Archive for the ‘Strategie kierowania umysłem’ Category

Co, ja mam medytować?!

W zakresie strategii kierowania umysłem, medytacja jest jak wykonywanie umysłowych pompek, które wzmacniają mięśnie świadomości i wyboru. Chociaż większość ludzi nie za­mierza praktykować tej techniki przez całe życie, to nawet kilka tygodni medytacji może pomóc w wyćwiczeniu umysłu i zmia­nie nastawienia. Jeżeli zdecydujesz się na to, równie pozytywne korzyści odniesie twoje ciało. Jednak większość medytujących osób bardziej skupia się na duszy. W każdej tradycji religijnej medytację uznaje się za sposób osiągniecie jedności z bogiem.

Nie trzeba jednak być religijnym, by medytować. Jeden z moich mentorów i kolegów, kardiolog z Harvardu, doktor Herbert Benson, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku do­szedł do wniosku, że każde zajęcie umysłowe, które wycisza stałą aktywność umysłu, wywołuje psychologiczne przesunięcie w kierunku spokoju wewnętrznego. Nazwał to reakcją odpręże­nia. Jest to naturalna równowaga ciała wobec reakcji ?walczyć lub uciekać” czy reakcji na stres. Badania nad reakcją odpręże­nia pokazują, że nawet dziesięć minut dziennie może wzmocnić system odpornościowy, poprawić jakość snu, obniżyć ciśnienie krwi, pomóc w zapobieganiu nieregularnemu biciu serca, obni­żyć poziom hormonu stresu – kortyzolu, zmniejszyć niepokój i zwiększyć radość oraz spokój wewnętrzny. To duża nagroda za kilka minut twojego czasu.

Być może nie uważasz siebie za osobę medytującą, ale każdy kiedyś medytował. Na przykład, jeżeli jesteś całkowicie skon­centrowany na zestawieniu przychodów i wydatków na swoim koncie, zapisując każdą liczbę i wykonując obliczenia, to wyda­je ci się, że czas mija bardzo szybko. Zamiast myśleć o innych rzeczach, jesteś pochłonięty zadaniem. Może to być relaksują­ce zajęcie, o ile nie martwisz się o swoje finanse. Robienie na drutach daje podobny efekt. Powtarzalny ruch drutów i wełny uspokaja umysł i pozwała wyjść na powierzchnię twojej natu­ralnie spokojnej wewnętrznej istocie. Być może dlatego robie­nie na drutach jest wciąż tak popularne w naszym rozpędzo­nym świecie.

Nie w każdym miejscu jednak możesz wymachiwać druta­mi lub sprawdzać stan swojego konta. Najbardziej dostępne narzędzie do wywoływania reakcji odprężenia znajduje się w twym umyśle. Jeżeli jesteś religijny, możesz wykorzystać do koncentrowania się fragment świętej księgi albo pieśni z two­jej tradycji kulturowej. Mój pacjent, ortodoksyjny grekoka­tolik, doświadczał ogromnego spokoju wewnętrznego, kiedy w kościele śpiewano kyrie eleison – hymn o miłosierdziu Je­zusa. Zaproponowałam, by rozpoczynał swoją medytację od kilkakrotnego śpiewania utworu na głos, co ułatwi mu osią­gnięcie spokoju wewnętrznego. Potem miał cicho śpiewać ten hymn przez dziesięć czy piętnaście minut. To proste, przyjem­ne ćwiczenie nie tylko przynosiło mu fizjologiczne korzyści w postaci reakcji odprężenia, lecz również było obcowaniem z wyższą mocą, w którą wierzył.

Medytacja polegająca na zogniskowaniu pracy umysłu na jednym punkcie nazywana jest koncentracją (concentration meditation). Pomyśl, o ile bardziej twórczy, produktywni i pełni pokoju bylibyśmy jako dorośli, gdyby przekazano nam tę umie­jętność w dzieciństwie. Koncentrowanie umysłu nie jest łatwe. Wymaga praktyki. Ale tak jak uczenie się gry na pianinie czy prowadzenia samochodu, szybko staje się drugą naturą. Czy pamiętasz, jak trudno było wszystko prawidłowo ustawić, kie­dy uczyłeś się jeździć samochodem? Męczyłeś się, ale po kil­ku tygodniach opanowałeś tę sztukę. Kluczem do uczenia się medytacji jest uzmysłowienie sobie, że na początku sprawia to trudność niemal wszystkim ludziom. Nie są oni automa­tycznie przenoszeni w stan szczęśliwości – często nadal my­ślą o przyziemnych sprawach, na przykład o tym, co zjeść na śniadanie.

Możesz zdecydować, na przykład, że będziesz się koncen­trować na oddychaniu brzuchem i że będzie to forma medytacji. Być może zauważasz, jak twój brzuch rozszerza się przy wdechu i relaksuje przy wydechu. Potem pojawia się myśl: ?To takie odprężające, czemu nie robię tego częściej?”. Ta myśl prowadzi do następnych: ?Jestem taka zajęta i zestresowana. Naprawdę tego potrzebuję. Nikt nie pomaga mi w domu. Czy tylko ja mogę przynosić nowe rolki papieru toaletowego?”. Wkrótce raczej rozmyślasz, niż medytujesz. Należy jak najszybciej za­uważać swoje myślenie i tak delikatnie, jak to tylko możliwe, powracać do powtarzalnego punktu koncentracji umysłu.

Wielu ludzi rezygnuje z prób medytacji, kiedy przekonuje się, jak aktywny jest umysł. Przez cały czas mogą przeszkadzać ci takie myśli: ?Nie jestem w tym dobry, inni ludzie odprężają się od razu, ale mój umysł jest zbyt aktywny”. Nie popełniaj tego błędu. Myśli nadal będą przebiegać przez twoją głowę. Taka jest natura umysłu. Celem koncentracji nie jest zatrzyma­nie umysłu, ale raczej opanowanie potężnej umysłowej sztuki walki. Kiedy myśli się pojawiają (a będą się pojawiały), masz wybór. Możesz je zauważać i pozwalać im odejść albo nadal myśleć. Przez dziesięć czy piętnaście minut będziesz musiał może przywracać umysł do stanu koncentracji nawet kilka­naście razy. To wzmacnia mięśnie umysłu, które służą rozluź­nianiu się. Po zaledwie kilku tygodniach praktyki zauważysz, że dużo łatwiej przychodzi ci kontrolowanie swojego umysłu w ciągu dnia. Oto efekt twoich ćwiczeń.

Gdy zdobędziesz większą praktykę, odkryjesz warstwę umysłu leżącą głębiej niż twoje myśli. Tak jak powierzchnia oceanu może być wzburzona – chociaż jest spokojna już dwa metry poniżej – tak wzburzony może być twój umysł. Medyta­cja uczy cię schodzić na poziom spokoju wewnętrznego.

Jedną z największych korzyści płynących z medytacji jest świadomość. Gdyby ktoś powiedział: ?Dam ci centa za twoje myśli”, założę się, że połowa z nas nie umiałby powiedzieć, o czym naprawdę myślała. Spędzamy czas w Krainie Nigdy- Nigdy, czyli w tym stanie oddalenia, w którym mijamy swój zjazd na autostradzie. To znajomy, niewymagający myślenia stan, gdy światła są zapalone, a nikogo nie ma w domu. Medy­tacja sprawia, że możemy bardziej świadomie dokonywać wy­borów, doświadczać wolności i przyjemności.

Słuchaj swojego serca

Kiedy byłam mała, mama pytała mnie, czy wyskoczę przez okno tylko dlatego, że moi przyjaciele tak zrobią. To pytanie bardzo mnie złościło. Jej podejściu może brakowało finezji, ale próbowała przekazać mi ważną życiową lekcję. Naucz się myśleć samodzielnie i słuchaj swojego serca, w przeciwnym razie wpad­niesz w tarapaty.

Czasem słuchanie siebie okazuje się trudne, zwłaszcza gdy ce­nisz opinię swoich przyjaciół. W naszej kulturze panuje przeko­nanie, że jeśli coś ma się zdarzyć, to będzie przebiegało gładko, natomiast jeśli coś nie ma się wydarzyć, pojawią się przeszkody, by temu zapobiec.

Kiedy mój były mąż Kurt i ja pobieraliśmy się, nic nie szło gład­ko. Na drodze do ołtarza czekało nas wiele przeszkód. Pierwsza dotyczyła zaproszeń na wesele. Przed wyjściem na pocztę włoży­liśmy je wszystkie do używanej szarej koperty, aby się nie znisz­czyły. Zamiast osobiście je wysłać, wręczyłam tę dużą niezaklejoną kopertę pracownikowi poczty i wyjaśniłam, że w środku są osobne listy. Zdezorientowany mężczyzna musiał zakleić kopertę. Cały plik został z niewyjaśnionych przyczyn dostarczony na adres zwrotny, gdzie leżał nieotwierany przez kilka miesięcy.

