Archive for the ‘Strategie odnajdywania mądrości’ Category

Zachowaj wiarę

Uczeni i teologowie snują niezliczone teorie na temat, skąd po­chodzimy, dlaczego tu jesteśmy, dokąd idziemy i co się z nami stanie, kiedy tam dotrzemy. Tak naprawdę znaczenie życia jest kwestią wiary. A ona może być delikatnym ptakiem o łamliwych skrzydłach albo silnym orłem, szybującym nad tobą. Może wska­zywać ci drogę w podróży i przynosić pokój, nawet jeśli ścieżka przed tobą jest ciemna i pełna przeszkód. W końcu wiara polega nie tyle na systemie przekonań, ile na twojej chęci poddania się ta­jemniczej sile miłości i przewodnictwa, która pomaga ci odnaleźć swoją drogę.

W latach kiedy byłam psychologiem klinicznym, miałam oka­zję dużo słuchać na temat wiary, ponieważ choroba lub perspek­tywa śmierci na ogól wysuwa pytania egzystencjalne na pierw­szy plan. Wiara okazała się dla większości ludzi czymś bardzo osobistym, dużo bogatszym niż bezkrytyczne uwewnętrznianie dogmatów religijnych. Rozmowy z trzydziestokilkuletnią matką dwójki małych dzieci, która cierpiała na zaawansowaną chorobę Hodgkinsa, nauczyły mnie bardzo dużo na temat wiary. ?Susan” rozpaczliwie pragnęła żyć i widzieć, jak dorastają jej dzieci. Robiła wszystko, co mogła, by wyzdrowieć. Nie tylko była pod opieką doskonałych lekarzy, lecz również dobrze się odżywiała, przychodziła do naszej kliniki ciała i umysłu i konsultowała się z chińskim lekarzem w sprawie akupunktury i leczenia ziołami.

?Robię wszystko w walce o życie i moje dzieci – powiedzia­ła mi – ale wynik jest w rękach Boga. Jak większość chorych modlę się o uzdrowienie. Wiem, że nie zawsze jest ono częścią większego obrazu. Nie jestem tak zadufana w sobie, by uważać, że Bóg rządzi wszechświatem, kierując się moimi sugestiami. Modlę się więc o siłę i odwagę podporządkowania się boskim planom ze spokojnym sercem, bez względu na to, czy oznacza to życie, czy też śmierć. „Wszechświat jest dużo większy, wspanialszy i bardziej kochający niż cokolwiek, co potrafimy sobie wyobra­zić. Wszystko ma swój czas. W to wierzę. I to mnie pociesza, kiedy budzę się chora i przerażona”.

Susan bardzo lubiła historię o wierze, którą opowiedział gru­pie zastępca dyrektora naszego programu, Steve Maurer. Od­zwierciedlała ona jej filozofię. Historia opowiada o skromnym doradcy potężnego króla. Doradca był uczonym człowiekiem, który studiował filozofię w wielkich miastach Wschodu, lecz żył według prostej zasady wiary: ?Nie martw się. Wszystko, co się dzieje, wiedzie ku dobremu”.

Pewnego dnia król wyruszył na polowanie. Tropiony od kilku sezonów królewski jeleń znów uciekł. Król był tak sfrustrowany, że połamał na skale swój wielki łuk. Jego doradca, jak zawsze, filozoficznie, uspokajał go, że wszystko wychodzi na dobre. Mając dość słuchania pustych komunałów głupiego filozofa, król kazał zamknąć go w lochu. ?Teraz powiedz mi, że wszystko wiedzie ku dobremu” – prowokował go.

Doradca tylko potrząsnął głową i się uśmiechnął. ?Zobaczy­my” – powiedział, sadowiąc się na kamiennej podłodze celi i nacią­gając pelerynę, by ustrzec się przed zimnem.

Następnego dnia król znów wybrał się na polowanie, tym razem sam, bo jego doradca siedział w lochu. Kiedy król prze­skakiwał przez zarośla, wypadł z siodła i złamał nogę. Wkrótce potem podjechała do niego banda groźnie wyglądających męż­czyzn i bezradny król skulił się z przerażenia, kiedy go otoczyli. Był pewien, że go obrabują i zabiją albo porwą i będą trzymali dla okupu. Ale, co dziwne, mężczyźni, wskazując z poruszeniem na jego złamaną nogę, wsiedli na konie i odjechali.

Król, chociaż bardzo cierpiał, zdołał wspiąć się na wierzchow­ca i wrócić do zamku. Kiedy tylko lekarz poskładał mu nogę, rozzłoszczony król kazał przyprowadzić doradcę.

?Teraz mi powiedz – warknął groźnie do mężczyzny – jak zła­manie mojej nogi może wieść ku dobremu?”.

