Archive for the ‘Strategie rozwijające współczucie’ Category

Wprowadzaj miłość w życie

Każdy tęskni do tego samego: by kochać i być kochanym.

Głębokie poczucie jedności, wartości i przynależności, jakie daje miłość, jest tak bliskie doświadczeniu raju, jak to jest tylko możliwe w wypadku śmiertelników na Ziemi.

Sposób, w jaki jesteśmy wychowywani, wywiera wielki wpływ na naszą zdolność do miłości. Towarzyszące nam w dzieciństwie poczucie, że jesteśmy szanowani i wartościowi, stanowi podstawę rozwoju współczucia i dobroci, przejawianych przez nas w życiu dorosłym. Większość z nas otrzymała to, co psychologowie nazy­wają ?wystarczająco dobrym” wychowaniem. Może nasi rodzice nie byli doskonali, lecz przynajmniej wyrośliśmy na ludzi obda­rzonych sumieniem i zdolnością rozumienia, że inni są tak samo ważni jak my. Do momentu przekroczenia trzydziestego roku życia, rany odbierane w dzieciństwie, które blokują miłość, stają się oczywiste. Być może jesteś cyniczny lub obawiasz się zaanga­żowania. Może masz osobliwy radar, który nieustannie każe ci wybierać niewłaściwych przyjaciół czy ukochanych. Być może źle się o siebie troszczysz i brakuje ci umiejętności wyznaczania rozsądnych granic. Może nawet straciłeś nadzieję…

Jeżeli pragniesz spokoju wewnętrznego, musisz w końcu zaan­gażować się w proces uzdrawiania, który poprawi twoje poczucie własnej wartości, nauczy cię inteligencji emocjonalnej i pomoże ci wybaczać. Nie wszyscy ludzie mają zewnętrzne czy wewnętrzne zasoby, dzięki którym mogliby przyjąć potrzebne im uzdrowienie emocjonalne. Niektórzy są zranienie poważniej. Pomaganie tym osobom poprzez programy nastawione na wspieranie dzieci, takie jak organizacje Big Brother i Big Sister, schroniska dla bezdom­nych, schroniska dla maltretowanych kobiet i inne ochotnicze organizacje, jest dwuwymiarową strategią dążenia do spokoju. Uzdrawiasz siebie, oferując miłość i uzdrawianie innym.

Przed laty Ram Dass napisał wspaniałą książkę, zatytułowaną How Can I Help?. Twierdził, że poświęcanie swojego czasu i ta­lentu na wolontariat pomoże nam osiągnąć więcej wewnętrzne­go spokoju. Dodatkową nagrodą jest to, że praca wolontariusza poprawia zdrowie i przyczynia się do długowieczności. W wielu korporacjach realizuje się programy, w ramach których pracow­nicy mają czas wolny przeznaczony na pracę dla lokalnej społecz­ności. Umożliwienie pracownikom wolontariatu w czasie pracy okazuje się dobrym interesem. Pracownicy są bardziej lojalni i odczuwają większą satysfakcję z pracy, ponieważ wolontariat nadaje ich życiu głębszy sens. Daje im też szansę wprowadzenia miłości w życie.

Wzorem okazywania miłości jest dla mnie Robin Casarjian. Robin kieruje fundacją Lionheart, której celem jest uczenie więź­niów umiejętności wyrażania emocji. Spotkałam ją, kiedy obie prowadziłyśmy programy panowania nad stresem w Bostonie. Po opublikowaniu swojej pierwszej książki ForgivenessRobin zosta­ła poproszona o wygłoszenie wykładu na ten temat w miejscowym więzieniu. O dziewiątej rano stu dwudziestu spośród siedmiuset więźniów pojawiło się na sali, by usłyszeć jej mowę o przebacza­niu. Robin była zdumiona. Niektórzy więźniowie chcieli czegoś więcej, niż tylko wysłuchać teorii na ten temat. Chcieli nauczyć się, jak to robić. Niebawem w kilku więzieniach zaproponowano Robin prowadzenie tygodniowych programów o samouzdrawianiu, przebaczaniu i umiejętnościach wyrażania emocji.

Zamiast uwrażliwiać na rany emocjonalne współwięźniów, więzienia są raczej wyższymi uczelniami przemocy. W każdym tygodniu przepełniony system więzienny Stanów Zjednoczo­nych ?zasila” przeciętnie tysiąc sześćset osób. Może zaskoczy cię fakt, że obecnie dziedzina resocjalizacji jest w tym kraju naj­szybciej rozwijającą się gałęzią gospodarki. I jeżeli liczba osadzo­nych nadal będzie rosła w takim tempie, to w połowie stulecia w więzieniach znajdzie się ponad pięćdziesiąt procent populacji Stanów Zjednoczonych. Sposobem na odwrócenie tej tendencji jest oczywiście pomaganie dzieciom. Niestety rząd amerykański jest innego zdania. Straszy poważnymi karami dorosłych, którzy i tak najczęściej są bardzo zranionymi ludźmi. Przemoc rozwija się w samonapędzającym się cyklu. Krzywdzone dzieci wyrastają na dorosłych krzywdzicieli.

Jak wszystkie istoty ludzkie, więźniowie pragną znaleźć w ży­ciu sens i zbudować przyszłość odmienną od przeszłości. Bez mi­łości i szacunku do samego siebie zmiana nie nastąpi. Korzystając z umiejętności panowania nad stresem, technik terapii poznawczej, medytacji, odgrywania ról i autorefleksji, Robin uczy więźniów, jak rozumieć swoje uczucia i wyrażać je w dojrzały, konstruktyw­ny sposób. Istotą jej programu jest wybaczanie, które stanowi też podstawę brania odpowiedzialności za swoje czyny.

Aby dotrzeć do większej liczby więźniów, Robin opracowała swój program w formie książki. Darmowe egzemplarze Houses of Healingzostały przekazane wszystkim więzieniom federalnym i stanowym w USA. Tytuł odzwierciedla marzenie Robin, aby wię­zienia zmieniły się ze szkół przemocy w domy uzdrawiania. Program Robin obejmuje także książki z ćwiczeniami i filmy wideo dla osób, które chcą go nauczać[5]. Realizuje się go w wielu instytucjach reso­cjalizacyjnych w całym kraju. W krótkim, ale poruszającym filmie o kobietach i mężczyznach uczestniczących w programach Domów Uzdrawiania znalazło się ujęcie bawiących się dzieci o słodkich twa­rzyczkach. Narrator zadaje przejmujące pytanie: ?Przyszli na świat jako piękne, naznaczone boskością dzieci; jak to się stało, że skoń­czyli w więzieniu?”. Gdyby nie siła miłości, na ich miejscu mógłby się znaleźć każdy z nas.

W tym tygodniu pomyśl o tym, jak wprowadzasz miłość w życie. Problemy w naszym społeczeństwie mogą wydawać się przytłacza­jące, ale jeśli każdy z nas będzie pomagał, jesteśmy w stanie wiele zmienić. Kiedyś zapytano Matkę Teresę, jak udało jej się zebrać czter­dzieści tysięcy umierających ludzi z ulic Kalkuty. Odpowiedziała, że gdyby myślała o nich wszystkich, byłaby przerażona. To działo się stopniowo. Zabierała ich pojedynczo. Nazwała to prawem ?jeden po drugim”. W ten właśnie sposób miłość uzdrawia, i to jest strategia, którą może zastosować każdy z nas.

Bądź uprzejmy

Uprzejmość wyrasta z uważnego podejścia do życia, kiedy w naturalny sposób dostrzegasz potrzeby otaczających cię ludzi i okazujesz im należny szacunek. W życiu wypełnionym pracą pośpiech i troski często jednak zawężają nasze pole uwa­gi. Uważność cierpi na tym i nawet w wypadku osób z natury uprzejmych, współczucie ustępuje niekiedy miejsca doraźnym korzyściom. Kiedy tak się dzieje, życie traci część swojej słody­czy. Warto uczynić z uprzejmości priorytet, tak by dobroć, która jest twoją prawdziwą naturą, miała szansę rozkwitnąć i posiać na świecie ziarno pokoju.

Nieuprzejmość jest teraz coraz powszechniejsza, a co gorsza, przyzwyczailiśmy się jej oczekiwać. Pewnego dnia zawiozłam jednego z moich pasierbów do Boulder, skąd odjeżdżał busik na lotnisko w Denver. Ponieważ na dworze było zimno, czekaliśmy w hotelowym holu, skąd busik zabierał pasażerów. Czekała z nami jeszcze jedna osoba – modnie ubrany mężczyzna, który powiedział nam, że jest w trakcie podróży po czterech miastach, gdzie uczest­niczy w rozmowach kwalifikacyjnych w sprawie nowej pracy. W obu rękach trzymał bagaż. Miał dwie czarne walizki na kół­kach, na jednej z nich umieszczona była duża torba na komputer. Kiedy podjechał busik, wszyscy ruszyliśmy w kierunku drzwi.

