Archive for the ‘Jak się o siebie troszczyć’ Category

Stosuj metodę małych kroków

Kiedy starasz się odmienić całe swoje życie w ciągu jednego dnia, szanse na powodzenie są niewielkie, chyba że zakwalifikowano cię do programu ochrony świadków. A samo zastanawianie się nad wysiłkiem, jakiego wymaga zmiana, może być paraliżujące. Istnieje jednak dużo łagodniejsza opcja. Więcej na ten temat powie ci histo­ria o mojej przyjaciółce, doktor Janet Quinn, współautorce książki I Am a Woman FindingMy Voice.

Janet wybrała się kiedyś do Australii, by spędzić tydzień z gru­pą starszych aborygenów. Pewnego dnia wsiedli do furgonetki i pojechali przeszukać suchy busz w nadziei znalezienia busb tucker (australijskie określenie pożywienia). Słodkie larwy czy mrówki mieszkańcom Zachodu mogą wydać się nieatrakcyjne, ale w buszu to prawdziwe specjały.

Furgonetka kołysała się na wyżłobionej koleinami drodze i nagle zwolniła. Oczom pasażerów ukazał się wielbłąd, podążający w swo­im powolnym tempie przed siebie. Kierowca nacisnął klakson. Wiel­błąd ruszył szybciej. Potem znów zwolnił, najwyraźniej nie przej­mując się jadącym za nim samochodem. Cykl trąbienia, kłusowania i ponownego zwalniania powtarzał się raz za razem.

Przyglądając się zwierzęciu, Janet uświadomiła sobie, że w każ­dym kierunku od tego miejsca rozciągały się kilometry niezamiesz­kałej ziemi, a jednak zwierzę trzymało się drogi. Gdyby zmieniło kurs choćby o ułamek stopnia, miałoby nieskończone kilometry spokojnej przestrzeni do chodzenia, wolnej od dźwięku klaksonu i konieczności kłusowania. Najwyraźniej jednak wielbłąd tego nie przemyślał i trzymał się swego nie najwygodniejszego kursu.

Wielu ludzi postępuje tak samo. Możesz być nieszczęśliwy i ze­stresowany przebiegiem swojego życia, lecz mimo to nadal kroczysz w tym samym kierunku. Kiedy pytałam ludzi, dlaczego nie zmienią czegoś w swoim życiu, najczęściej odpowiadali, że z powodu lęku. Znają miejsce, w którym utknęli. Jest niewygodne, ale przynaj­mniej swojskie. Jeśli coś zmienią, to nowe nieznane może się oka­zać gorsze od ich obecnej sytuacji. Stare greckie przysłowie mówi: ?Lepszy znany wróg niż nieznany przyjaciel”. Drugą najczęstszą przyczyną lęku człowieka przed zmianą jest poczucie przytłoczenia ogromem pracy, jakiej ta zmiana wymaga. Pomyśl jednak o wiel­błądzie. Zmiana kursu choćby o ułamek stopnia przyniosłaby mu nieograniczoną wolność.

Znałam kiedyś pracującą matkę o imieniu ?Shawna”, która ma­rzyła o tym, by zostać pielęgniarką, ale przez lata zachowywała się jak nasz wielbłąd i trzymała się starego kursu. Postępowała tak z wielu powodów: szkoła zajmuje dużo czasu i pochłania sporo pieniędzy. Jak ona i jej syn mogliby przeżyć, gdyby porzuciła pracę i zaczęła się kształcić?

Potem Shawna wykonała jeden mały krok. Ponieważ jej firma opłacała kursy edukacji ustawicznej w lokalnym college’u, kobieta zapisała się na zajęcia z biologii i bardzo jej się one spodobały. Kie­dy profesor poinformował ją o stypendium dla osób uczących się pielęgniarstwa, Shawna zgłosiła się i została przyjęta. Pożyczki stu­denckie pokrywały większość jej wydatków na życie. Resztę opła­cała z zarobków, jakie przynosiła jej praca kelnerki wykonywana dwa razy w tygodniu. Shawna została pielęgniarką w okresie, gdy brakowało chętnych do pracy w tym zawodzie. Szpital, w którym zaczęła pracować, przyznał jej premię pieniężną wystarczająco wysoką, by spłacić większość jej długów. Jedna mała zmiana… i otwierają się przed nami niewyobrażalne możliwości.

Psycholog Ellen Langer odkryła, że ludzie, którzy próbują no­wych rzeczy, są zdrowsi i szczęśliwsi od tych, którzy trzymają się utartych ścieżek. Nawet wybór innej drogi z pracy do domu przynosi korzyści. W swojej książce MindfulnessEllen Langer stawia tezę, że dzięki różnorodności bardziej angażujemy się w życie. Kiedy pokonujesz tę samą trasę po raz setny, przestajesz być uważny, lecz kiedy znajdujesz się na nieznajomym terenie, musisz wytężać uwagę. Taka uważność sprzyja ciekawości i pro­wadzi do bardziej urozmaiconego życia. Moja znajoma posta­nowiła pewnego dnia pojechać do pracy inną drogą i w korku, na jaki trafiła, ktoś od tyłu uderzył w jej samochód. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Niebawem wyszła za mężczyznę, który spowodował stłuczkę.