Usługi pocztowe odegrały również drugą ważną rolę w tym wyraźnie antymałżeńskim spisku. Przyjaciel przysłał kwiaty do udekorowania naszego domu, gdzie miało się odbyć przyjęcie weselne. Przesyłka przyszła w sobotnie popołudnie, ale ponieważ długa paczka nie zmieściła się w naszej skrzynce pocztowej, kurier zostawił awizo mówiące, by odebrać paczkę na poczcie w ponie­działek. Niestety, ślub był w niedzielę.

Co miałam robić? Zadzwoniłam do przyjaciółki, by się wy­żalić i usłyszeć słowa współczucia. ?Nie wychodź za mąż – po­wiedziała. – Nie widzisz, że to ważny znak? Tak naprawdę dwa znaki! To małżeństwo nie jest ci pisane. Proszę, odwołaj ślub”.

Mój przyszły mąż nie przejął się jej reakcją. Przytoczył słowa wielkiego mistrza metafory, Zygmunta Freuda: ?Czasem cygaro to po prostu cygaro”. I miał rację. Nasza ceremonia ślubna była cudowna. Każdy z naszych przyjaciół odegrał ważny rytuał, by po­móc uczcić i uświęcić nasze małżeństwo. Pewna para zadzwoniła wcześniej do wodza indiańskiego plemienia Nanticoke, z którego pochodziła część przodków mojego męża, i uzyskali opis tradycyj­nych zwyczajów weselnych. Opisany rytuał polegał na trzymaniu się za ręce, nadgarstek przy nadgarstku, tak że mogliśmy czuć bicie serca drugiej osoby. Była to przejmująca metafora intymności, jaka wytwarza się w dobrym małżeństwie. Jak w większości małżeństw, w naszym pięcioletnim związku pojawiały się trudne wyzwania, ale jestem zadowolona, że posłuchałam głosu serca i wyszłam za mężczyznę, który pomógł mi wydobyć na światło dzienne moją miłość do życia i poczucie humoru.

Kilka miesięcy po ślubie Kurt i ja wyjechaliśmy na wakacje na wyspę w Kolumbii Brytyjskiej, przy zachodnim wybrzeżu Kanady. Kurt, mający indiańskie korzenie, chciał odwiedzić wioskę Indian Klahoos, którzy wrócili na swoje ziemie plemienne na wyspie. W przeciwieństwie do rządu Stanów Zjednoczonych, który nadal dyskryminuje Indian, rząd kanadyjski jest bardziej życzliwy wobec rdzennych mieszkańców swego kraju. Plemieniu Klahoos przyzna­no dotację na rzeźbienie dużych oceanicznych kanoe w ramach programu pomagającego Indianom odzyskać dumę z ich kulturo­wego dziedzictwa.

Tysiącletnie cedry, prawie tak szerokie jak samochód, tworzy­ły leśną katedrę ciszy i migotającego światła. Kiedy się zbliżali­śmy, rytmiczne dźwięki młotka i dłuta prowadziły nas do polany, gdzie pracowało dwóch mężczyzn. Główny rzeźbiarz był znanym artystą ludowym. Był to skromny i delikatny człowiek o silnych dłoniach i dobrym sercu. Pokazał nam gigantyczny pień sześćset- letniego drzewa, które zostało ścięte, by zrobić z niego kanoe. Z pewnością miało dwa i pół metra średnicy. Niestety, środkowa część spróchniała i drzewo było puste. Kanoe będzie musiało być bardzo wąskie, wyrzeźbione z mniej niż połowy średnicy drze­wa. Mężczyzna wyjaśnił, że był to pierwszy z wielu problemów, na jakie się natknęli.

Mimo wszystko kanoe było dziełem sztuki, eleganckim i forem­nym. Jednak na jednym końcu widniało duże pęknięcie, przeła­mujące je prawie na pół. Wymagało naprawienia za pomocą drew­nianych kołków. Niedoświadczeni drwale nie tylko wybrali puste drzewo, ale także nie przygotowali miękkiego materaca z igieł, by zamortyzować upadek kolosa, ani nie wyczyścili terenu, na który upadnie. Stary cedr upadł na kłodę i praktycznie pękł na dwoje.

Pozostało tylko kilka tygodni, by skończyć kanoe przed plano­wanym od dawna uroczystym wodowaniem. Wymagało to jeszcze dużo pracy, a rzeźbiarz miał tylko jednego ucznia. Zapytaliśmy, czy przyjdzie więcej ludzi do pomocy. Spokojnie pokręcił przeczą­co głową. Rzeźbienie to bardzo trudna, mrówcza robota. Kilku ludzi próbowało, ale tylko jeden został.

?Nie najlepiej się tutaj układa, w tej pierwotnej puszczy” – po­myślałam ze smutkiem. Gdyby była tu moja przyjaciółka, która poradziła mi odwołanie ślubu, prawdopodobnie uznałaby kanoe za przegraną sprawę. Prawie słyszałam jej głos w mojej głowie: ?Jeżeli coś nie idzie gładko, to nie jest nam pisane”.

Odwróciłam się do żylastego rzeźbiarza, uśmiechniętego i spokojnego i głęboko zastanawiałam się nad właściwym dobo­rem słów. Zawahałam się i w końcu powiedziałam: ?Masz z tym projektem problemów ponad miarę, lecz wydaje mi się, że nie tracisz optymizmu i nadziei. Zastanawiam się, czy jest to różnica kulturowa pomiędzy nami. Kiedy takie trudności gromadzą się w moim świecie, wielu ludzi uważa je za znak, że projekt się nie uda. Co ty o tym sądzisz?”.

Spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się ciepło, pokazując dwa rzędy idealnie białych zębów. ?Och, przeszkody to dobry znak, moja droga. Naprawdę dobry znak. Projekt ma wielkie błogosła­wieństwo. Im większy duch próbuje się urodzić, tym większe są problemy, które musi pokonać. To go umacnia. A to kanoe ma wielkiego ducha. To odrodzenie dumy naszego plemienia i naszej tożsamości”.

Kiedy rzeźbiarz mówił o kanoe, ja myślałam o swoim małżeń­stwie. Przez chwilę byłam niezwykle uradowana. Interpretacja przeszkód, jaką przedstawił rzeźbiarz, była dużo bardziej pozy­tywna od interpretacji mojej przyjaciółki. Potem dostrzegłam prawdę. Zawsze kiedy wybierałam jej wyjaśnienie sytuacji, nie myślałam samodzielnie i nie słuchałam własnego serca. Oddawa­łam moją moc komuś innemu.

Żyjemy w świecie błyskotliwych ekspertów. Wygłaszają ka­zania w talk-show i piszą dla kolorowych pism. Mówią nam, co myśleć i jak kierować naszym życiem. Jedz to, a będziesz szczu­pły i szczęśliwy. Myśl tak, a przeżyjesz życie, o jakim marzysz. Bądź dobry, a nigdy nie zachorujesz. Kieruj się znakami, a anioły będą cię prowadzić.

W naszym rozpędzonym świecie chcielibyśmy wiedzieć, że ktoś inny zna odpowiedzi. Czasem tak jest, ale nawet wówczas, jego odpowiedzi mogą nie być twoimi. W tym tygodniu pamię­taj, że ty jesteś autorytetem w dziedzinie twojego życia. Będziesz spokojniejszy, jeżeli będziesz słuchał mądrości w radach innych ludzi, a potem brał z tego to, co ci służy, pozostawiając resztę. Ostatecznie, spokój pochodzi ze znajomości samego siebie… i z zaufania, jakim darzysz siebie przy podejmowaniu decyzji.

To, jak chodzisz, wpływa na twoje samopoczucie

Jest wiele sposobów na rozwinięcie w sobie świadomości swo­jego umysłu i swoich uczuć. Niniejsza strategia wykorzystuje czynność, którą większość ludzi wykonuje codziennie: chodze­nie. Nawet osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich mogą dołączyć do grona spacerowiczów z pozytywnym nastawieniem.

Podczas odbywającej się na Florydzie konferencji natknęłam się na cudowną książeczkę o medytowaniu podczas chodzenia. Należała ona do moich ulubionych książek, a ponieważ jej pierw­szą kopię wielokrotnie pożyczałam i w końcu straciłam z oczu, kupiłam nową. Właśnie skierowałam się do drzwi, by poczytać ją w cieniu palmy. ?Pokój jest w każdym kroku” – naucza łagodny mnich i autor Thich Nhat Hanh. Postanowiłam delektować się jego mądrymi, poetyckimi słowami i ćwiczyć powolne, uważne chodzenie.