Mój pasierb Christian i ja poszliśmy na prawo, a ów czło­wiek – na lewo. Podtrzymałam drzwi dla Christiana, a kiedy je puściłam, uderzyły biednego mężczyznę w twarz. Najwyraźniej zmienił kierunek w trakcie marszu i poszedł za nami. Byłam zawstydzona i nie wiedziałam, jak go przepraszać. Nawet jeśli myślisz, że droga jest wolna, dobrze spojrzeć jeszcze raz, zanim puścisz drzwi.

Mężczyzna był w filozoficznym nastroju: ?Proszę o tym nie myśleć. Nadal żyję. Takie rzeczy ciągle się zdarzają”.

Problem polega na tym, że miał rację.

Kilka lat temu byłam na konferencji poświęconej uzdrawia­niu. W pewnej chwili do podium podbiegła kobieta i zanim po­jawił się następny mówca, żarliwie obwieściła: ?Jesteśmy na tej konferencji, aby uczyć się o uzdrawianiu, a uzdrawianie wymaga dobroci i uwagi. Dwoje z was właśnie przeszło przez drzwi, nie patrząc, kto jest z tyłu. Drzwi uderzyły starszą kobietę, która się przewróciła. Jeżeli jesteśmy zbyt zajęci, by troszczyć się o siebie nawzajem, nic tu po nas”.

Im bardziej jesteśmy zajęci, tym mniej uwagi poświęcamy in­nym i tym bardziej potrafimy być podenerwowani i bezmyślni. Nie tylko wobec obcych, ale także wobec własnej rodziny i współ­pracowników. W niektórych korporacjach niegrzeczne, nieuprzej­me zachowanie budzi taki niepokój, że stosuje się tam narzędzie diagnostyczne, zwane ?Indeksem uprzejmości”, służące do odno­towywania częstotliwości i typu złego zachowania, które psuje kli­mat w pracy i pozbawia pracowników spokoju umysłu.

W ?Krajowym raporcie na temat pracy i rodziny” (The Natio­nal Report on Work and Family) z grudnia 2000 roku opisywano trwające pięć lat badanie przeprowadzone na University of North Carolina – UNC. Wszyscy spośród ośmiuset badanych relacjono­wali nieuprzejmość w miejscu pracy. Osiemdziesiąt dziewięć pro­cent osób oceniło problem jako poważny, a ponad trzy czwarte uznało, że nasilił się on w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W bada­niu UNC uwzględniono także efekty niegrzecznego zachowania. Ponad pięćdziesiąt procent badanych marnowało czas w pracy, martwiąc się incydentem, który już się zdarzył, łub takim, który dopiero może się wydarzyć. Pięćdziesiąt procent zastanawiało się, czy nie zrezygnować z pracy, by nie spotykać więcej niesym­patycznego współpracownika. Nieuprzejme zachowanie polega­ło na lekceważeniu, nękaniu, protekcjonalności, nieposłuszeń­stwie, wygłaszaniu kazań moralnych, pomijaniu czyjegoś wkładu pracy, niszczącym plotkowaniu, przerywaniu i niesłuchaniu.

Prostackie, niegrzeczne zachowanie staje się normą. Będąc w supermarkecie, rzadko udaje się nam uniknąć pozostawione­go na środku alejki wózka, który blokuje ruch, albo zepchnięcia na bok przez spieszącego się, nieuważnego klienta. Wydaje się, że większość ludzi w ogóle się nad tym nie zastanawia. Kiedy usłyszymy przeprosiny, jesteśmy miło zaskoczeni. Chociaż więk­szość nas stara się, jak może, prawie każdy bywa niegrzeczny. Czy zdarzyło ci się nie słuchać ukochanej osoby, zlekceważyć jej opinię, potraktować ją protekcjonalnie lub stracić panowanie nad sobą i krzyczeć?

W tym tygodniu obserwuj, czy twoje zachowanie jest uprzej­me. Bądź dobrym słuchaczem i jeżeli prosisz kogoś o wykonanie jakiegoś zadania, to wykorzystaj efekty jego pracy, albo powiedz mu, dlaczego tego nie zrobisz. Ludzie powinni wiedzieć, że są sza­nowanymi członkami domowego bądź firmowego zespołu. Jeśli kusi cię, aby podnieść głos przy wyrażaniu swojego zdania, weź kilka głębokich oddechów i policz do dziesięciu. A gdy ktoś za­trzaskuje ci drzwi przed nosem, zastanów się nad swoją reakcją. Oschłe ?dziękuję”, choć kuszące, jest protekcjonalne i sarkastycz­ne. A kiedy na niegrzeczność odpowiadasz tym samym, problem tylko narasta. Jeżeli masz jakieś pomysły na grzeczną reakcję wo­bec popychającego cię w supermarkecie klienta albo na zatrza­śnięcie ci drzwi przed nosem, daj mi znać!

Nikt nie czyta w twoich myślach

Kiedy się spieszysz, często łatwiej ci przyjmować założenia, niż się komunikować. Z czasem możesz uwierzyć w to, że czytasz w myślach i prawie nie musisz o nic pytać. I chociaż intu­icja bywa bardzo rozwinięta, duża część założeń nie jest jej prze­jawem. W wielu wypadkach jedynymi myślami, w jakich czytasz, są twoje własne.

Pewnego dnia wraz z moim byłym mężem zauważyliśmy u siebie wiele takich założeń. Byliśmy wtedy na polu golfowym. Kurt jest świetnym graczem, a ja wciąż zupełnie początkującym. Zainteresowałam się tym sportem, żebyśmy mieli jakieś wspólne relaksujące zajęcie. Sądząc z liczby czteroliterowych słów, jakie padają podczas tej gry z ust skądinąd cywilizowanych ludzi, golf już nie wydaje mi się odprężający. Jest to wymagająca gra, ale przynajmniej na tyle absorbująca, że pozwala odetchnąć od zwy­kłych życiowych frustracji, zapewniając własne. Nigdy nie będę Tigerem Woodsem, lecz ominięcie piaszczystej pułapki dostarcza i mnie natychmiastowej gratyfikacji.

Właśnie podejmowaliśmy grę po zdobyciu punktów. Obie pił­ki spoczywały w dołku, a ja cieszyłam się z mojego uczciwego, dobrego wyniku. Kurt pochylił się, by wyjąć piłki i przełożyć fla­gę, a ja radośnie podbiegłam do wózka.

?Hej – zawołał Kurt, wymachując moją piłką – Nie chcesz tego?”.

?Och – odparłam. – Uznałam, że przyniesiesz to do wózka”.

Pokręcił głową: ?Każdy facet, by wiedział, że czekam, by wrę­czyć mu jego piłkę”.

Wybuchnęliśmy śmiechem. Każde z nas poczyniło pewne założenia: on, że będę wiedziała, jakie jest zwyczajowe zacho­wanie; a ja, że on przyniesie piłki z powrotem do wózka. To doprowadziło do dyskusji na temat jednego z pieszczotliwych przezwisk dla mnie: Królowa Założeń. On czasem też zasługiwał

na miano Króla Założeń. Nie ma wprawdzie w kalendarzu dni tych dobrze nam znanych ?świętych”, ale mają oni swoje miejsce w życiu wielu zapracowanych ludzi, którzy nieświadomie wiel­bią ich w swoich kaplicach.

Im bardziej jesteśmy zapracowani, tym więcej w naszym życiu fał­szywych założeń na temat tego, co inni ludzie powinni wiedzieć. Zna­my plan. Przecież dokładnie go przemyśleliśmy. Niestety, być może nie ukończył on podróży z naszego umysłu do naszych ust. Domownicy mogą być niemile zaskoczeni, kiedy oznajmiamy im, że oczekujemy od nich, by poszli do miasta i załatwili kilka spraw. To ma sens dla nas. W ten weekend mamy napisać sprawozdanie, a oni są wolni. Powinni to wiedzieć. Każda w miarę świadoma osoba by to wywnioskowała. Nawet jeżeli nie wspomnieliśmy o tym wprost, czyż nie?

Król i Królowa Założeń są bliskimi krewnymi Mata i Mary Czytających w Myślach. Ta para wierzy, że inni ludzie są tak wraż­liwi i dostrojeni do nich, że właściwie żadna komunikacja nie jest konieczna. Czasem poprzedzają skargę taką uwagą: ?Gdyby ci naprawdę zależało, wiedziałbyś, że…”. Prawdopodobnie mo­żesz dokończyć to zdanie na podstawie zdarzeń z własnego życia, na przykład: ?Mój samochód był brudny i byłoby miło z twojej strony, gdybyś go umył”. Albo: ?Byłam przygnębiona i bukiet kwiatów na pewno poprawiłby mi humor”. Czy jeszcze inaczej: ?Trzeba było odebrać Jennifer ze świetlicy, a ja przecież musia­łam jeszcze zrobić zakupy”.