Skrzyżowawszy swe masywne ręce na purpurowej szacie, król odchylił się z gorzkim uśmiechem na naznaczonej cierpieniem twarzy.

?Za twoim pozwoleniem, Wasza Wysokość, wyjaśnię dokład­nie, dlaczego wszystko służyło dobru. Ci, którzy na ciebie napa­dli, to nie byli bandyci, lecz wyznawcy bożków natury. Jest wio­sna, czyli czas, w którym składają ofiary. Mieli nadzieję złapać cię jako ofiarę dla bóstw, by ich plony były dobre w tym roku, a stada się mnożyły. Ponieważ miałeś złamaną nogę, okazałeś się bezużyteczny. Ofiarami mogą być tylko doskonałe okazy”.

Król zastanawiał się nad tą odpowiedzią, przypominając sobie, jak mężczyzna z wielkim poruszeniem wskazywał na jego nogę.

?To może być prawda – rzekł do doradcy – ale jak to, że zosta­łeś wrzucony do lochu, miało wieść ku dobremu?”.

?Zastanów się nad tym” – zasugerował doradca. ?Zawsze wyru­szam z tobą na polowanie. Kiedy ci barbarzyńcy zostawiliby ciebie z powodu złamanej nogi, na pewno zamiast ciebie wzięliby mnie. A teraz, kiedy rozmawiamy, mógłbym być składany w ofierze ich bożkom. Zatem przebywanie w lochu ocaliło mi życie”.

Uporządkuj swoje piorytety

Nawet kiedy życie jest obdarzone sensem i celem, nadal trud­ne może okazać się porządkowanie priorytetów. Miłość do tego, czym się zajmujesz, może sprawić, że będziesz to robił z takim entuzjazmem, iż staniesz się bardziej zapracowany niż kiedykolwiek przedtem. Jeżeli pozwalasz na to, by praca stała się ważniejsza od rodziny, przyjaciół i troski o samego siebie, twój spokój wewnętrzny może szybko zniknąć.

Uczestnicy programów rehabilitacyjnych, polegających na dwuna­stu krokach, mają trafny slogan: ?Najpierw najważniejsze”. Trzyma­jąc się tego planu, nie pozwalamy, by życiowe priorytety zostały zako­pane w piasku przez napływającą falę codziennych obowiązków.

Usłyszałam kiedyś inspirującą historię o utrzymywaniu prioryte­tów w porządku. Niestety, nie znam źródła, ale doceniam mądrość osoby, która ją opowiedziała. Jej bohaterem jest siedemdziesięcio­pięcioletni mężczyzna, który dawał radę młodemu ojcu, tak zajęte­mu, że nie zdążył na pokaz tańca swojej córki. Takie momenty są niezwykle cenne i kiedy spoglądasz wstecz na swoje życie, to właśnie one wybijają się na pierwszy plan. Dzieci dorastają w mgnieniu oka, a okres pokazów tańca i meczów piłkarskich mija bardzo szybko. Być może chciałeś iść, ale nigdy nie było na to dość czasu.

Starszy mężczyzna mówił o odkryciu, jakiego dokonał w wieku pięćdziesięciu pięciu lat. Zdał sobie wówczas sprawę, że jeżeli prze­żyje tyle, ile przeciętny obywatel, czyli siedemdziesiąt pięć lat, to pozostaje mu tylko tysiąc sobót. Historia zainteresowała mnie, bo także mam pięćdziesiąt pięć lat. I jeśli przeżyję jeszcze dziewiętna­ście czy dwadzieścia lat, to przede mną również około tysiąca sobót. Mężczyzna ten kupił tysiąc szklanych kulek, które włożył do prze­zroczystego plastikowego słoja. Co sobotę wyjmował jedną kulkę i ją wyrzucał. Kiedy patrzył na malejącą liczbę kulek, życie wydawa­ło się cenniejsze, a priorytety stawały się wyraźniejsze. W rezultacie spędzał więcej czasu z tymi, których kochał.

Okazało się, że tego ranka, kiedy dzielił się swoją historią z mło­dym, zapracowanym ojcem, wyjął ze słoja ostatnią kulkę. Wszyscy tracimy nasze kulki, stwierdził filozoficznie, ale kiedy patrzysz, jak znikają, rozumiesz, że życie się skończy. Każdy dzień jest darem i nie można traktować go jak coś oczywistego. Jednak większość ludzi tak właśnie robi.

W wielkim hinduskim arcydziele, Bhagawadgita, bóg Kryszna, przebrany za woźnicę rydwanu, pyta Ardźunę, młodego wojow­nika, któremu pomaga: ?Jaki jest największy cud na Ziemi?”. Od­powiedzią jest nasze zaprzeczanie śmierci. Chociaż widzimy, że umierają nasi przyjaciele, członkowie rodziny, sławni ludzie i nie­znajomi, wydaje się, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że śmierć przyjdzie i po nas.