Kiedy wychodziłam, do hallu zbliżała się mała dziewczynka w wieku siedmiu, może ośmiu lat. Miała na sobie różowe ry­baczki, bluzeczkę reklamującą Disney World i białe tenisówki, a jej twarz rozjaśniał wyjątkowo promienny uśmiech. Maszerując energicznie z dłońmi włożonymi pod pachy, machała stworzo­nymi w ten sposób skrzydełkami w rytm wyśpiewywanej na całe gardło piosenki. ?Idź, idź, idź, idziemy, idź, idź, idź” – śpiewała raz za razem, maszerując do drzwi jak tamburmajor.

Czy tylko to sobie wyobraziłam, czy naprawdę obrzuciła mnie konspiracyjnym spojrzeniem? Tu byłam ja, gotowa do czytania i uczenia się, jak znaleźć spokój wewnętrzny i radość podczas chodzenia. Tam była ona – ucieleśnienie doskonałej, natural­nej lekcji chodzenia. Skierowałam się więc do odosobnionego miejsca za hotelem, aby wypróbować jej technikę maszerowania i śpiewania. Daleka byłam od spokoju wewnętrznego. Standardy zachowania jednak zmieniają się znacząco pomiędzy siódmym a pięćdziesiątym piątym rokiem życia. Spodziewałam się, że za chwilę pojawią się mężczyźni w białych fartuchach i wywloką mnie stamtąd.

Wybrałam się zatem na spokojniejszy spacer z postanowie­niem, że będę zwracać uwagę na to, jak sposób chodzenia wpływa na nastrój. Minęło mnie kilka przygarbionych osób – wyglądały na zmęczone i zniechęcone. Dwoje ludzi, opalonych i beztroskich, podskakiwało, trzymając się za ręce. Niektórzy przechodnie kro­czyli raźno, szczęśliwi i ożywieni, inni wydawali się zmartwieni. Kilkoro wyglądało na ponurych i zdeterminowanych, jak szpiedzy podczas tajnej misji. Wielu uosabiało zapracowanie. Z głowami wciśniętymi w ramiona, szli, pochylając się do przodu, jakby ich głowy miały szybciej doprowadzić ich do miejsca przeznaczenia. Uświadomiłam sobie, że często sama tak chodzę. Gdyby chód mógł mówić, powiedziałby: ?Zejdź mi z drogi! Jestem zajęty i mam ważne rzeczy do zrobienia”. Tymczasem są bardziej przy­jazne i spokojniejsze sposoby poruszania się.

Jako ciekawy wszystkiego biolog, eksperymentowałam z róż­nymi stylami chodzenia. Gdy szłam przygarbiona, z ponurą miną, poczułam się… no cóż, przygnębiona. Wytężony, zdecydowany krok wywoływał niepokój. Wszystkie czekające mnie obowiązki pojawiały się w myślach nieproszone. Jak mogłam nawet pomy­śleć o zrelaksowaniu się na wakacjach? Moje próby miarowego kroku i spokojnego oddychania – odpowiednie na wieś kroki Thich Nhat Hanha – wydawały się zbyt ostentacyjne i nieau­tentyczne na miejskiej ulicy. Nie pasowały do tutejszego rytmu. W odbiciu w szybie okiennej wyglądałam jakbym była pod wpły­wem narkotyków. Naturalny rytm kroków i otwartość na widoki i dźwięki miasta okazał się najbardziej interesujący i przyjemny.

Badania z udziałem doświadczonych aktorów, którzy mogą robić różne miny, nie czując się przy tym zakłopotani czy skrępo­wani, pokazują, że wyraz twarzy wpływa na nasz nastrój. Jesteś szczęśliwszy, jeśli się uśmiechasz, bardziej smutny, kiedy marsz­czysz brwi. Twoje ciało mobilizuje się do reakcji ?walczyć łub uciekać”, kiedy twoja twarz odzwierciedla lęk czy złość. Gdy do wyrazu twarzy dodasz postawę ciała i sposób poruszania się, zmiany nastroju są jeszcze wyraźniejsze. Wiemy, że umysł wpływa na ciało. Często jednak zapominamy, że ciało wpływa na umysł.

Dlaczego nie spożytkować czasu, jaki każdego dnia spędzasz na chodzeniu, na lekcję spokoju wewnętrznego i odprężenia, a nie marnować go na gonitwę i niepokój? Spróbuj przeprowa­dzić ?tydzień świadomego chodzenia”. Eksperymentuj, chodząc z ciekawością, radością, zmysłowością czy spokojem. Wypróbuj kroki, które pokazują, że jesteś zapracowany i mówią innym: ?Zejdźcie mi z drogi, jestem bardzo ważny”. Uśmiechaj się chłodno jak królowa Anglii i idź ulicą z doskonałą życzliwością. Skradaj się jak James Bond śledzący Goldfingera. Zauważ, jak wpływa na ciebie każdy z tych sposobów poruszania się. Możesz też dostrzec, że ludzie reagują na ciebie w inny sposób, kiedy zmieniasz styl chodzenia. Kluczem do tego eksperymentu jest świadomość. Wybierz chodzenie z pozytywnym nastawieniem i zauważ, jak odpowiada na nie twoje ciało i twój umysł.

Pielęgnuj wdzięczność

Postawa wdzięczności jest zwieńczeniem wszystkich strategii uzyskiwania spokoju wewnętrznego. Kiedy nauczysz się pano­wać nad swoim umysłem, troszczyć się o siebie, traktować innych ze współczuciem i uprzejmością oraz rozwijać w sobie uważne po­dejście do życia, wdzięczność pojawi się samoistnie. Do tego czasu możesz ją ćwiczyć. Kiedyś bardzo mi w tym pomogło drobne star­cie z dużym owczarkiem niemieckim.

Pewnego jasnego zimowego dnia postanowiłam się przejść po małym miasteczku położonym w dziczy Gór Skalistych Kolorado, gdzie mieszkamy. Niebo miało odcień błękitu cha­rakterystyczny dla wyższych partii Rockies. Wczesnomarcowe słońce przelewało się jak płynne złoto przez gałęzie wyso­kich świerków, tworząc drgające wzory światła w delikatnych kryształkach świeżego śniegu. Szczyty górskie majestatycznie unosiły się w rzeźbionych warstwach fioletów, zieleni i szaro­ści, wbijając się w chmury, które zwisały niczym bajkowa mgła w czarodziejskich dolinach poniżej.

Maszerowałam zdecydowanym krokiem w dół drogi i byłam zupełnie ślepa na to niezwykłe piękno. Próbując się zrelaksować przed wyprawą do miejscowego szpitala w dolinie, gdzie miałam się poddać biopsji piersi, w myślach przeglądałam cały wachlarz katastrofalnych możliwości medycznych, jakie mogły się zmate­rializować. W miarę jak moje myśli przestawiły się na dobrze znane schematy tragizowania, nabierały rozpędu. Nie dość, że moje ciało było w śmiertelnym niebezpieczeństwie, to jeszcze wiele spraw w moim życiu nie układało się tak, jak powinno. Szklanka nie tylko wydawała się do połowy pusta, ale i pozostała w niej woda wyglądała na całkowicie zanieczyszczoną. Czułam się przepracowana i wypalona. Co za szalone życie udało mi się stworzyć, mimo że miałam stanowić przykład dla innych? Po­czucie winy, lęk, złość i rozczarowanie dołączyły do kakofonii innych wewnętrznych głosów, towarzyszących mi w drodze na dół. A przecież miał to być relaksujący spacer.

Nagle palący ból w pośladkach brutalnie wyrwał mnie z tok­sycznej zadumy. Całkowicie skoncentrowana na przerażających wewnętrznych filmach, byłam zupełnie nieświadoma tego, że szybko zbliżył się do mnie duży owczarek niemiecki, który bezceremonialnie ugryzł mnie w pupę. Moje kino wewnętrzne zaczęło natychmiast wyświetlać film fabularny z moimi poślad­kami w roli głównej, które są zszywane na oddziale ratunko­wym Boulder Community Hospital, kiedy jednocześnie dostaję zastrzyk z dużymi dawkami środka przeciwtężcowego i szcze­pionki przeciw wściekliźnie. Z pewnością nie dotarłabym na biopsję i musiałabym przejść tę drugą rundę medycznych tortur innego dnia.