Bycie Królową czy Królem Założeń i myślenie, że inni ludzie mogą, a nawet powinni czytać w naszych myślach, naraża nas na cierpienie. Spokój umysłu ulatuje przez okno, kiedy z wizytą przychodzi zdenerwowanie. Oczekiwanie, że ktoś będzie czy­tał w twoich myślach, stanowi formę obwiniania. ?Dlaczego nie może być bardziej troskliwy?”. Jest to także objaw egocentryzmu. Każda zdrowa, zrównoważona osoba wie, że nie jest słońcem, wo­kół którego kręci się życie innych ludzi. Nawet w wypadku naj­bardziej kochających się ludzi, partnerzy mają własne troski, ma­rzenia i potrzeby. Miłość to partnerstwo, polegające na dawaniu i braniu.

Antidotum na oczekiwanie, że inni będą czytać w twoich my­ślach, jest proste. Jeżeli chcesz kwiatów, naucz się o nie prosić.

Jeśli za trudno jest zrobić zakupy i jednocześnie odebrać dziecko ze świetlicy, poproś małżonka o wykonanie jednego z tych za­dań. Jasna komunikacja i bezpośrednie prośby pomagają utrzy­mać spokój i zapewniają innym szacunek, na jaki zasługują.

W tym tygodniu zaobserwuj, kiedy tracisz spokój umysłu pod wpływem założeń. Postanów jasno się komunikować i zdaj so­bie sprawę z tego, że im bardziej ludzie są zajęci, tym bardziej musisz być uważny, kiedy chcesz z nimi porozmawiać. Jeżeli są czymś zaabsorbowani i jedyną odpowiedzią, jaką otrzymujesz, jest: ?Aha, aha”, to spróbuj uprzejmie poprosić o ich całkowitą uwagę. Chociaż to może wydawać się proste i oczywiste, takie sytuacje często stanowią przeszkodę w porozumiewaniu się. Obie strony muszą być tu i teraz, zanim będą mogły otworzyć się serca i umysły, by stworzyć rozsądny plan współdziałania.

Porozumiewaj się uczciwie

Przed wieloma laty lekarz, z którym pracowałam, postano­wił przeprowadzić eksperyment prawdy, w którym wszelkie ubarwienia czy uniki byłyby niedozwolone. Wraz ze swoją żoną umówili się, że będzie to próba ulepszenia komunikacji i budo­wania intymności między nimi. Zobowiązanie się do prawdy przyniosło dalekosiężne skutki we wszystkich jego związkach.

?Jack” wcześniej lubił uciekać się do przesady i do uników. Był wesołym człowiekiem, ale posługiwał się żartami, by utrzymy­wać dystans wobec innych. Na pytanie: ?Jaki jest postęp twoich badań?”, odpowiadał na przykład: ?Fantastycznie. Z pewnością dostaniemy Nagrodę Nobla”. Taka odpowiedź nie zawierała żad­nych użytecznych informacji. Była to miła forma zlekceważenia osoby, która zadała pytanie.

Pod wpływem eksperymentu prawdy Jack stał się precyzyjny i uważny. Na to samo pytanie odpowiadał: ?No cóż, trochę wol­niej, niż bym chciał. Wczoraj wszystkie nasze żele opadły i nie wie­my dlaczego. Jestem naprawdę sfrustrowany. Ogólnie wyniki są zachęcające. Więcej wiemy o tym, jak działają kanały wapnia. My­ślę, że do terminu złożenia wniosku o przedłużenie dotacji w lu­tym, będziemy mieli wystarczająco dużo danych, by napisać go dobrze”. Taka odpowiedź wyraża szacunek dla pytającego, ujaw­nia ważne informacje o uczuciach Jacka i postępach jego badań, a także sprzyja bliskości. Ktoś kiedyś zdefiniował słowo bliskość jako ?patrzysz we mnie”. Jack pozwalał nam właśnie na to.

Krok po kroku zespół badawczy zaczął go poznawać i szcze­rze lubić. Przedtem Jack był dalekim, choć miłym kolegą, które­go wielu z nas nauczyło się ignorować. Pewnego dnia zatrzymał mnie w korytarzu. Wyglądał na zamyślonego. Wydawało mi się, że odczuwam pewien chłód z jego strony, zapytałam więc, czy z ja­kiegoś powodu jest na mnie zły. Przecząco pokręcił głową. Potem wyprostował się i spojrzał mi głęboko w oczy. Najwyraźniej czuł się niezręcznie, ale mimo to postanowił być uczciwy: ?Rzeczywi­ście, jestem zły – powiedział. – Mijasz mnie, nie mówiąc ?cześć? i czuję się, jakbym się nie liczył”.

To było zaskakujące. Nie sądziłam, że będzie to dla niego ważne. Kiedy spieszę się od jednego zadania do drugiego, jestem bardzo skoncentrowana. Prawdopodobnie nie zauważyłabym w koryta­rzu nawet nosorożca. Kiedy to wyjaśniłam, Jack odetchnął z ulgą. Przez dwa lata naszej znajomości uważał, że go nie lubię.

Później wdaliśmy się w rozmowę. Przyznałam, że choć zawsze ceniłam jego poczucie humoru, do niedawna tak naprawdę nie wiedziałam, kim jest, i czułam się w jego towarzystwie nieco za­kłopotana. W tym momencie nastąpiły dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, wykonaliśmy krok w stronę przyjaźni. Po drugie, zda­łam sobie sprawę, że mój nawyk intensywnego koncentrowania się na zadaniu mógł w równym stopniu oddalać mnie od innych ludzi jak zwyczaj lekceważenia ich poprzez żarty. Zaczęłam po­dejmować świadomy wysiłek mówienia ?cześć” innym i wszystkie moje relacje w pracy się ociepliły.

Na krótką metę unikanie nieprzyjemnej prawdy może być ła­twiejsze, ale w dłuższej perspektywie szczera komunikacja prowadzi do rozwoju i zmiany. Psychologowie Gay i Kathleen Hendricksowie, autorzy wielu książek na temat związków, pokazują wartość mówienia ?nieobwiniającej prawdy”. Zamiast pozwalać, by małe nieporozumienia urosły do wielkich rozmiarów, należy porozma­wiać o nich wcześniej, tak jak to było w przypadku Jacka i mnie.

Istotą nieobwiniającej prawdy jest dobroć. Większość ludzi już wie, że lepiej skomentować zachowanie drugiej osoby i to, jakie wywołuje ono w tobie uczucia, niż atakować jej charakter. Jack dobrze zrobił, mówiąc mi, jak się czuł, kiedy go ignorowa­łam, a nie nazywając mnie niewrażliwym snobem. Uwaga typu: ?Hej, kim dla ciebie jestem, rośliną doniczkową?”, chociaż dow­cipna, byłaby oskarżeniem i krytyką. Mogłaby przynieść więcej dystansu i wrogości, zamiast zgody i współpracy. Odwołując się do mojego najlepszego Ja, Jack umożliwił mi dokonanie odkryć, za które byłam wdzięczna.

Powiedzenie nieobwiniającej prawdy może wydawać się pro­ste, ale kiedy jesteś zapracowany i poirytowany, twoje najlepsze

Ja czasem ukrywa się zbyt głęboko. Jeżeli pozwolisz, by sarkazm, poczucie krzywdy czy złość przeniknęły do twojego komunikatu, ryzykujesz, że druga osoba zejdzie na ten sam poziom. Potem wszyscy cierpią, a rezultat, jakiego pragniesz – współpraca, uwa­ga i spokój – staje się coraz mniej prawdopodobny.

W tym tygodniu zwracaj baczną uwagę na sztukę prawdy w komunikacji. Jeżeli twoje nastoletnie dziecko rozrzuca ubra­nia po całym domu, posłuż się nieobwiniającą prawdą, zamiast sugerować, że jest beznadziejnym przypadkiem i rujnuje twoje życie. Jeżeli twój szef cię lekceważy, w prosty sposób powiedz, jak się z tym czujesz, bez obwiniania czy żalu. Jasna komunikacja jest podstawą bliskości i spokoju wewnętrznego.