Postanowiłam kupić sobie szklane kulki, by pomogły mi pa­miętać. Zamierzam wybrać naprawdę piękne, z tęczowymi bły­skami, takie, jakimi bawiłam się będąc dzieckiem. I włożę je do pięknego szklanego wazonu, stojącego na stole w jadalni. W ten sposób będę często je widziała i przypominała sobie, że każdy dzień jest darem. Zamiast jednak wyrzucać każdą wyjętą w so­botę kulkę, zatrzymam ją dla zabawy. Nigdy nie jest za późno na drugie dzieciństwo.

W tym tygodniu pomyśl o trzech najważniejszych priorytetach w danym dniu. Może na twojej liście znajdzie się spędzenie czasu z rodziną, odwiedziny u przyjaciół, modlitwa, zjedzenie swoich sześciu porcji owoców i warzyw, ćwiczenia fizyczne, uczenie się. Spraw sobie szklany słój i trochę szklanych kulek. Nie martw się, nie będziesz potrzebował tysiąca, wystarczy dwadzieścia jeden. Za każdym razem, kiedy zrealizujesz jeden ze swoich priorytetów, włóż kulkę do słoja. Jeżeli pod koniec tygodnia znajdziesz w nim wszystkie dwadzieścia jeden, będziesz wiedział, że każdego dnia udało ci się zrealizować trzy najważniejsze dla ciebie sprawy. Jeżeli jest mniej niż dwadzieścia jeden i potrzebujesz więcej inspiracji, by zajmować się w pierwszej kolejności sprawami, które mają dla cie­bie największe znaczenie, to może zechcesz kupić jeszcze tysiąc kulek i zacząć cosobotnie odliczanie.

Odszukaj sens w swoim życiu

Ludzkie dążenie do nadania sensu przeszłości i do zbudowania lepszej przyszłości jest siłą natury równie potężną jak wiatr i ogień. Ludzie wszędzie szukają znaczenia swojego życia – od ciasteczek z wróżbami po telefony do jasnowidzów. Pragnienie szczęśliwej przyszłości odczuwane przez spokojną osobę się­ga głębiej niż powierzchowna tęsknota do bogactwa czy sławy. Chcemy wiedzieć, że nasza krótka egzystencja ma wartościowy cel, który służy życiu. Poczucie sensu sprawia, że nasz czas staje się cenny. Pomaga nam też przetrzymać życiowe burze, rozwija­jąc się wskutek działania przeciwności. Dzięki niemu nie czujemy się bezsilnymi ofiarami.

Tym, co przede wszystkim różni ludzi rozwijających się dzięki trudnym okolicznościom od tych, którzy tego nie potrafią, jest umiejętność znajdowania jakiegoś pozytywnego znaczenia nie­powodzeń. W latach kiedy zajmowałam się psychologią medycy­ny, miałam przywilej obserwowania, jak ten proces transformacji zmieniał bieg ludzkiego życia. Pasja pomagania moim pacjentom w poszukiwaniu sensu cierpienia wynikała z mojej osobistej tra­gedii i silnej potrzeby zrozumienia tego, co się stało.

Mój ojciec zmarł, kiedy byłam biologiem i zajmowałam się w la­boratorium badaniem komórek nowotworowych. Jeden z jego le­ków, który hamował postęp białaczki, miał straszne objawy uboczne. Zachowanie ojca stawało się maniakalne, na granicy choroby psy­chicznej. Pod destrukcyjnym wpływem leku tracił swoją miłą i cier­pliwą osobowość. Było tak, jak gdyby jakiś agresywny obcy wnikał w jego wyniszczone ciało. Moja rodzina próbowała rozmawiać o tym z lekarzem, ale reakcją był tylko monotonny wykład o konieczności kontynuowania leczenia, które dawało szansę na wyzdrowienie. Wy­dawało się, że jakość życia nie ma żadnego znaczenia.

Po roku kuracji, przygotowując ojca do operacji, przerwano podawanie mu tego leku. Przez kilka wspaniałych tygodni znowu był sobą. To było jak odkrycie, że twój najdroższy ukochany, któ­ry zaginął na morzu podczas sztormu, przypłynął jednak bez­piecznie do portu. Czas, jaki spędziliśmy z nim podczas tej krót­kiej chwili wytchnienia, był niezwykły, ponieważ wiedzieliśmy, że lek, który zabijał jego duszę, równocześnie dawał życie jego cierpiącemu ciału. Aby żyć, będzie musiał znowu go brać.