Sięgnęłam do majtek, spodziewając się natrafić na lepką masę krwi. Moja ręka była jednak zupełnie czysta. Przepełniona nagłą nadzieją, wślizgnęłam się między krzaki i ściągnęłam bieliznę. Chociaż na mojej pupie widniał duży czerwony obrzęk, otoczony odbiciem psiej szczęki, skóra nie była nawet draśnięta. Z okrzy­kiem radości podciągnęłam majtki i wyskoczyłam zza krzaka, pełna wdzięczności. Żadnego pogotowia. Żadnych zastrzyków przeciwtężcowych. Ani powolnej śmierci na wściekliznę. Szczę­ściara ze mnie!

Nagle cała ta sytuacja wydała mi się niezwykle śmieszna. Pies z parszywego kundla przemienił się w boskiego posłańca. ?Obudź się, głupi człowieku! Poczuj słońce na twarzy i wiatr we włosach. Żyjesz i świat jest piękny. Góry są wspaniałe, a dzień ledwie się rozpoczął. Przed tobą nieskończenie wiele możliwo­ści”. Przepełniała mnie wdzięczność za dar życia. Każdy oddech był cenny, każde drzewo było cudem. Ogarnął mnie wewnętrzny spokój.

Wdzięczność jest jak dźwignia zmiany biegów, która może przestawić twój mechanizm umysłowy z obsesyjnego myśle­nia na spokój, ze sztywności na kreatywność, z lęku na miłość. Umiejętność relaksowania się i uważnej obecności w danym mo­mencie przychodzi naturalnie, kiedy jesteś wdzięczny. Jednym z najwspanialszych aspektów mojego żydowskiego dziedzictwa jest wypowiadanie berakot – błogosławieństw lub modlitw dzięk­czynnych – przez cały dzień. To pochwała Boga za stworzenie świata niezliczonych cudów. Jest błogosławieństwo za dar ujrze­nia gwiazdy lub tęczy. Jest błogosławieństwo za dary pożywie­nia, wina i wody. Istnieje nawet błogosławieństwo łazienkowe za to, że organy wewnętrzne dobrze funkcjonują. Lubię przez cały dzień improwizować, dodając różne modlitwy dziękczynne. Dzięki za owczarka niemieckiego, który uczy nas spokoju w naj­bardziej niesprzyjającym momencie. Dzięki także za biopsję, któ­rej wynik okazał się negatywny – to jeden z niewielu przykładów, kiedy coś negatywnego okazuje się pozytywne.

W tym tygodniu, kiedy zauważysz, że tragizujesz, postaraj się poczuć wdzięczność za to wszystko, co układa się dobrze. Od be­nedyktyńskiego mnicha, brata Davida Steindl-Rasta, autora pięk­nej książki Gratefulness, The Heart ofPrayer, nauczyłam się przed laty pewnego ćwiczenia. Brat David proponuje, byś codziennie wieczorem, przed pójściem spać, podziękował za coś, za co ni­gdy wcześniej nie dziękowałeś. To łatwe przez pierwszych kilka tygodni, ale później naprawdę trzeba się zastanowić, by znaleźć coś nowego. Jeżeli wykonujesz ćwiczenie (które, jak z radością za­uważysz, prawie nie zabiera czasu) przez kilka miesięcy, zaczniesz w ciągu dnia dostrzegać nowe rzeczy, za które będziesz mógł wy­razić wdzięczność wieczorem. To proste ćwiczenie ma moc, by odmienić twoje życie, i sprawia, że stajesz się uważny.

Zagraj w ?Kto jest bardziej nieszczęśliwy”

Jedną z najczęstszych skarg wypowiadanych przez mężczyzn pod adresem kobiet jest to, że za dużo narzekamy. Niektórzy mężczyźni też są w tym dobrzy. Niezależnie jednak od płci, nasze narzekanie może niszczyć spokój wewnętrzny zarówno innych ludzi, jak i nasz własny.

Kiedyś pojawiłam się w programie Oprah Winfrey jako tak zwany ekspert od sposobów radzenia sobie z zagrażającymi życiu chorobami. Z przyjemnością przyjęłam fakt, że przyćmił mnie mężczyzna cierpiący na poważną chorobę neurologiczną nazy­waną ALS albo chorobą Lou Gehriga. Przykuty do wózka inwa­lidzkiego, stracił prawie wszystkie funkcje organizmu. Ponieważ nie mógł już sam oddychać, robił to za niego respirator. Nie­zdolny do samodzielnego jedzenia, był karmiony przez rurkę. Nie mogąc mówić, ledwie poruszał ustami. Żaden problem. Jego żona i pielęgniarka umiały czytać z ruchu warg. Z ich pomocą, choć trudno w to uwierzyć, został mówcą i przemawiał na temat motywacji.

Ten mężczyzna stał się dla mnie niezwykłą, choć może trochę onieśmielającą inspiracją. W porównaniu z jego strasznym po­łożeniem, moje zwykłe skargi na zapracowanie, nieuprzejmych kierowców i grube uda całkowicie bladły. Miał pełne prawo po­paść w depresję i odczuwać złość i jestem pewna, że nachodziły go czasem takie chwile. Według jego najbliższych był mimo to prawdziwym nauczycielem spokoju wewnętrznego. Kiedy Oprah zapytała go, jak udaje mu się utrzymywać taką pogodę ducha, odpowiedział, że wszyscy mamy taki wybór. Możemy pogrążyć się w żalu albo mieć pokój w sercu. On wybierał pokój.

Każdy z nas staje przed takim samym wyborem, ale ci, którzy wybierają narzekanie, a nie spokój wewnętrzny, zazwyczaj znaj­dują w tym procesie sprzymierzeńców. Powiedzmy, że zajmujesz się swoimi sprawami, być może nawet odczuwasz radość. Potem zjawia się ktoś, kto pragnie współczucia, w rozmowie osobistej lub przez telefon. Chce, żebyś towarzyszył mu w jego użalaniu się. Na początek możesz usłyszeć coś takiego: ?Wyglądasz na zmęczonego (Masz taki głos jakbyś był zmęczony). Tyle robisz dla innych. Dobrze się czujesz?”.

Spodziewaną reakcją z twojej strony jest głębokie westchnie­nie, a następnie wyliczenie wszystkiego, co cię wyczerpuje, ludzi, którzy potrzebują twojej pomocy, wszystkich niewdzięczników, którzy nie dostrzegają twojej prawdziwej wartości, i wszystkiego, co wolałbyś teraz robić. Potem druga osoba podejmuje starania, aby cię przelicytować.

?Myślisz, że jesteś zapracowany? Ja musiałam polecieć na Ma­dagaskar na spotkanie przy lunchu i wrócić o czasie na doroczny festyn w drużynie harcerskiej mojego syna. Jestem opiekunką dru­żyny i musiałam zrobić ciasteczka z orzechami. Ponieważ podłoga w kuchni była porysowana przez nowego szczeniaka, którym nikt oprócz mnie się nie zajmuje, musiałam ją całą wypastować, zanim rodzice przyprowadzili swoje dzieci. A wieczorem mój mąż chciał postawić sobie przy łóżku szklankę wody i idąc po nią poślizgnął się na tej podłodze i złamał nogę. Wiozłam go na pogotowie, a on wrzeszczał z bólu. Ponieważ przed nim były cztery osoby z ranami postrzałowymi, minęły godziny, zanim założyli mu szwy i złożyli to skomplikowane złamanie. Położyłam się dopiero o trzeciej i za­raz musiałam wstawać do pracy na wczesne spotkanie”.

Nie wiadomo, czy udałoby się nam wymyśleć taki nieszczęśli­wy zbieg okoliczności, który zachwyciłby każdego bluesowego piosenkarza. Pamiętacie zabawną, a równocześnie smętną pio­senkę Lindy Ronstadt Poor, Poor Pitiful Me (O ja biedna, biedna i nieszczęśliwa)? Lubię jej słuchać, kiedy jestem w złym nastroju, bo parodia jest tam tak wyraźna, że przywraca mi dobry humor.

Należy zadać pytanie, dlaczego całkowicie zdrowi ludzie upiera­ją się przy robieniu z narzekania poważnej rywalizacji sportowej? Oczywiście, ta gra może chwilowo poprawiać nastrój, ponieważ zapewnia wsparcie od innych nieszczęśliwych ludzi. A nieszczę­ście kocha towarzystwo. To strategia przetrwania.