Bądź dobrym słuchaczem

Jednym z największych darów, jakie możesz ofiarować innej osobie, jest słuchanie. Ten prosty akt dobroci daje jej możli­wość podzielenia się swoimi myślami i uczuciami. Słuchając, do­wiadujemy się więcej o sobie i rozwijamy silniejsze poczucie Ja. Podstawą zdrowia emocjonalnego jest miłość i uwaga ze strony naszych opiekunów, kiedy jesteśmy dziećmi. Niemowlęta prze­bywające w sierocińcach, gdzie zaspokajane są wprawdzie ich po­trzeby pożywienia i schronienia, lecz nikt nie reaguje na ich uczucia i słowa, często nie rozwijają się prawidłowo. Ich rozwój fizyczny jest opóźniony, a zdolność odczuwania emocji – zaburzona.

Potrzeba, by obdarzano nas uwagą i miłością, nie kończy się w dzieciństwie. Jest to silne dążenie emocjonalne. Nawet kiedy jesteśmy dorośli, możliwość omówienia naszych spraw dobrze wpływa zarówno na nasze ciała, jak i umysły. Interesujące ba­danie przeprowadzone przez psychologa Jamesa Pennebakera w Southern Methodist University, pokazało, że kiedy ludzie wy­powiadają swoje uczucia do zasłony prysznicowej, ich system od­pornościowy się wzmacnia. Jeżeli mówienie do milczącej plasti­kowej płachty przynosi tyle korzyści, to pomyśl tylko o wpływie, jaki może wywierać żywy, kochający słuchacz.

Podczas szkolenia dla przyszłych terapeutów wykonywaliśmy bardzo ciekawe ćwiczenie w parach. Jeden student odgrywał rolę klienta, drugi – terapeuty. Klient miał mówić przez dwadzieścia minut. Zadaniem terapeuty było uważne słuchanie, bez przery­wania. Zawsze, kiedy czuliśmy impuls, by się odezwać, mieliśmy zadać sobie pytanie, co kryło się pod tym impulsem. Czy chcieli­śmy poczynić empatyczną uwagę, doradzić, podzielić się reflek­sją, czy uzyskać wyjaśnienie lub dalszą informację?

Zauważyliśmy, że chęć przerwania mówiącemu często wyni­kała z pragnienia, by zapewnić go, że jesteśmy zainteresowani tym, co mówi. Innym razem chcieliśmy po prostu usłyszeć siebie, jak mówimy, lub powiedzieć coś, by wydać się inteligentni i kom­petentni. Niekiedy, być może, czuliśmy potrzebę, by w ten sposób zmniejszyć własny niepokój. Oczywiście, nie taka jest rola terapeu­ty. Ogólnie doszliśmy do wniosku, że dobrze się stało, iż większość tych impulsów do odezwania się została zduszona w zarodku.

Także doświadczenie, że ktoś słucha nas, nie przerywając, otwierało nam oczy. Moi koledzy relacjonowali prawie jedno­głośnie, że czuli się akceptowani i rozumiani przez milczącego słuchacza. Ponieważ wolno im było nieprzerwanie mówić, miały szansę pojawić się głębokie i często zaskakujące refleksje. Kiedy nam nie przerywano i nie zmieniano tematu, wielu z nas dotarło do niezwykłego i wartościowego poziomu uczuć i percepcji. Ani jedna osoba nie czuła się zlekceważona, mimo braku werbalnej reakcji. Tak naprawdę czuliśmy się wyjątkowo docenieni.

Słuchanie jest ważną formą komunikacji. Kiedy usta milczą, serce może powiedzieć bardzo dużo o tym, jak bardzo zależy ci na drugiej osobie. Ponownie nauczyłam się tej lekcji, kiedy siady­wałam przy umierających. Początkowo uważałam, że powinnam powiedzieć coś pocieszającego lub mądrego. Czasem mówiłam coś, by zagłuszyć własny niepokój. W końcu zdałam sobie spra­wę, że siedzenie z kimś w milczeniu – nawet jeśli on też nic nie mówił – było wciąż formą słuchania. Twoja milcząca czujność sprawia, że stajesz się bezpieczną przestrzenią. Jest to jeden z naj­głębszych sposobów okazywania miłości.

Słuchanie jest niezwykłą umiejętnością w naszym rozpędzonym świecie. Przypominam sobie przenikliwy rysunek ukazujący żałob­ników na pogrzebie. Podpis brzmiał: ?Tak mi przykro z powodu twojej straty, teraz wracam do własnych problemów”. Wiele razy byłam podobnie zaabsorbowana sobą. Im bardziej byłam zajęta, tym silniej musiałam się przed tym strzec. Kiedy pisałam tę książ­kę i czułam presję, by zdążyć na czas, kilka razy, kiedy ktoś chciał ze mną porozmawiać, ja – tak jak metalowe opiłki przyciągane przez magnes – odwracałam się w stronę komputera.

Chociaż nie można oczekiwać od nas, że rzucimy wszyst­ko, co robimy, i będziemy słuchać każdej osoby, która prosi nas o uwagę, możemy powiedzieć jej, kiedy znajdziemy na to czas. To znacznie bardziej uprzejma reakcja niż udawanie, że słuchamy, a tak naprawdę nadal czytamy gazetę, pracujemy przy komputerze czy oglądamy telewizję. Każdemu czasem zdarza się odpowiadać nieuważnym ?aha, aha”, gdy tak naprawdę się nie słucha. Jeśli jednak nabieramy takiego zwyczaju, to lekceważymy i nie szanujemy ludzi. Kiedy mój były mąż, Kurt, narzekał, że go nie słucham, traktowałam te skargi poważnie, wiedząc, że moje zachowanie może położyć się cieniem na naszej miłości.

W tym tygodniu skoncentruj się na byciu dobrym słuchaczem dla innych ludzi, tak by mogli być sobą. Kiedy twój rozmówca w pełni się wypowie, spróbuj zadawać pytania, dzięki którym posunie się w swych przemyśleniach trochę dalej. Jak się czuł, kiedy szef zaczął mówić o przymusowych urlopach? Jakie jeszcze myśli przebiegały mu przez głowę? Kiedy zadajesz pytania, któ­re prowokują do dalszych refleksji i wyrażania emocji, w końcu znajdziesz się na uświęconej ziemi. Oboje doświadczycie zaska­kujących wglądów – takich, których żadne z was nie mogłoby przeżyć w samotności. Na tym polega magia słuchania.

Korzystaj z mocy swojego prawdziwego Ja

Dużo się teraz mówi o prawdziwym Ja. Problem w tym, jak je rozpoznać, skoro każdy z nas ma wiele Ja. Jestem matką i żoną, pisarką i mówcą, naukowcem i psychologiem, współczu­jącą osobą i dobrą przyjaciółką. Jest też negatywna strona: mam różne alterego – fałszywe Ja, które mogą dochodzić do głosu, kiedy jestem zdenerwowana, przygnębiona, przestraszona czy przemęczona. Jest cierpiętnica i perfekcjonistka, maruda i ktoś, kto chce zadowalać innych, jest krytyk i szefowa. Istnieją też ?Cykor” i ?Królowa Pesymizmu”, która upiera się, że świat za­raz legnie w gruzach. Która z tych osobowości jest moim praw­dziwym Ja? Gospodarz starego programu telewizyjnego To Tell the Truth (Powiedzieć prawdę) zwykł mówić: ?Niech wstanie prawdziwa Joan Borysenko!”.

Bardzo ważną lekcję o prawdziwym Ja dostałam w Miraval Spa w Tucson w Arizonie. Zimą 2001 roku wraz z moją przyjaciółka, Cheryl Richardson, prowadziłyśmy w tym pięknym pustynnym otoczeniu pierwszy z naszych dorocznych warsztatów ?Take Time for Your Life” (Znajdź czas na swoje życie). Uczestniczyła w nim grupa około siedemdziesięciu kobiet i mężczyzn. Popołudnia były wolne, przeznaczone na korzystanie z wyjątkowych programów w Miraval. Kilkoro członków grupy zachwycało się czymś o na­zwie ?Końska Przygoda”. Mówili, że konie są jak lustra, które pokazują, kim naprawdę jesteśmy. Dla niektórych osób było to niezwykłe przeżycie. Zaintrygowane, Cheryl i ja – razem z na­szymi mężami – zapisałyśmy się na ten program.

Prowadził go kowboj, Wyatt Webb. Wyjaśnił, że naszym pierw­szym zadaniem będzie oczyszczenie kopyt przydzielonemu nam koniowi. Byłam rozczarowana. Kiedy miałam trzydzieści kilka lat, posiadaliśmy z mężem dwie żywiołowe klacze, Quanę – rasy quar- terhorse i Mię – rasy arabskiej. W tamtym czasie wielokrotnie wy­bierałam żwir i błoto z końskich kopyt i nie mogłam zrozumieć, w jaki sposób to doświadczenie miało rzucić nowe światło na moją osobowość. Gdy jednak Wyatt zaczął mówić o tym, jak konie odpowiadają na naszą energię, odzwierciedlając nasze emocje i intencje, zrozumiałam, że to bardzo mądry człowiek. Zrezygnowałam z osądzania, ciekawa, co się stanie.

