabelski układ – że będziesz szczęśliwy, jeżeli coś doskonale ci się uda – postaraj się od­rzucić tę propozycję. Nazwij podstępne nawyki umysłowe: ?To jest perfekcjonizm. Jest pułapką. Dostrzegam to i nie poddaję się mu”. Jeżeli mimo to ulegniesz dążeniu do doskonałości i potem będziesz nieszczęśliwy, spróbuj wyolbrzymić sytuację w podobny sposób, jak zrobili to moi synowie, śpiewając piosenkę: ?Coś strasznego, coś strasznego”. Następnie przytomnie przeanalizuj swoją sytuację. Czy naprawdę jest taka straszna? Czy za godzinę, za dzień, tydzień czy rok, ktoś się nią przejmie?

Pogódź się z tym – w większości wypadków nikt nie przejmuje się nią nawet teraz.

Zrozum, co naprawdę oznacza oszczędzanie czasu

Jako Amerykanie jesteśmy w większości przyzwyczajeni do po­ruszania się po ścieżce zarabiania i wydawania pieniędzy. Czas to pieniądz, dlatego tak liczy się wydajność. Usiłując zrobić więcej w krótszym czasie, doprowadzamy do tego, że godziny i minu­ty, które wypełniają pory roku w naszym życiu, stają się naszym wrogiem. Kiedy patrzymy na piasek w klepsydrze, symbolizujący upływ czasu, chcemy każdemu ziarenku nadać znaczenie. Po co? By ganiać w kółko, doprowadzając się do szaleństwa, czy też po to, by rozkoszować się nieskończonymi możliwościami kryjącymi się w czasie, tak jak zalążek dębu ukryty w żołędziu? Oszczędzanie czasu nie polega na niespokojnym wtłaczaniu w nasz dzień więk­szej liczby zadań, ale na doświadczaniu istoty tego, co przynosi każda chwila.

Przed kilkoma laty czytałam jeden z tych wszechobecnych ar­tykułów prasowych na temat oszczędzania czasu. Wypełniały go ?pomocne wskazówki”. Autor radził, że można oszczędzić cenne minuty, pokrywając włosy szamponem tylko jednokrotnie za­miast dwukrotnie. Pomyślałam o radosnych chwilach ze swojego dzieciństwa. Siedziałam w wannie, a mama delikatnie myła mi włosy szamponem dwa razy, aż były idealnie czyste. Nieświado­mie doświadczałam czułości mojej matki za każdym razem, kiedy jako dorosła osoba myłam sobie włosy. Mimo wszystko zastoso­wałam się do wskazówki i pokrywałam włosy szamponem tylko raz, by wygrać z czasem. Rzeczywiście, wychodziłam spod prysz­nica dwie czy trzy minuty szybciej, ale byłam rozdrażniona. Czy do tego sprowadza się życie? Do szalonego wyścigu kończącego się zupełnym wyczerpaniem na mecie?

Następnego ranka zdecydowałam się nie spieszyć pod prysz­nicem. Przecież ciepła woda i pachnąca piana przynoszą jedną ze słodkich przyjemności życia. W gorącej parze rozluźniają się mięśnie i warto wybrać raczej rozkoszowanie się masażem niż imitację trzyminutowego mycia samochodu. Nie tylko dwukrotnie użyłam szamponu, lecz nawet guzdrałam się, czerpiąc największą możliwą przyjemność z tego małego a rewolucyjnego działania.

Kiedy tak świadomie myłam włosy, leniwie niczym kot, zda­łam sobie sprawę z tego, jak często nie skupiam uwagi na tym, co robię. Jestem wszędzie, tylko nie w danej chwili. Czas ucieka i robi to bez mojego udziału, bo ja znajduję się gdzie indziej. Ciało przebywa w jednym miejscu, zachowując pozory, ale mój umysł wędruje w inne rejony. Nawet szorując się pod prysznicem, zwy­kłam być wzorem wydajności i planowałam rozkład dnia lub rozmyślałam nad niedokończonymi sprawami. Potrafiłam wyjść z kabiny prysznicowej i wydzielać tak dużo adrenaliny, jakbym właśnie przepędziła szalonego Normana z Psychozy.