Wspólne narzekanie jest odmianą strategii, którą psychologo­wie nazywają regresywnym radzeniem sobie. Kiedy trwa proces marudzenia, cofasz się w czasie, zachowując się raczej jak bezrad­ne dziecko niż jak niezależny dorosły. Druga narzekająca osoba zamiast motywować cię do zdobycia samoświadomości i do roz­woju, wspiera cię w twojej regresji. Zdrowe wsparcie społecz­ne zapewnia ci autentyczne radzenie sobie, które prowokuje cię do szukania w życiu głębszego znaczenia i większych możliwości. Prowadzi do świadomości i rozwija poczucie humoru oraz poma­ga stworzyć nowe strategie radzenia sobie, a jednocześnie cieszyć się tymi, które już się sprawdziły.

Szalona i mądra kobieta, Loretta LaRoche, sugeruje, że kiedy chcesz ponarzekać, możesz znaleźć przyjaciela i zrobić to tak, jak trzeba. Każde z was ma dwie minuty, by wypowiedzieć wszystko, co mu leży na sercu. Nie wolno sobie przerywać. Mam nadzieję, że wyrzucicie wszystko z siebie, tworząc parodię narzekania i nie biorąc tego poważnie. Jeśli macie jeszcze kilka minut, każde z was może kolejno wymienić wszystko, za co jest wdzięczne. To spra­wi, że zakończycie rozmowę w dużo lepszym nastroju.

W tym tygodniu zwracaj uwagę na swoje regresywne radzenie sobie. Możesz łatwo odrzucić zaproszenie do narzekania, wspo­minając o tym, co idzie dobrze. Nawał pracy może być błogosła­wieństwem. Zawsze gdy pragniesz się pożalić, spróbuj skoncen­trować się na pozytywach. Jeżeli potrzebujesz ?wypuścić trochę pary”, połóż ręce na biodrach, stań przed lustrem i przez dwie minuty głośno lamentuj. Czyż nie jesteś zabawny?

Czy to, co robisz, sprawia ci przyjemność?

Jedna z moich najlepszych przyjaciółek – Loretta LaRoche – jest wspaniałą satyryczką, komentatorką życia społecznego i Lrmą Bombeck w dziedzinie stresu. Jej programy w telewizji publicznej, książki i wykłady pomogły milionom ludzi rozch­murzyć się i dostrzec w sobie zabawne cechy. Nazywam Loret- tę ?Her Holiness, The Jolly Lama” (Jej Świątobliwość, Wesoły Lama). Jak sama mawia ?Zycie jest żartem i ty też nim jesteś”.

W swojej prześmiewczej książce o absurdach współczesnej egzystencji, Life Is Not a Stress Rebearsal, Loretta zamieszcza serię hipotetycznych napisów nagrobkowych. Proponuje, byś za­stanowił się nad sobą w trakcie normalnego, pracowitego dnia. Co mógłby głosić napis na twoim nagrobku? ?Ze wszystkiego się wywiązał, a i tak umarł”?

Kiedy byliśmy dziećmi, zabawa i bycie obecnym w każdej chwili życia było bardzo łatwe. Mnóstwo rzeczy sprawiało nam radość, dużo się śmialiśmy. Głupstwa były w modzie. Byliśmy twórczy i myśleliśmy swobodnie, nie dając się okiełznać. Jako dorośli mamy Obowiązki. Zaczynamy tracić swobodę i myślimy: ?Kiedy skończę wszystkie prace, może będę mógł się zabawić”. Jednak, gdy to się wreszcie staje, to albo jest czas na sen, albo jesteśmy zmęczeni, albo – na końcu – martwi.

Dziwnie to zabrzmi, ale nagrody społeczne są ponure i pozba­wione humoru. Im bardziej jesteśmy zajęci i nieszczęśliwi, tym musimy być ważniejsi. Kiedyś miałam pacjentkę, która zgłosiła się do naszej kliniki umysłu i ciała z powodu chronicznych infek­cji dróg moczowych. Przyczyna była prosta. Kobieta ta pracowała jako menedżer w dobrze prosperującej firmie biotechnologicznej.

Z wielką dumą oświadczyła, że powstrzymuje się od picia pły­nów w pracy, aby pozostać odwodniona. W ten sposób nie tra­ciła czasu na oddawanie moczu. To miało pokazać jej pracowni­kom, że jest odpowiedzialna i zaangażowana w pracę. Powinni być tacy jak ona.

Na szczęście, doszło do zabawnego zbiegu okoliczności. Dzień przed pojawieniem się u mnie tej kobiety jakiś żartowniś skopio­wał oficjalnie wyglądające ogłoszenie i powiesił je na skrzynce pocztowej każdego z pracowników w moim dziale. Notatka była zatytułowana: ?Zakładowe zasady chodzenia do toalety”. Do­kument zawierał szczegółowe instrukcje dotyczące uzyskiwania pozwolenia od przełożonego, ograniczania wizyt w toalecie do dwóch dziennie i zużywania ustalonej ilości papieru toaletowe­go. Chociaż ta notatka była prześmieszna, kilkoro zestresowanych współpracowników potraktowało ją poważnie. Moja pacjentka, na szczęście, dostrzegła dowcip, kiedy pokazałam jej tę instrukcję. Nieźle się uśmiałyśmy, a okres chronicznej infekcji dróg moczo­wych należał już do przeszłości.

Aby kontrolować siebie i innych, wielu zapracowanych ludzi hamuje nie tylko pracę swojego pęcherza, ale także swoją spon­taniczność i wesołość. Nie pamiętają, jak się bawić. Kiedyś wraz z dwojgiem moich przyjaciół, artystów estradowych, prowadzi­łam pięciodniowy warsztat dla kobiet. Nasz pomysł polegał na tym, by zorganizować miniobóz letni, na którym kobiety mogły­by się śmiać, śpiewać, tańczyć i być twórcze, tymczasowo pozo­stawiając za sobą swoje pracowite życie.

Przełamawszy schemat ?życie jest takie poważne”, mieliśmy nadzieję, że uczestniczki wrócą do domu z wewnętrznym przyzwo­leniem na to, by się rozchmurzyć. W miarę upływu czasu z radością przekonywaliśmy się, że do najbardziej szalonych osób należały sędziny, prawniczki, administratorki szpitali i chirurdzy. Wnioski były wspaniałe. Możesz być bardzo odpowiedzialnym dorosłym i nadal cieszyć się życiem. Nie trzeba w imię produktywności zwalczać w sobie wewnętrznego dziecka.

Jak nieustannie przypomina Loretta LaRoche: ?Wszyscy umrze­my”. To jedna z absolutnie pewnych rzeczy w życiu. I koniec czę­sto przychodzi wcześniej, niż byśmy chcieli. Chociaż truizmem jest powiedzenie, że życie jest raczej podróżą niż miejscem przeznacze­nia, łatwo zapomnieć, że można cieszyć się tą podróżą. To pewne, że żyjesz, skoro czytasz te słowa. Dlaczego więc nie wykorzystać jak najlepiej swojego czasu na tej Ziemi?

Pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy rozpoznanie AIDS było prawie pewnym wyrokiem śmierci, podczas warsztatu na temat związku ciała i umysłu powiedziałam grupie pacjentów chorych na AIDS, że nikt z nas nie wie, kiedy nastąpi koniec jego życia. Chociaż jestem zdrowa, mogę w drodze do domu mieć wypadek i umrzeć wcześniej niż ktokolwiek z nich. I rzeczywiście, tego wieczoru przeżyłam poważny wypadek – zderzenie czołowe. Za­wiódł mój pas bezpieczeństwa i prawie straciłam nos, kiedy ude­rzyłam głową w kierownicę. Chociaż przywrócenie mojej twarzy dawnego wyglądu wymagało dwóch operacji, byłam wdzięczna za to doświadczenie. Leżąc w szpitalu z nosem w bandażach, zdałam sobie sprawę, jak poważne stało się moje życie. Nadszedł czas, by przypomnieć sobie o radości. Zatem rzuciłam pracę i za­częłam nowe życie.

W tym tygodniu pomyśl trochę o zabawnych napisach na nagrobkach autorstwa Loretty. Co głosiłby twój, gdybyś umarł jutro? ?Jadł kiełki fasoli i uprawiał jogging, a i tak umarł”? Czy: ?Wypełnił punkt po punkcie na liście swoich obowiązków i zmarł totalnie wkurzony”? Poświęć kilka minut na napisanie lepszego. Potem postaraj się dostosować do niego swoje życie.

Chcę, żeby na moim nagrobku wyryto: ?Mocno kochała, była miła i głupia, była przyjacielem, na którego można liczyć, umiała się bawić i dość dobrze pracowała, chociaż nie odpowiadała na wszystkie telefony”.