Wyatt przestrzegł nas przed wyciąganiem pochopnych wnio­sków na temat zwierzęcia, niezależnie od tego, co się będzie dzia­ło w czasie jego oporządzania. Jeżeli wyda się niechętne i nie będzie chciało podnieść kopyt do czyszczenia, nie znaczy to, że jest uparte. To raczej my nie podchodzimy do niego z naszym prawdziwym Ja. Nadal nie byłam pewna, czym może być to nie­uchwytne Ja. Zostaliśmy wysłani do koni z kopystkami, kilkoma wskazówkami z zakresu bezpieczeństwa i taką oto mądrą radą: ?Jeżeli to, co robisz, nie sprawdza się, spróbuj czegoś innego. Jeżeli to także się nie sprawdza, poproś o pomoc”.

Podeszłam do konia, czując lekki niepokój. Minęło dwadzie­ścia lat, od kiedy dzierżyłam w ręce kopystkę, ale kiedy mój koń posłusznie podniósł każde z tylnych kopyt do czyszczenia, byłam wniebowzięta. Jednak okazało się, że z przednimi kopytami nie po­szło już tak gładko. Tak jak nas poinstruowano, uszczypnęłam konia w ścięgno, by dać mu do zrozumienia, że ma podnieść lewą nogę. Bez efektu. Uszczypnęłam trochę mocniej. Nadal nic. Starając się wyglądać nonszalancko, przeszłam na drugą stronę i powtórzyłam całą procedurę, ale bezskutecznie. Poprosiłam więc o pomoc.

Podszedł do mnie kowboj o imieniu John. To niezwykły męż­czyzna, który rozumiał zarówno konie, jak i ludzi. ?Jak się czu­jesz?” – zapytał łagodnie. ?Trochę sfrustrowana” – odparłam. Ponieważ kiedyś miałam konie, uważałam, że powinnam była poradzić sobie lepiej. A jeśli byłam jedyną osobą, która nie po­trafiła wykonać zadania? Jakie to będzie poniżające!

Wystarczyły dwie minuty, by John wskazał kilka z moich fał­szywych Ja. Perfekcjonistka myślała, że posiadanie koni przed dwudziestu laty powinno czynić z niej eksperta. Ja, które chciało zadowalać ludzi, troszczyło się o prawidłowe wykonanie zadania, tak by inni dobrze o nim myśleli. Koń, zapewnił mnie John, nie dbał o te nieprawdziwe Ja i o wyraźny niepokój, który genero­wały. Konie są bardzo wrażliwe na energię. Reagują na spokojną jasność intencji. Zmieszanie emocjonalne, jakie czułam, nie było jasną formą komunikacji.

John podniósł patyk i narysował na ziemi linię. ?To jest rzeka Rio Grandę – powiedział. – Po jednej stronie są twoje fałszywe Ja – Joan perfekcjonistka i Joan, która chce zadowalać ludzi. Po drugiej stronie jest prawdziwa Joan. Tylko na tę koń zareaguje”.

John odszedł, by pomóc komuś innemu, a ja myślałam o tym, jak przejść tę rzekę i stać się Joan, która jest spokojna i obecna. Wzięłam kilka głębokich wdechów i zdecydowałam, że w tym momencie pomocna będzie miłość. Koń i ja porozumiemy się le­piej, jeśli okażę mu trochę czułości. Pogłaskałam więc jego miękkie wargi i podrapałam go za uszami. Poklepałam po grzbiecie i szep­nęłam kilka uspokajających słów. Potem spróbowałam podnieść jego kopyto. Ani drgnęło. Miałam wrażenie, że jego noga zapuści­ła korzenie, które sięgnęły do środka ziemi. Zwierzę zdawało się być przyklejone do podłoża.

Znów potrzebowałam pomocy. Teraz podeszła do mnie szczu­pła, uśmiechnięta kowbojka o imieniu Ellen. Najwyraźniej obser­wowała ten mały spektakl i, o ile dobrze pamiętam, powiedziała coś takiego: ?A więc, Joan, przywykłaś dostawać to, czego chcesz, dzięki gadaniu?”. Tak trafiła w sedno, że wybuchnęłam śmiechem, kiwając jednocześnie głową.

?Nie możesz zagadać konia – kontynuowała. – One nie zwra­cają na to uwagi. Zareagują tylko na twoje jasne intencje. Cofnij się i weź cztery czy pięć głębokich oddechów. Bądź w kontakcie ze sobą. Pomyśl, czego chcesz od tego zwierzęcia, a potem po­dejdź tu i podnieś jego nogę”.

Zaczynałam rozumieć. Odeszłam na bok i wzięłam kilka od­dechów przeponą, szukając w sobie wewnętrznego ośrodka spo­koju. Tam nie ma fałszywych Ja. Ktoś, kto chce zadowalać ludzi, perfekcjonistka i cała reszta postaci mieszka po drugiej stronie rzeki. ?Chcę tylko, by ten koń podniósł nogę” – myślałam. Moje intencje były jasne. Podeszłam do mojego czworonożnego na­uczyciela, podniosłam jego nogę i wyczyściłam kopyto. Jak samo życie, było to proste, ale nie od razu.

Po oczyszczeniu kopyt mieliśmy przeprowadzić nasze konie wokół areny. Tym razem wiedziałam, co robić, i wiedziałam, co ma robić koń. On wiedział, że ja wiedziałam, i mieliśmy doskonałe porozumienie. Po tym małym zwycięstwie uśmiechałam się jak Kot z Cheshire, wiedząc, że umiejętność dotarcia do mojego prawdzi­wego Ja będzie służyła mi także w innych dziedzinach życia.

Kilka tygodni później, kiedy byłam w innej podróży służbowej, w mojej walizce zaciął się suwak. Walczyłam z nim, ciągnąc go i szarpiąc. Zaczynałam myśleć, że będę musiała dokończyć podróż z węzełkiem na ramieniu. Przez mój umysł zaczęła maszerować parada fałszywych Ja. Perfekcjonistka złajała mnie, mówiąc, że powinnam była wziąć inny bagaż. Przecież wiedziałam, że suwak wymaga naprawy. Osobowość, która zawsze chciała zadowalać innych, przejęła się, że będę wyglądać głupio, co więcej – niepro­fesjonalnie, niosąc swoje rzeczy w węzełku. Ofiara zaczęła użalać się nad sobą, zamkniętą w pokoju hotelowym ze złośliwą walizką. To nic nie dawało.

Zaczęłam więc udawać, że suwak jest grzbietem konia z Miraval. Cofnęłam się, odzyskałam kontakt ze sobą dzięki kilku oddechom przeponą i pomyślałam o tym, jakie są moje intencje. Suwak miał ustąpić i się rozsunąć. I co najważniejsze, tak się właśnie stało.

W tym tygodniu zauważ, w jaki sposób podchodzisz do po­rozumiewania się z ludźmi, zwierzętami, a nawet przedmiotami nieożywionymi, takimi jak suwak. Czy wiesz, jakie są twoje in­tencje? Jeżeli coś nie układa się po twojej myśli, jakie fałszywe Ja odzywają się w twojej głowie? Weź kilka głębokich oddechów i sięgnij do twego prawdziwego Ja, zamiast pozwalać, by fał­szywe Ja uciekło z twoim spokojem wewnętrznym i twoją siłą. Odzyskaj kontakt ze sobą i zastanów się, co chcesz komuniko­wać. Konie i inne zwierzęta nie są odosobnione w umiejętności wyczuwania twojej energii. Ludzie też to potrafią. Kiedy twoje słowa i czyny odpowiadają temu, co czujesz, twoja energia jest mocna i spójna. Możesz naprawdę dokonać cudów w stanie we­wnętrznego spokoju.

Wystrzegaj się plotek

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy epidemia fałszywych oskarżeń o molestowanie seksualne dzieci przez pracowników przedszkoli i świetlic przekształciła się w straszne polowanie na czarownice, Amerykanie na własnej skórze przeko­nali się, jakie szkody może spowodować plotka. Rozprzestrzenia się w społecznościach jak pożar lasu, a w trakcie wędrówki od osoby do osoby opowiadana historia najczęściej jest ubarwiana i zniekształcana.

Jeżeli w dzieciństwie bawiłeś się w ?głuchy telefon”, to pewnie pamiętasz, jak najprostsze nawet zdanie traciło swój sens przeka­zywane dalej. Wynik często okazywał się komiczny. W prawdzi­wym życiu takie zniekształcenia wcale nie są zabawne. Boha­terami skandalu stają się ludzie, których później uznaje się za niewinnych i publicznie rehabilituje. Jednak plotki wyrządziły im krzywdę nie do naprawienia.