Nasza kultura chlubi się wielozadaniowością. Czytamy podczas jedzenia, oglądamy telewizję w trakcie nauki i rozmyślamy o swoich problemach, prowadząc samochód. Nic dziwnego, że jesteśmy tak zestresowani i przygnębieni.

Zapraszam cię do przeprowadzenia prostego eksperymentu, polegającego na pełnym zaangażowaniu swojego umysłu w jedną czynność.

Pomyślmy na przykład o braniu prysznica. Dlaczego nie po­traktować tego inaczej niż jako zadanie do wykonania? Niech to będzie czas szczególnej medytacji, której głównym celem jest spokój i odprężenie doświadczane z każdą upływającą chwilą. Stań pod prysznicem i zwróć uwagę na oddychanie. Niech każdy wydech będzie możliwością zapomnienia o przeszłości i przyszłości, tak byś mógł pełniej wejść w teraźniejszość. Pozwól ciepłej wodzie spływać po twoim ciele przyjemnymi falami. Teraz wyobraź sobie, że to wodospad światła, zmywający zmęczenie i negatywne myśli, które wypływają przez podeszwy twoich stóp. Umyj włosy z uwa­gą i miłością, tak jakbyś mył włosy małemu dziecku. Kiedy tylko zauważysz, że twoje myśli gdzieś odpływają, weź głęboki oddech i powróć do tej najprostszej z medytacji. Przez cały dzień będziesz miał więcej energii i spokoju wewnętrznego, nawet jeśli nie pobi­łeś rekordu szybkiego brania prysznica.

Ta sama zasada odnosi się do wszystkiego, co robisz. Możesz z przygarbionymi plecami i grymasem na twarzy przenieść stos naczyń do szafki, oszczędzając cenne sekundy w konkursie opróżniania zmywarki na czas. Kiedy skończysz, prawdopodob­nie poczujesz się wykończony. Nikt nie doceni twojej wydajno­ści. Zauważą natomiast, że zmieniłeś się w Grincha. Rezygnu­jąc z wydajności, mógłbyś wziąć kilka głębokich, relaksujących oddechów, wczuwając się w chwilę obecną, i cieszyć się reakcją swoich rozluźniających się mięśni podczas wkładania talerzy do kredensu. Kiedy prowadzisz samochód, mógłbyś zwolnić i po­dziwiać krajobraz, zamiast ścigać się do linii mety.

Jak mówi przysłowie, co nagle, to po diable. Pośpiech nie tyl­ko zwiększa prawdopodobieństwo tego, że upuścisz naczynia lub spowodujesz wypadek samochodowy, lecz także prowadzi cię do zagubienia istoty życia. Przecież nie zaczyna się ono wtedy, gdy wyj­dziesz spod prysznica, gdy zmywarka jest pusta, kiedy śniadanie jest zjedzone, gdy dzieci są już w łóżku, kiedy raport jest skończony lub gdy wracasz z pracy. Zycie toczy się teraz, minuta po minucie. Kiedy jesteś obecny w tej właśnie chwili, wydaje się, że czas zwalnia, wydajność poprawia się sama, a życie znów staje się rozkoszą.

W tym tygodniu zwróć uwagę, jak podchodzisz do zadań, któ­re wypełniają twój dzień. Kiedy dążenie do wydajności zamienia się w tyranię, dokonaj innego wyboru. Poświęć kilka dodatko­wych minut na to, by poczuć smak tego, co jesz. Czuj wystarczająco wolno, by czerpać ogromną przyjemność z każdego kęsa. Przytul bliską osobę, wtapiając się w nią, a nie wyciskając z niej oddech w dwusekundowym uścisku boa dusiciela. Jeżeli się zrelaksujesz i będziesz cieszył każdym zadaniem, to nawet jeśli robiąc coś uważnie, poświęcasz na to kilka sekund lub minut więcej, w dłuż­szej perspektywie wykonasz więcej pracy. Staniesz się jednością ze swoim życiem – i wrócisz do domu, do samego siebie.