Spójrz na problem z innej perspektywy

Nawet jeśli nie sposób zmienić samej sytuacji, można zmienić swój pogląd na tę sytuację. Czy twój wypełniony obowiąz­kami dzień to koszmar, czy też oznaka, że twoja firma kwitnie? Czy twoje asertywne dwuletnie dziecko to zaczątek potwora, czy też po prostu osoba, która ma własne zdanie? Postrzeganie wy­darzeń z innej i bardziej elastycznej perspektywy jest wspaniałym narzędziem, które warto mieć w zanadrzu.

Kiedyś odwiedziłam wspaniały kościół w południowej Kali­fornii. Pastor był tak mądry i charyzmatyczny, że każdego nie­dzielnego poranka pojawiało się tam kilka tysięcy ludzi. Aby pomieścić ich wszystkich, odprawiano trzy nabożeństwa. Na ostatniej mszy zabrakło krzeseł i osoby wprowadzające wier­nych starały się usadzić ich na kilku pozostałych miejscach. Parę minut po godzinie, o której miało się rozpocząć nabożeń­stwo, zamieszanie trwało nadal i wierni zaczęli się niepokoić. Jedna z osób wprowadzających wiernych w końcu podeszła do mikrofonu i oznajmiła: ?Czy to nie wspaniale, że pojawiło się dzisiaj tyle osób? Jeżeli przeszkadza wam, że zaczynamy o kilka minut później, serdecznie prosimy o zmianę nastawienia”. Fala śmiechu przebiegła przez tłum i wszyscy się odprężyli. Zaczęli doceniać wspaniałość faktu, że tak wiele osób przyszło.

Każdy dzień dostarcza wielu okazji do wyboru perspektywy, z jakiej zamierzasz postrzegać wydarzenia. Czy korek na drodze jest tak denerwujący, że musisz naciskać na klakson i przeklinać, czy też może to być czas na relaks, oddychanie i słuchanie płyty? Czy brud w przedpokoju jest powodem do utyskiwania i maru­dzenia, czy też po prostu skutkiem posiadania psa z wielkimi ubło­conymi łapami, którego tak bardzo kochasz?

Oprócz wielu małych punktów widzenia, istnieją też większe, które towarzyszą ci przez całe życie. Jedna osoba wybiera za­martwianie się aż do śmierci tym, że jej pracująca matka rzadko gotowała dla rodziny obiad. Inna natomiast przypisuje takim sa­mym okolicznościom swoją miłość do kucharzenia.

Większość ludzi ma kilka długotrwałych problemów, które mo­głaby rozwiązać, gdyby je przeformułowała. Weźmy jako przykład wagę ciała. Prawdopodobnie znasz ludzi, którzy się odchudzają przez całe swoje dorosłe życie, a i tak przybywa im kilogramów. Właśnie dlatego modne diety zyskują teraz taką popularność. Głęboko w naszych małych głodnych sercach wiemy, że jedynym sposobem na schudnięcie i utrzymanie szczupłej sylwetki jest spo­żywanie mniejszej liczby kalorii i wykonywanie większej ilości ćwi­czeń fizycznych. Jeżeli jednak rozsądne odżywianie się sprawia, że stale czujesz się czegoś pozbawiony, prawdopodobnie oddasz się obżarstwu. Zatem cykl odchudzania się będzie trwał, dopóki nie pomyślisz o jedzeniu w zupełnie inny sposób.

Przeformułowanie problemu może radykalnie zmienić zarów­no myślenie, jak i zachowanie. Kiedy myślisz: ?Lepiej nie zjem tych chipsów – pójdą mi w uda”, ujmujesz jedzenie jako problem. Jedna z małych przyjemności życiowych zamienia się w cierpie­nie. Zatem zamiast myśleć o tym, czego nie powinieneś jeść, aby nie przytyć, możesz zmienić perspektywę patrzenia i pomyśleć o wszystkich dobrych rzeczach, które musisz jeść, aby zachować szczupłą sylwetkę.

Ze zjadania trzech porcji owoców i warzyw każdego dnia uczyniłam zabawę. Myślę o tym jako o ?sześciu freggies”. Jeśli zjem wszystkie sześć, mogę pozwolić sobie na zjedzenie tego, co zechcę. Aby jeść te wszystkie zakazane przysmaki, muszę wybie­rać zdrowe pożywienie. Płatki zbożowe z dużą miską mieszanych świeżych jagód liczą się za dwa freggies, a jajka na bekonie to zero. Banan czy jabłko na drugie śniadanie podnosi rachunek do trzech. Sałatka, zupa czy blanszowane warzywa na lunch – do pięciu. Garść małych marchewek po południu daje już sześć. Potem mogę z czystym sumieniem zjeść pizzę na obiad. Jeżeli przemodelujesz odżywianie się w podobny sposób, możesz stracić na wadze, wy­bierając zdrowe produkty.

W tym tygodniu pomyśl przynajmniej o jednym problemie, który wywołuje u ciebie chroniczny stres. Zastanów się, jak mógł­byś go przeformułować. Być może to, że twoje dorosłe dzieci od kilku tygodni się nie odzywają, jest błogosławieństwem. Gdyby trafiły do więzienia, z pewnością by zadzwoniły. I pomyśl o korzy­ściach z jeżdżenia starym gratem. Dużo oszczędzasz na ubezpie­czeniu w porównaniu z nowym samochodem, nie martwisz się też stłuczkami. Dodają mu tylko uroku.

Bądź optymistą

Niektórzy ludzie tragizują więcej niż inni. Ci z nas, którzy wy­obrażają sobie szczęśliwe zakończenia, najprawdopodobniej zaliczają się do grona optymistów. Natomiast kiedy mamy skłon­ność do wyobrażania sobie najgorszego, prawdopodobnie jeste­śmy pesymistami. Moja mama należała do tych ostatnich. Narze­kała na wszystko i postrzegała świat jako zagrożenie. Za progiem czekały niezliczone katastrofy, które właśnie miały się wydarzyć. Mój brat, Alan, starszy ode mnie o dziesięć lat, pamięta, jak cho­dził do szkoły z przywiązanym do szyi woreczkiem kamfory, która miała ustrzec go przed zarazkami. Nasza mała rodzina mieszkała w Krainie Lizolu, na wschód od Krainy Głodu, gdzie – jak przy­puszczała matka – skończymy, gdy nastąpi kolejny kryzys.

Biorąc pod uwagę historię naszej rodziny, z pewnością nie jest za­skoczeniem fakt, że przez cale życie muszę walczyć z pesymizmem. On nigdy nie odchodzi na dobre, tak jak u trzeźwego alkoholika zawsze gdzieś czai się pragnienie napicia się. Każdego dnia muszę na wszelkie sposoby utrzymywać swoją postawę wyleczonego pesymi­sty. Powinnam zatem wystrzegać się tego, co psycholog Martin Seligman, autor Learned Optimism, nazywa regułą trzech P. Litery te odnoszą się do sposobu, w jaki pesymiści wyjaśniają, dlaczego przytrafiają się im złe rzeczy.

A oto przykład. Kiedy moje dzieci były małe, zabrałam je na przejażdżkę nową motorówką. Mieszkaliśmy w Massachusetts w pobliżu rzeki, w której pojawiały się przypływy i odpływy, nie wiedzieliśmy jednak nic o pływaniu na łódkach. Podskakujące w szybkim nurcie duże czerwone i zielone boje stanowiły dla nas tajemnicę. Po całodziennym pływaniu po Atlantyku skierowaliśmy się w górę rzeki w stronę naszego doku, ale szybko osiedliśmy namieliźnie. Wtedy właśnie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że boje wyznaczały możliwy do nawigacji szlak i trzymały z dala od piasz­czystych łach i węży morskich.

Zrobiło się zimno i zapadał zmrok. Gdybyś był matką odpo­wiedzialną za tę wyprawę, to co byś myślał? Nie tylko zaczęłam tragizować, ale także winić siebie za tę katastrofę. Minie następ­nych dwanaście godzin i będzie środek nocy, kiedy znów przyj­dzie przypływ i będziemy mogli swobodnie unieść się na wodzie. Mogliśmy zamarznąć. Wyobrażałam sobie dzieci umierające na skutek hipotermii, a to wszystko dlatego, że byłam nieostrożną matką. Jak mogłam wybrać się na motorówkę, nie wiedząc nic o bojach? Tylko zła matka mogła tak postąpić. A oprócz tego opuściłam dwie ostatnie wywiadówki! Pracujące matki należało­by zastrzelić. Jeżeli dzieci mimo wszystko przetrwają, i tak będą do niczego. To wszystko moja wina. Byłam beznadziejna!