Kiedy usłyszysz coś złego, albo nawet tylko ekscytującego, o in­nej osobie, trudno ci wyrzucić to z myśli. Dziecięcy wierszyk Sticks and stones can break my bones, but words can never hurt me (Kije i kamienie mogą połamać mi kości, ale słowa nigdy nie zrobią mi krzywdy) wprowadza dzieci w błąd. Tak naprawdę połamane kości szybko się zrastają, ale reputacja goi się dużo dłużej.

Jedna z moich przyjaciółek jest ogólnie miłą i pełną empa­tii osobą, ale niestety jest uzależniona od plotek. Ma brzydki zwyczaj przekazywania informacji o kimś po to, by zbliżyć się do kogoś innego. Ludzie szybko zauważają u niej tę słabość i w rezultacie utrzymuje ona wiele powierzchownych kontak­tów, ma natomiast niewielu prawdziwych przyjaciół, którym może ufać. Jeżeli ktoś dzieli się z tobą intymnymi szczegółami z życia innych osób, to możesz być pewien, że w ten sam sposób zdradza też twoje tajemnice. W jidysz tacy plotkarze nazywani są yente.

Jest taka historia o trzech kobietach, które przez trzydzieści lat w każdą sobotę grały razem w karty. Pewnego dnia Martha mówi do przyjaciółek: ?Od tak dawna się znamy, dziewczyny, że wyjawię wam mój najgłębszy sekret. Jestem nimfomanką. Nie martwcie się jednak, wasi mężowie są przy mnie bezpieczni”.

Odzywa się ośmielona jej szczerością June: ?Skoro mówimy prawdę – a to wielka ulga – jestem tajnym agentem FBI”.

?Wielkie dzięki, dziewczęta – mówi Sarah. – Mój sekret to to, że jestem yente. Przepraszam, że przerywam naszą rozmowę, ale muszę biec. Mam do przeprowadzenia kilka ważnych rozmów telefonicznych”.

We wszystkich religiach istnieje etyczny zakaz plotkowania. W buddyzmie jest to jedna z praktyk, zwana ?właściwe słowo”, a zarazem jedna z podstaw szacunku i współczucia. Niestety, ży­jemy w kulturze, w której ?właściwe słowo” należy do wymarłej sztuki. Szukanie sensacji i wyrażanie się o innych pogardliwie stały się powszechną rozrywką. Jesteśmy zasypywani najbardziej drastycznymi i intymnymi szczegółami z życia znanych ludzi, od gwiazd filmowych do polityków. Im bardziej poniżające i upo­karzające, tym lepiej. Kiedy Linda Tripp zdradziła sekret swojej przyjaciółki, Moniki Lewinsky, większość ludzi uznała jej za­chowanie za naganne. Była to szokująca zdrada, która uczyniła z Tripp najbardziej pożałowania godną osobę w tym niekończą­cym się prezydenckim skandalu seksualnym.

Sakrament przyjaźni polega na poczuciu bezpieczeństwa, gdy całkowicie otwiera się swoje serce, będąc przekonanym, że na­sze tajemnice nie zostaną wyjawione. Dobrzy przyjaciele są jak schronienie w trudnych czasach i źródło radości oraz rozwoju. Stanowią grunt, z którego wyrasta spokój wewnętrzny. Posiada­nie powiernika, z którym możesz podzielić się swoimi nadzie­jami i lękami, który kocha cię nawet wtedy, kiedy pozna twoje najskrytsze sekrety, jest szczególną łaską. Możliwość zwierzenia się ze swoich tajemnic nie tylko redukuje lęk i stres, lecz również przeciwdziała chorobom serca, zwiększa odporność i pomaga organizmowi w walce z rakiem.

Przez cały tydzień pogłębiaj swoją umiejętność zawierania i utrzymywania przyjaźni, wystrzegając się plotek w każdej postaci.

Ćwicz sztukę właściwego słowa. Jak mogłaby poradzić ci two­ja babcia: jeżeli nie możesz o kimś powiedzieć czegoś miłego, w ogóle nic nie mów. Kiedy ktoś inny zaczyna ci mówić o czyichś sprawach więcej, niż w twoim mniemaniu powinieneś wiedzieć, daj mu do zrozumienia, że nie chcesz tego słuchać. Każdy czło­wiek zasługuje na dobro i szacunek za to, kim jest, a nie za to, jakim go widzą inni.

Nie osądzaj

Jakże prawdziwe jest powiedzenie, że gdybyśmy mogli przeżyć kilka dni w skórze innej osoby, osądzanie ustąpiłoby miejsca zrozumieniu. Większość ludzi, jeżeli nie ma zbyt głębokich ran emocjonalnych, postępuje najlepiej, jak potrafi, chociaż w pro­cesie uczenia się zdarzają się im błędy. Kiedy jednak brakuje możliwości zrozumienia drugiej osoby, pojawia się nieprzyjemny i irytujący Sędzia.

Kiedy dobiegałam czterdziestki, pewien kolega starał się być dla mnie miły. Powiedział, że jestem z natury piękna i nie potrze­buję makijażu oraz ładnych ciuchów, by wyglądać atrakcyjnie. Kryła się w tym sugestia, że jestem próżna, płytka i przywiązuję zbyt wielką wagę do wyglądu, a to wszystko z powodu jakiegoś głębokiego braku pewności siebie. Zostałam potraktowana pro­tekcjonalnie i czułam się poniżona. Jednak jakaś wrażliwa cząst­ka mnie uwierzyła mu. Chociaż nie byłam pięknością z okładek, miałam raczej nietypową urodę, zastanawiałam się, czy to jakaś wada charakteru, że chcę ładnie wyglądać. Rozważałam możli­wość powrotu do wyglądu z lat młodzieńczych, gdy byłam ty­pem ekologicznej dziewczyny o nieogolonych nogach, w butach na płaskim obcasie i ciuchach prosto ze sklepów Goodwill. Przemyślawszy sprawę poważnie, w końcu zdecydowałam się zi­gnorować opinię kolegi i ubierać się tak, abym się dobrze czuła.

Może zastanawiasz się, dlaczego ten incydent tak mnie poru­szył. Kto by się przejmował tym, co myślą inni? Niestety, większość ludzi się przejmuje. Potrzeba bycia zauważanym, szanowanym i ko­chanym jest kwestią przetrwania. Nasz umysł jest nastawiony na aprobatę, ponieważ w dzieciństwie odrzucenie oznacza śmierć. Łatwo stwierdzić, że mielibyśmy więcej spokoju wewnętrznego, gdybyśmy byli odporni na pochwały i przygany ze strony innych osób. Większość ludzi jednak nie jest na nie odporna.

Doktor Daniel Amen, psychiatra badający, jak procesy che­miczne w naszym mózgu wpływają na nasze zachowanie, ma dla nas dobrą radę. Nazywa to regułą 18/40/60. W wieku osiemnastu lat przywiązujesz dużą wagę do tego, co inni o tobie myślą, w wie­ku czterdziestu lat ani trochę cię to nie obchodzi, a gdy dobiegasz sześćdziesiątki, uświadamiasz sobie, że i tak nikt tak naprawdę nie zaprzątał sobie głowy twoją osobą. Reguła doktora Amena jest mądra, ale bylibyśmy spokojniejsi, gdybyśmy wcześniej zdobyli mądrość charakterystyczną dla sześćdziesięciolatków. Nie stano­wimy centrum wszechświata innych ludzi. Ich rolą nie jest ocenia­nie, ani naszą – słuchanie ich. Osiągnięcie spokoju wewnętrznego wymaga od nas odnalezienia w sobie siły, by kierować własnym życiem, i szacunku, by pozwolić innym na to samo.

Łatwiej nam będzie, kiedy uzmysłowimy sobie, że nasze sądy często stanowią projekcję czegoś, czego nie chcemy uznać w sa­mych sobie. Zamiast tego widzimy tę cechę w otaczających nas ludziach. Niecierpliwi ludzie często zauważają wokół siebie nie­cierpliwość. Bezradni mają skłonność do obsadzania innych w roli ofiar. Osoby pełne złości dostrzegają wokół wiele przejawów wściekłości. Zalęknione – są ekspertami od lęków i niepokojów innych. Być może, zainteresowany moją garderobą kolega walczył z własną niewyrażoną potrzebą wyróżniania się i bycia zauważa­nym. Pragnąc zachować skromność i duchowość, być może doko­nał projekcji swego lęku przed ekstrawagancją na mnie.