Ten lek był szatańską transakcją. Naprawdę smutne jest – a są­dzę, że można tu mówić nawet o pogwałceniu przysięgi Hipokratesa – kiedy lekarz nie pomaga rodzinie radzić sobie z tak straszny­mi sytuacjami. Lekarz mojego ojca, wybitny ekspert w dziedzinie leczenia białaczki, wydawał się ślepy na wszystko, co dotyczyło pacjenta, poza wynikami badań krwi. Nie zapewniał ani emocjo­nalnego, ani duchowego wsparcia. Zatem odzyskawszy normalny stan umysłu, mój ojciec dokonał rozpaczliwego wyboru. Przed świ­tem pewnego gorącego, wrześniowego poranka wyskoczył przez okno mieszkania w wieżowcu na Florydzie, gdzie razem z matką mieszkali od czasu przejścia na emeryturę. Nie chcąc wracać do tego leku, zdecydował się odebrać sobie życie.

Moja matka była nieutulona w żalu. Bez przerwy zastanawiała się, dlaczego nie przewidziała zbliżającego się samobójstwa. My­ślę, że dobrowolnie oddałaby życie za mężczyznę, którego kochała przez tak wiele lat. W wyniku rozdzierającego serce poczucia winy zamieniła się w pustelnicę i zerwała kontakty z przyjaciółmi. Nie umiejąc znaleźć wyższego sensu tej tragedii, żyła w tym narzuco­nym sobie wygnaniu przez trzynaście lat, aż do śmierci.

W czasie, gdy mój ojciec popełnił samobójstwo, byłam na­ukowcem, starającym się znaleźć lekarstwo na raka. Znałam treść całych tomów na temat biologii komórek nowotworowych, ale nie wiedziałam prawie nic o psychicznej reakcji na tę chorobę. Problem wyboru pomiędzy jakością życia a jego długością był dla mnie jeszcze jednym tematem rozważań akademickich. Potem do­piero objawił mi się z niezwykłą siłą.

Podobnie jak moja matka, miałam przygniatające poczucie winy. Jako zajmujący się medycyną badacz, czułam, że powin­no być możliwe bezpieczne przeprowadzenie ojca przez zawiły proces leczenia. Zamiast tego zmarł on na moim dyżurze. Było to szczególnie złośliwym przejawem ironii losu. Z czasem jednak zaczęłam szukać głębszego znaczenia tej tragedii. Śmierć ojca była ogniwem w łańcuchu wydarzeń, które doprowadziły do opuszczenia przeze mnie laboratorium i realizowania swojej pa­sji. Zawsze chciałam badać związek pomiędzy umysłem a ciałem. A teraz pragnęłam przywrócić medycynie duszę.

Pod wpływem naszej tragedii rodzinnej moim pierwszym pro­jektem w dziedzinie medycyny behawioralnej było stworzenie grup zajmujących się ciałem i umysłem wśród ludzi cierpiących na raka oraz ich bliskich. Wierzyłam, że jeśli choć jedna rodzina prze­żyje okres choroby lepiej niż nasza, śmierć mojego ojca nabierze sensu. Praca była rodzajem odkupienia. Widziałam twarz mojego ojca w każdym pacjencie, którym się zajmowałam. Twarz matki ukazywała mi się w każdym cierpiącym współmałżonku. Zamiast uznać śmierć ojca za porażkę albo bezsensowne bolesne przeżycie, zaczęłam myśleć o niej jako o powołaniu. Pomoc rodzinom zma­gającym się z rakiem na wiele lat wyznaczyła kierunek mojej pracy i nadała jej sens.

Człowieczeństwo to dziwna i cudowna rzecz. Często właśnie w najtrudniejszych, a nie w tych spokojnych okresach znajdu­jesz cel, który nadaje sens twojemu życiu. Pasja zrodzona z po­czucia sensu jest czymś więcej niż przełomem psychicznym lub emocjonalną strategią radzenia sobie. To spojrzenie w głąb duszy sprawia, że nieuchronne ciężkie doświadczenia życiowe zmie­niają się w uświęcone poszukiwania. Każde działanie zrodzone z poczucia głębszego sensu staje się jak modlitwa, a przeszkody na drodze do celu rozstępują się tak jak Morze Czerwone przed Mojrzeszem.

W tym tygodniu znajdź dwie lub trzy godziny, kiedy możesz liczyć na to, że będziesz sam. Spisz historię swojego życia, tak jakby to była powieść. Pamiętaj, że najważniejsze nie są wydarze­nia, do jakich doszło, ale znaczenie, jakie im nadajesz. Chociaż przeszłość jest zamknięta, twoja historia pozostaje zawsze otwar­ta na korektę. Zobaczenie swojej historii z perspektywy duszy może zmienić na lepsze twoją przyszłość, niezależnie od tego, jaka była przeszłość.