W tym czasie mój syn Justin prawie piał z zachwytu. Zdu­miona spojrzałam przed siebie, mając nadzieję zobaczyć kapitana portu zbliżającego się do nas na holowniku. Zamiast tego ujrza­łam podekscytowanego czternastolatka, dla którego przygoda ratowania rodziny stała się najwspanialszym momentem w jego młodym życiu. Stał w nurcie rzeki i był w kontakcie z tą częścią swojego Ja, która łączyła się harmonijnie z łodziami, przypływa­mi, linami i morską tradycją. Kazał nam wyjść z łódki, podnieść kotwicę i po prostu pociągnął nas na głębszą wodę. Przetrwali­śmy mokrzy po uda, ale bez trwałych urazów.

Moje myślenie o tym, dlaczego utknęliśmy na mieliźnie, było przykładem reguły trzech P Po pierwsze, potraktowałam ten incydent osobiście i obwiniałam siebie. Po drugie, moje złe macierzyństwo nie ograniczało się do tych okoliczności. Jego przejawy postrzegałam jako wszechobecne. Nie sprawdziłam się na wiele innych sposobów. Po trzecie, mój brak kompetencji był stały, cechował całe moje życie.

Justin zgoła odmienne zareagował na tę sytuację, a jego po­stawę można zawrzeć w regule trzech C. Kiedy ja dostrzegałam zagrożenie, on widział wyzwanie. Ja byłam bezradna, on czuł się upoważniony do działania i zdolny do panowania nad sytuacją.

Kiedy ja wyrzucałam sobie niewiedzę na temat znaczenia boi, on był zaangażowany w dużo szerszy obraz. Może i powinniśmy byli wiedzieć coś o bojach, ale Justin uważa, że człowiek uczy się na błędach. Zgodnie z jego zasadą, życie polega na uczeniu się.

Postawę, jaką przyjął Justin w tamtych okolicznościach, moż­na zamknąć w trzech słowach: wyzwanie, kontrola i zaangażo­wanie. Według psycholog Suzanne Ouellette, są to cechy śmia­łych, optymistycznych ludzi.

Jako zdrowiejący pesymista muszę powstrzymywać się przed traktowaniem trudnych sytuacji osobiście, przed uogólnianiem ich i uważaniem za coś stałego (reguła trzech P). Będę się też starała postrzegać je zgodnie z regułą trzech C. Można tego do­konać, zwracając się do wewnętrznego mentora. Znam kilkoro śmiałych ludzi – Justin, mój brat Alan i moja przyjaciółka Janet to doskonałe przykłady. Kiedy w obliczu trudnej sytuacji ogarnia mnie pesymizm, myślę: ?Co zrobiłaby Janet albo jak postąpiłby Alan?”. To naprawdę pomaga. Zdajesz sobie sprawę, że myśli są tylko myślami, a nie rzeczywistością. Możesz zmienić sposób my­ślenia i obrócić sytuację w ekscytujące, wzmacniające wyzwanie.

Jaka postawę przyjmujesz, kiedy coś nie idzie zgodnie z two­ją wolą? Czy jesteś optymistą, czy też pesymistą? Przeczytaj ten fragment przyjacielowi i porównajcie notatki. W tym tygodniu uważnie obserwuj, jak tłumaczysz sobie złe wydarzenia – nawet te najdrobniejsze. Czy traktujesz je osobiście, uważasz za wszech­obecne i stałe, czy też postrzegasz je w kategoriach wyzwania, an­gażujesz się w nie i panujesz nad sytuacją? Jeżeli masz skłonność do pesymizmu, postaraj się posłużyć wewnętrznym mentorem, który może być potężnym sprzymierzeńcem w utrzymywaniu spokoju wewnętrznego i poczucia kontroli w tym rozpędzonym świecie. Jeżeli twój przyjaciel się zgodzi, relacjonujcie sobie swo­je postępy. Dużo łatwiej jest przeprowadzać zmiany, kiedy ma się wsparcie kogoś, komu na tobie zależy.

Wyolbrzymiaj to, co negatywne

Jest taka piosenka: Accentuate the Positive, Eliminate the Negatwe (Akcentuj pozytywy, eliminuj to, co negatywne). Łatwo powiedzieć! Chociaż świadomość swoich myśli i korzystanie z możliwości wyboru nowych są pomocne, to czasem strategia ak­centowania tego, co negatywne, prowadzi do tak komicznej paro­dii sytuacji, że może ułatwić ci jeszcze szybszą zmianę myślenia.

Filmy Woody’ego Allena są tak zabawne, ponieważ rozumie on istotę filmów wewnętrznych. Przysłuchiwanie się monologom jego bohaterów i obserwowanie ich przemyśleń bawi nas, bo są one takie ludzkie. Wszyscy je znamy. Jeden z bohaterów Allena może cierpieć na zwykły ból głowy, ale nagle wyobraża sobie, że znalazł się w szpitalu ze śmiertelnym guzem mózgu. Psycholog Albert Ellis nazywa to tragizowaniem (awfulizing). To świetne słowo. Jest wyjątkowo trafne, bo stanowi doskonały opis obse­syjnego martwienia się. Zawsze gdy tak przemyśliwamy sytuację, że wyobrażamy sobie najgorsze możliwe efekty, tragizujemy.

Kiedy zdobyłam kontrakt na tę książkę, miałam na jej na­pisanie tylko dwa miesiące w przerwach pomiędzy podróżami służbowymi. ?Czy jest to wykonalne?” – myślałam. Już byłam zapracowana, a codzienna praca biurowa przecież nie zniknie. Co więcej, zbliżało się Święto Dziękczynienia, Boże Narodzenie i Nowy Rok. Większość naszej rodziny, składającej się z sześcior­ga dorosłych dzieci, planowała nas odwiedzić. Zaczęłam tragizować. Jak uda mi się znaleźć czas na pisanie? Nie będę mogła być z dziećmi, a one uznają, że się dla mnie nie liczą. Zaczęłam rozpamiętywać myśl, że jestem hipokrytką, jedną z tych osób, które kochają wszystkich, ale nikogo w szczególności. Jak mo­głam pisać o spokoju wewnętrznym dla zapracowanych, kiedy sama byłam w rozsypce?

W tym stanie umysłu usiadłam przy komputerze, by pisać. Po całym dniu pracy na ekranie widniały same bzdury. To przeraziło mnie jeszcze bardziej. Najwyraźniej moje fantazje o tym, że nie potrafię napisać książki, były prawdziwe. Zatem postanowiłam wyolbrzymić negatywne strony sytuacji. ?Nigdy nie napiszę tej książki. Będę musiała oddać zaliczkę, a wtedy bank przejmie dom. Skończymy na ulicy – a to wszystko dlatego, że przyjeżdża­ją dzieci!”. Umiem odgrywać niezłe skecze, więc wkrótce śmia­łam się tak bardzo, że poczułam odprężenie. W tym momencie byłam w stanie zgodzić się z tym, co powiedziała moja dobra przyjaciółka, Janet. Twierdziła, że zawsze najlepiej piszę pod pre­sją, ponieważ jestem typem osoby, która żyje dla terminów.

?Gdybyś miała cały rok na napisanie tej książki – przypomniała mi – zaczęłabyś na miesiąc przed terminem jej złożenia”.

Tragizowałam bez potrzeby. Przecież uwielbiałam tak praco­wać. Kiedy przyjadą dzieci, będę mogła spędzać poranki na pisa­niu i później korzystać z wolnego czasu. Odprężyłam się, usiadłam i natychmiast zaczęłam się cieszyć procesem twórczym.

Najważniejsza w wyolbrzymianiu tego, co negatywne, jest za­sada, że humor przeciwdziała fizycznym efektom stresu i paniki, które towarzyszą obsesyjnemu martwieniu się. Ciało nie odróż­nia tego, co sobie wyobrażasz, od tego, co jest rzeczywiste. Tragizowanie jest jak oglądanie strasznego filmu. Twoje serce bije, oddech spłyca się i staje się urywany, mięśnie napinają się, a ty osiągasz stan pogotowia. Jesteś gotów walczyć o życie. Kiedy już doprowadziłeś się do takiego stanu, trudno ci będzie powrócić do normalności bez dużej dozy humoru, który cię uspokoi.