Jest taka stara opowieść o człowieku, który szuka miejsca do zamieszkania, w którym ludzie będą milsi niż jego obecni sąsie­dzi. Kiedy pyta obcą osobę w nowej części miasta, jacy ludzie tam mieszkają, kręci ona głową i mówi: ?Są dokładnie tacy sami, jak ludzie tam, gdzie ty mieszkasz”.

Przeprowadzając się dokądkolwiek, zmieniając pracę czy szukając nowego partnera, prawdopodobnie doświadczysz iry­tujących sytuacji, podobnych do tych z przeszłości. To, co prze­szkadza nam w innych ludziach, często jest odzwierciedleniem naszego ?cienia”, czyli wypartych części naszej osobowości, któ­re osądziliśmy i – pełni wstydu – staramy się ukryć. Jak nasz fizyczny cień, ten też wiernie za nami podąża. Będzie działał na naszą szkodę, dopóki nie staniemy się gotowi go dostrzec, ule­czyć i wybaczyć sobie.

Rozumiejąc ?cienie” innych ludzi, stajesz się mniej zależny od ich opinii. Kiedy zauważysz, że krytycyzm może dotyczyć bar­dziej osoby krytykującej niż ciebie, łatwiej ci będzie o nim za­pomnieć i nie brać go do serca. Gdy rozumiesz własny ?cień”, rzadziej krytycznie oceniasz innych. W tym tygodniu zauważ, jak reagujesz na osądzanie i krytycyzm, a także zwróć uwagę na wła­sną skłonność do osądzania. Może zechcesz skorzystać ze wska­zówki, którą poznałam wiele lat temu dzięki autorowi książek, mówcy i doradcy, Ramowi Dassowi. Kiedy złapiesz się na narze­kaniu na kogoś innego, przyznaj się do projekcji i powiedz: ?Ja też taki jestem”.

Ucz się przebaczać

W historii, którą zamieszczono na okładce tygodnika ?Time” z początku lat dziewięćdziesiątych, nazwano przebaczanie mądrą strategią, gdyż przynosi ono wolność temu, kto wybacza. Moja droga przyjaciółka, Robin Casarjian, autorka książki For- gweness: A Bold Choice for a Peaceful Heart, zazwyczaj zaczyna nauczanie od zaproszenia: ?Sięgnijcie do swoich głów i wycią­gnijcie z nich wszystkie opinie o wybaczaniu. Włóżcie je pod krzesło. Jeżeli nadal będziecie ich potrzebowali, kiedy skończy­my rozmawiać, po prostu sięgniecie tam i włożycie je z powro­tem do głów”. Ja kieruję do was teraz to samo zaproszenie.

Kilka lat temu byłam w Niemczech i nauczałam o przebaczaniu w ramach warsztatów o zdrowiu i uzdrawianiu. Ponieważ jestem Żydówką i kilkoro członków mojej rodziny zginęło w Auschwitz, przed warsztatem dokładnie przyjrzałam się moim uczuciom. Czy nadal czuję złość i potępiam nazistów za holokaust? Gdyby tak było, nie mogłabym nauczać przebaczania moich niemieckich słu­chaczy. Ponieważ jednak nie czułam żalu, mogłam kontynuować.

Niektórzy z uczestników byli dziećmi nazistów. Dźwigali cięż­kie brzemię, starając się zrozumieć zachowanie swoich rodziców i uwolnić się z więzów przeszłości. W trakcie warsztatów, dys­kutowaliśmy o tym, czym przebaczenie nie jest, by móc lepiej zrozumieć, czym jest. Przebaczanie nie polega na akceptacji złe­go zachowania. Możesz przebaczyć osobie, która cię okradła, i zeznawać przeciwko niej w sądzie. Nie jest też wyznaczaniem warunków odkupienia. Przebaczenie jest zrozumieniem danej osoby takiej, jaka jest, a nie zmuszaniem jej do zmiany postawy. Przebaczenie nie polega na żadnym konkretnym zachowaniu. Możesz wybaczyć znęcającemu się niegdyś nad tobą rodzicowi, nie idąc nawet do rodzinnego domu, lub – inaczej – oznaką prze­baczenia może być fakt, że zaczynasz pojawiać się na niedziel­nych obiadach. I, co najważniejsze, przebaczenie nie jest czymś, co robisz dla innej osoby. Polega na uwolnieniu samego siebie i odnajdywaniu spokoju wewnętrznego. Miłosierdzie, jakie oka­zujesz, skierowane jest na ciebie samego.

Połączyliśmy się wszyscy w ćwiczeniu wyobraźni, którego na­uczyłam się od Robin Casarjian wiele lat wcześniej. Skoncentro­waliśmy się na oddechu, a następnie poprosiłam uczestników, by wyobrazili sobie, że znajdują się w bezpiecznym i świętym miejscu, gdzie inni mogą wchodzić tylko za ich zgodą. Potem wyobrażali sobie, że zapraszają osobę, której chcą wybaczyć – czy też tę, która, jak mają nadzieję, może wybaczyć im – do swego sanktuarium. Od­bywali szczerą rozmowę. Doświadczenie wyrażania swoich uczuć, a potem słuchania odpowiedzi może być bardzo wzruszające.

Po tym doświadczeniu podeszła do mnie kobieta. Opowiada­ła, że dzień wcześniej jadła obiad z najodważniejszym i najbar­dziej współczującym człowiekiem, jakiego znała. Nie mogłam ukryć nagłego oceniającego spojrzenia, które przebiegło przez moją twarz, gdy powiedziała, że był on jednym z lekarzy prze­prowadzających eksperymenty medyczne w obozach koncen­tracyjnych. Przed oczyma tańczyły mi wizje potwora Mengele. Nagle holokaust znów był czymś osobistym. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że mimo przekonania, iż wybaczyłam nazi­stom, wciąż osądzam, a to wiąże mnie z przeszłością.

Zadaniem tego lekarza było robienie małym więźniom toksycz­nego zastrzyku, a następnie zapisywanie uszkodzeń, jakie trucizna powodowała w ich narządach. Dzieci miały być przetrzymywane w szpitalu pod uważną obserwacją przez czas trwania ekspery­mentu. Lekarz zbierał tyle tych małych istot, ile mógł pomieścić budynek szpitala. Zamiast jednak wstrzykiwać im substancję tok­syczną, dozował nieszkodliwy roztwór soli. W ten sposób dzieci były bezpieczne. Miały ubrania, karmiono je i dobrze traktowa­no. Każde dziecko pod jego opieką przeżyło do czasu uwolnie­nia. W każdej chwili przez wszystkie lata, kiedy chronił te młode istoty, jego oszustwo mogło zostać wykryte. Miał odwagę postę­pować z miłością, chociaż narażał własne życie.

Nigdy dużo nie myślałam o nieznanych bohaterach holokau­stu. Musiało ich być wielu. Nie zastanawiałam się też nad tym, ilu Niemców o dobrym sercu cierpiało w tych strasznych czasach. Hi­storia opowiedziana przez tę kobietę i zrozumienie, jakie ta histo­ria przynosiła, pomogły mi odczuwać więcej współczucia. To jest magia przebaczenia. Może zamieniać rany w kopalnie mądrości i otwierać zamknięte serca. Tolerancję może zastąpić miłością.

Podczas tej samej podróży do Niemiec zwiedziłam Dachau. Jakimś zrządzeniem losu był to Dzień Wszystkich Świętych. Ale Amerykanie nie znają znaczenia tego święta, ale Europejczycy pamiętają, że jest to czas odwiedzania umarłych. Niemieccy ro­dzice przywożą swoje dzieci do Dachau i obstawiają kamienne kopce czerwonymi świecami wotywnymi. Baraki, drogi, warsz­taty i piece zamieniają się w ołtarze pojednania i wybaczenia.

Wyznawcy kilku religii postawili w Dachau swoje kaplice. Po­nieważ zapadał mrok, miałam czas tylko na odwiedzenie kaplicy żydowskiej. Jest udekorowana w sposób, który ma wywoływać refleksję i, być może, przebaczenie. Wejście ma formę metalo­wego ogrodzenia przypominającego drut kolczasty. Aby wejść, musisz iść na czworakach, przechodząc przez ciemny tunel, któ­ry przywodzi na myśl kanał rodny. Tunel prowadzi do okrągłego pomieszczenia – macicy. Otwór na szczycie okrągłego sufitu jest jedynym źródłem światła.