Nie musisz mieć w perspektywie terminu oddania książki czy ja­kichkolwiek innych niezwykłych okoliczności, by wpaść w pułapkę tragizowania. Prawdopodobnie robisz to każdego dnia. Być może pi­jąc poranną kawę, myślisz: ?Jestem tak strasznie zapracowany. Muszę jeszcze oddzwonić na wczorajsze telefony. Założę się, że dzisiaj będzie dziesięć nowych wiadomości głosowych i dwadzieścia nowych e-maili. Potem powinienem oddać dwa sprawozdania. Jaka dziś piękna po­goda! Tak chciałbym wyjść na spacer, ale mam za dużo do zrobienia. Jak to wszystko mogło tak wymknąć mi się spod kontroli? Wolałbym wszystko spakować i wyprowadzić się do chaty w lesie”. Twoje my­ślenie wywołało stres, napięcie fizyczne i katastrofę w neuroprzekaźnikach, a ty nadal musisz wykonać swoje zadania.

W tym tygodniu, kiedy zauważysz obsesyjne martwienie się, powiedz sobie: ?Tragizuję!”. Spróbuj wyolbrzymiać wszystko w twoim filmie, jak gdybyś był Woodym Allenem, dopóki nie dostrzeżesz, jaki jesteś zabawny. ?Jestem taki zapracowany. Nikt w całej historii świata nigdy nie był taki zapracowany. Mam wię­cej telefonów, na które muszę oddzwonić, niż prezydent. Zmę­czyłem się tak jakbym przebiegł trzy kraje, a jeszcze nawet nie zjadłem śniadania”. To pozwoli ci zredukować napięcie, które jest reakcją organizmu na stres, i powrócić do stanu względnego spokoju.

Uczyń z umysłu swojego sprzymierzeńca

Możesz zmienić swoje nawyki i nauczyć się zarządzać cza­sem, ale jeśli nie nauczysz się kierować swym umysłem, nie osiągniesz spokoju wewnętrznego. Nawet gdy siedzisz wygodnie w salonie, otoczony ukochanymi osobami i starasz się odprężyć, twój umysł może produkować niezwykle stresujące filmy. Praw­dopodobnie odtwarzasz je kilka razy dziennie, być może nie­świadomy nawet tego, co robisz. Abyś mógł uczynić ze swojego umysłu sprzymierzeńca, a nie wroga, musisz najpierw zdać sobie sprawę z tego, jak produkujesz i reżyserujesz własne kino absur­du. Potem możesz zdecydować się na tworzenie innego filmu. Świadomość i wybór są kluczami do spokoju wewnętrznego.

Oto jak zazwyczaj tworzymy stresujące filmy w naszych umy­słach. Byłam w drodze do wygodnego centrum konferencyjnego w północnej części stanu Nowy Jork, gdzie miałam poprowadzić weekendowe warsztaty. Właśnie przestał padać śnieg i drzewa uginały się pod jego ciężarem, a lekki wiatr strzepywał z gałę­zi mroźny puch. Płatki śniegu skrzyły się w słońcu i świat był czarodziejski w swoim pięknie. W pełni odczuwałam tę chwilę, byłam otwarta i obecna. Moje ciało było odprężone i swobod­ne. Potem w mojej głowie pojawiły się pewne ograniczające, dokuczliwe myśli: ?Co za wspaniała pogoda na narty. Przepro­wadziłam się do Kolorado, by spędzać więcej czasu na dworze. Każdy z domowników pewnie cieszy się teraz śniegiem. A ja mam spędzić weekend w czterech ścianach i uczyć. O ja biedna. Jestem taka zapracowana”.

W jednej chwili byłam spokojna, odprężona i obecna, w na­stępnej zaś czułam się czegoś pozbawiona, zgorzkniała i zestre­sowana. Nic się nie zmieniło poza moimi myślami, ale właśnie w myślach przeżywamy większość naszego życia. Przez większą część czasu cierpienie i zapracowanie, jakie odczuwamy, ma nie­wiele wspólnego z rzeczywistością. Stanowi bezpośredni rezultat naszego myślenia.

Budda przedstawił wspaniałą analogię. Powiedział, że każdy z nas przeżywa jakieś cierpienia, które są jak sól w filiżance. Je­żeli decydujesz się rozpuścić sól w małej filiżance, woda będzie niezdatna do picia. Jeżeli jednak rozpuścisz sól w jeziorze, woda pozostanie słodka. Umysł – i to, jak radzisz sobie ze swoimi my­ślami – jest odpowiednikiem albo filiżanki albo jeziora.

Zycie wypełnione jest prawdziwym cierpieniem. Boże, uchowaj nas i naszych bliskich od ciężkiej choroby, śmierci dziecka, upad­ku firmy, rozwodu rozbijającego rodzinę czy od zdrady ze strony osoby, której ufamy. Takie rzeczy zdarzają się jednak, ponieważ są częścią życia. W miarę upływu lat zdajesz sobie sprawę, że nie istnieje magiczny amulet czy recepta, które chroniłyby nas przed cierpieniem. Złe rzeczy stale przytrafiają się dobrym ludziom. Cierpienie stanowi część bytu ludzkiego. Być może chciałbyś, aby tak nie było. Powstaje mnóstwo książek, które wykorzystują tę na­dzieję i udzielają porad, jak myśleć, jeść, modlić się i zachowywać, aby uniknąć cierpienia, lecz ono i tak przyjdzie, mimo twoich naj­szczerszych wysiłków. Możesz jedynie kontrolować swoje reakcje na wyzwania, jakie stawia przed tobą życie.

Istnieją jednak dwa rodzaje cierpienia – nieuniknione i moż­liwe do uniknięcia. Kiedy jechałam przez zaśnieżony krajobraz, nie miałam żadnego zewnętrznego powodu do cierpienia. Było ono tylko w moim umyśle. Przypomniałam sobie, że oryginalna definicja jogi nie miała nic wspólnego z ćwiczeniami rozciągają­cymi. Joga została zdefiniowana jako uczenie się panowania nad umysłem i odrzucania dokuczliwych myśli, które powodują nie­potrzebne cierpienie. Uczenie się, jak to robić, mówili starożytni mędrcy, jest najtrudniejszą ze wszystkich dyscyplin. Mówiono, że dużo łatwiej jest nauczyć się chodzić po wodzie.

Uzyskanie kontroli nad swoim myśleniem może nie być łatwe, ale jeżeli pragniesz trwałego spokoju, warto to ćwiczyć. Jak powie­dział kiedyś Pogo: ?Spotkaliśmy wroga, a tym wrogiem byliśmy my sami”. Pokonywanie tego wewnętrznego wroga wymaga stałego wy­siłku, lecz możesz uczynić to częścią swojego codziennego życia. Dobre wykorzystanie swoich myśli nie zajmuje ci więcej czasu niż pozwalanie im na to, by doprowadzały cię do szaleństwa. Podsta­wowe umiejętności świadomości i wyboru dostępne są dla każdego, w każdej sytuacji, w każdej godzinie dnia i nocy.

Chcąc, na przykład, powstrzymać swój umysł od wytwarzania cierpienia z powodu jego preferencji do jazdy na nartach, musiałam zauważyć, co robię. To jest świadomość. ?Och. Straciłam spokój ducha. Doprowadziłam się do złego samopoczucia”. Myśl o jeździe na nartach rozpoczęła proces bujania w obłokach czy też przywoła­ła inne myśli o tym, jaka jestem zapracowana. Następnym krokiem w myślowej sztuce walki była zmiana mojego myślenia.

Współcześni psychoterapeuci poznawczy proponują, byś krzyk­nął w swoim wnętrzu: ?Dość!”, a następnie rozpoczął bardziej produktywny ciąg myślenia. W przykładzie z jazdą na nartach mo­głam sprowadzić swoje myśli na właściwsze tory, myśląc: ?W na­stępny weekend na pewno wybiorę się z rodziną na narty. Cieszę się, że pamiętam, jak bardzo to lubimy. Dzisiaj zamierzam cieszyć się swoją pracą”. Te poprawki myśli nazywane są afirmacjami. Lu­bię myśleć o nich jako o przerwach, w czasie których przedstawia­ne są odmienne punkty widzenia. Może się to wydawać bardzo proste, ale zrobienie takiej przerwy nie jest łatwe. W przeciwnym wypadku wszyscy bylibyśmy joginami.

W tym tygodniu dostrzegaj swoje myśli i spróbuj wyrobić w so­bie nawyk ich świadomej kontroli. Bądź świadkiem swoich myśli, wiedząc, że nimi nie jesteś. Myśli są tylko wewnętrznym filmem i możesz wybrać odtwarzanie innego filmu. Spróbuj mówić sta­nowcze wewnętrzne ?Dosyć”, kiedy czujesz się spięty i skrępo­wany przez bezproduktywne obsesyjne myślenie. Później zastąp ten proces myślami, które mogą być twoim sprzymierzeńcem w doświadczaniu spokoju wewnętrznego.