W kaplicy stale pali się jedna świeczka, a ja zauważyłam, że zastanawiałam się nad tym, co ona symbolizuje: życie, nadzieję i odradzanie się. Poza tym wiecznym światłem w kaplicy znajdu­je się tylko jeden obiekt: na wolnej kamiennej ścianie wisi płyta od mieszkańców miasta. Wyraża serdeczny żal. Jak można było pozwolić, by doszło do holokaustu? Przykucnąwszy w cieniu, przypomniałam sobie nazistowskiego lekarza, który ocalił tyle żydowskich dzieci. Potem pomyślałam o wszystkich ludziach, którzy chcieli powstrzymać masakrę, ale czuli się bezradni. Ich żal unosił się jak mgła w tym świętym miejscu. Zrozumiałam. I płakałam za nich. Gdybym przyniosła świecę wotywną, zro­biłabym kopiec z kamieni i zapaliła za nich świeczkę. Oni także byli ofiarami.

Kiedy wyczołgiwałam się z kaplicy w otaczającą mnie ciem­ność, poczułam się odrodzona. Przyjechałam do Niemiec, by uczyć przebaczania, a to ja nauczyłam się przebaczać. Jezus miał rację, kiedy powiedział swoim naśladowcom, by nie osądzali, bo sami będą osądzani. Przekonałam się o prawdziwości tych słów. Kiedy uczymy się rezygnować z osądzania – a jest to inny sposób definiowania przebaczenia – rzadziej osądzamy samych siebie. A to właśnie osąd samych siebie jest najbardziej gorzką tabletką ze wszystkich. Wszyscy popełniamy błędy, ale kiedy się na nich uczymy, stają się dla nas odkupieniem. Przebaczając sobie to, co zrobiliśmy, możemy cieszyć się tym, kim się staliśmy.

W tym tygodniu dokonaj odważnego podsumowania swoich żalów i uraz. Jeżeli możesz pogodzić się z innymi, nie raniąc ich – zrób to. To początek wybaczenia samemu sobie. I, jak zawsze mówi Robin Casarjian, bądź wobec siebie łagodny. Przebacze­nie może wymagać czasu. Nie wystarczy tydzień. Jest to jednak najcenniejsze dokonanie na drodze do spokoju wewnętrznego. Kiedy starasz się zrozumieć własny ból i własne ograniczenia oraz ból odczuwany przez osoby, które cię zraniły, rozwijasz w sobie zdolność do współczucia. To jest największy sens istnie­nia twoich wrogów. Są oni najbardziej nieustępliwymi nauczy­cielami serca.

Bądź źródłem dobroci

Kiedyś przeżyłam czołową kolizję samochodów i doznałam poważnych urazów głowy. Pochylona nad kierownicą i wciąż oszołomiona, próbowałam ocenić zakres urazów. Do wypadku doszło w biednej części Bostonu, znanej z ulicznych strzelanin i z rabunków. Jednak od tamtego dnia powinna być także znana jako miejsce dobroci.

Drzwi od strony kierowcy skrzypnęły przy otwieraniu i zoba­czyłam obcą kobietę, która zatrzymała swój samochód, by pomóc. Ta raczej duża kobieta w nieokreślonym wieku uklękła u mego boku i ciepłą dłonią delikatnie dotknęła moich włosów. Wzdry­gnęła się, gdy zobaczyła krew na mojej potłuczonej twarzy, i po­głaskała moją dłoń. ?Nie martw się o nic, kochanie. Wszystko bę­dzie dobrze. Pomoc jest w drodze, a ja tu będę. Nigdzie nie idę”.

Wciąż pamiętam te kojące słowa, dokładnie tak, jak je wypowie­działa. Nadal czuję jej miły głos, otulający mnie jak kokon, który oddala przerażenie. Czekała ze mną do przyjazdu karetki. A nawet wtedy ta obca osoba, która przez kilka krótkich chwil stanowiła centrum mojego świata, była przy mnie, dopóki nie zostałam prze­niesiona na wózek i nie zamknęły się za mną drzwi karetki.

To, że wciąż mam nos – choć prawie roztrzaskał się w wy­padku – przypisuję prostemu aktowi dobroci tamtej kobiety. Jej uspokajający dotyk i podnoszące na duchu słowa musiały ob­niżać u mnie ciśnienie krwi, minimalizując uszkodzenia tkanek. Myślę o niej od czasu do czasu i chciałabym jej podziękować. To pragnienie dotyczy jednak bardziej mnie niż jej. Dobroć jest sama dla siebie nagrodą. Raduje serce dawcy. Zgodnie z pierw­szym prawem ?duchowej matematyki” (jednej z moich małych, nieoficjalnych zasad życiowych) każda okazana komuś dobroć zwraca się dziesięciokrotnie.

Jeżeli się nad tym zastanowisz, być może zauważysz, że jakiś określony akt dobroci był przełomowym momentem twojego życia, albo przynajmniej potwierdzeniem twojej wiary. Moja przyjaciółka Kathleen przeleciała cały kraj, by zaopiekować się małym dzieckiem koleżanki, która wyjechała w podróż. Kath­leen zabrała chłopca na dwór i tam dała mu śniadanie. Resztki posiłku włożyła do plastikowego pudełka i umieściła w koszyku wózka. Skierowali się do ubogiej części Baltimore, gdzie Kath­leen chciała zobaczyć słynną bazylikę. Po drodze zatrzymała się, by podać dziecku kilka kęsów ze śniadania w pudełku. Podeszła do nich bezdomna kobieta i powiedziała, że jeśli Kathleen chce dać dziecku ciepły posiłek, to kawałek dalej przy tej ulicy można go dostać.

Troska bezdomnej była tak wzruszająca, że wywołała u mojej przyjaciółki łzy. Przekonała się, że nawet kiedy nie mamy do za­oferowania niczego materialnego, dobroć jest chlebem na drogę. To, co Kathleen miała nadzieję znaleźć w bazylice, znalazła na ulicy. Bo czyż kiedykolwiek jesteśmy bliżej Boga niż wtedy, gdy troszczymy się o siebie nawzajem?

Przed kilkoma laty zaskakującym bestsellerem stała się mała książeczka Random Acts of Kindness. Pisano w niej, że możemy rozpowszechniać radość poprzez drobne dobre uczynki, takie jak obdarowanie turysty biletem komunikacji miejskiej, kiedy bezradnie rozgląda się po autobusie, czy przywitanie pachnącym ciastem nowego sąsiada.

Łatwiej czynić dobro, kiedy dostrzeżemy, że inni ludzie są tacy jak my. Mają nadzieje i lęki, radości i smutki, zupełnie jak my. W tym rozpędzonym świecie łatwo postrzegać ludzi raczej jako role niż istoty ludzkie. Szczególnie osoby pracujące w sektorze usług – takie jak kelnerzy i kelnerki, policjanci i listonosze, pra­cownicy drogowi i śmieciarze – często spotykają się z brakiem szacunku i zrozumienia ze strony innych.

Mój syn Justin jest menadżerem restauracji, a przedtem spo­ro pracował przy obsłudze stolików. Opowiada wiele historii o klientach – tych miłych i tych niemiłych. Raz dostał pięćdzie­sięciodolarowy napiwek, gdy rachunek opiewał na sto dolarów. Justin to bardzo uprzejmy, kompetentny i pomocny młody czło­wiek i klient go docenił. Tak naprawdę to docenienie było waż­niejsze od samego napiwku, chociaż Justin był bardzo szczęśliwy, że go dostał! Innym razem jednak otrzymał jednego dolara, kiedy rachunek wynosił również sto dolarów. Najwyraźniej ci klienci uznali, że ich obiad był wystarczająco kosztowny. Zapomnieli, że i Justin jest człowiekiem, który zarabia na życie i płaci rachunki.

W ostatnie święta Bożego Narodzenia daliśmy premie śmieciarzowi, listonoszowi i pracownikom drogowym, odpowie­dzialnym za to, by nasza polna droga pozostawała przejezdna, wyrównana i odśnieżona. Przeżyliśmy miłe zaskoczenie, gdy od każdego z tych ludzi otrzymaliśmy kartkę z podziękowaniem. Jeszcze bardziej zdumiało nas to, że większość owych premii przeznaczyli na prezenty dla potrzebujących dzieci.

W tym tygodniu zwracaj uwagę na dobroć, zarówno tę, którą okazujesz, jak i tę, którą otrzymujesz. Chociaż jesteś zajęty, po­święć trochę czasu na napisanie kartek z podziękowaniami, gdy ktoś był dla ciebie dobry. Niech kartka będzie osobista, by ta oso­ba wiedziała, że jej wspaniałomyślność miała znaczenie. Chwal ludzi, jeżeli dobrze się spisali. Niech twoi ukochani wiedzą, że są wspaniali – nie dlatego, że coś zrobili, ale po prostu dlatego, że są. Możesz także spełnić kilka aktów przypadkowej dobroci. To naprawdę dobra zabawa. Jeżeli chcesz okazać dobroć komuś, kogo znasz, zrób to anonimowo. To, że na jego biurku pojawi się ulubiony deser, będzie pyszną tajemnicą. Wzmocni zarówno duszę, jak i ciało.