W tym tygodniu spróbuj codziennie dokonać dwóch zmian. Idź do pracy inną ulicą, wyłącz wieczorem telewizor, wybierz się do restauracji z egzotycznym menu, zmień markę pasty do zębów, uśmiechnij się do nieznajomego, pokaż się w pracy w okularach, jakie nosił Groucho Marx, zrób zakupy w innym niż zwykle su­permarkecie, zdecyduj się na odważniejszą fryzurę, zjedz najpierw deser, kup albo pożycz ciuch w kolorze, jakiego nigdy nie nosisz. Możliwości jest nieskończenie wiele.

Pod koniec tygodnia pomyśl o tym, co przyniosły te małe zmiany. Potem zastanów się nad swoim życiem. Jeżeli trzymasz się koleiny tak jak wielbłąd Janet, zaplanuj jeden mały krok, jaki możesz wykonać w kierunku zmiany. Kiedy już opuścisz utartą ścieżkę, otworzy się przed tobą cały krajobraz.

Mierz zamiary według sił

Pracując z ludźmi przez wiele lat, zauważyłam, że najczęściej de­precjonują samych siebie poprzez wyznaczanie sobie niereali­stycznych celów. Zamiast postanowić, że stracisz na wadze trzy kilo, chcesz stracić piętnaście. Zamiast zaplanować sobie półgodzinne spacery kilka razy w tygodniu, zaczynasz dziewięćdziesięciominutowy program aerobiku i kontrolowania wagi. Szybko całkowicie z tego rezygnujesz. Trudno czuć spokój wewnętrzny, kiedy uważasz się za przegranego. Zaczyna się samobiczowanie. Potem pewnego dnia postanawiasz raz a dobrze odzyskać kontrolę nad własnym ży­ciem, stawiasz sobie kolejne nierealistyczne cele i powtarzasz całe to doświadczenie jeszcze raz. Jest to mechanizm błędnego koła.

Mniej więcej od dziesięciu lat bardzo dużo słyszymy o znacze­niu diety i ćwiczeń fizycznych. Dociera do nas więcej informacji z tych dziedzin, niż chcielibyśmy znać. Czy to nam jednak pomaga? Smutna prawda jest taka, że Amerykanie są grubsi i prowadzą bar­dziej siedzący tryb życia niż kiedykolwiek wcześniej. Jedną z przy­czyn naszej zbiorowej porażki jest to, że porywamy się z motyką na słońce. Właśnie z tego powodu moja ruchoma bieżnia przez lata służyła jako wieszak na płaszcze. Ponieważ dużo biegałam w minionych latach (zanim kolana zaczęły informować ośrodki bólu w mózgu, że rujnuję ich zdrowie), ruchoma bieżnia wydawa­ła mi się po prostu przyrządem dla mięczaków. Nie mogąc biegać, chciałam przynajmniej kilka razy w tygodniu przejść jedną milę w ciągu piętnastu minut. Nawiasem mówiąc, nasz dom znajduje się nieopodal szczytu góry o wysokości dwóch tysięcy sześciuset metrów w Colorado Rockies. Samo oddychanie jest tutaj ćwicze­niem aerobiku.

Po kilku wyczerpujących treningach bieżnia straciła swój urok. Zaczęłam o niej myśleć jak o narzędziu tortur. Pewnego dnia, kiedy ćwiczyłam ciężko przez dwadzieścia pięć minut, przed drzwiami pojawił się kurier z przesyłką. Uratowana przez dzwonek do drzwi!

Spojrzałam na pulpit bieżni, który pokazuje tyle ważnych znaków, że mógłby dodatkowo służyć jako oddział intensywnej opieki me­dycznej. Spaliłam około dwustu pięćdziesięciu kalorii. Dość dobrze. Następnego dnia postanowiłam zapomnieć o rozsądku i wybrałam wolniejsze tempo chodzenia – takie, które naprawdę sprawiało mi przyjemność. Pół godziny później spaliłam prawie tyle samo kalorii, chociaż przeszłam tylko półtorej mili. Następnego dnia uświadomi­łam sobie, że z radością czekam na spacer na bieżni, ponieważ trzy­dzieści minut chodzenia w przyjemnym tempie było łatwe i przy­jemne. Wiem, co myślisz: bez pracy nie ma kołaczy. Prawda jest jednak taka, że większość ludzi nie trenuje na olimpiadę. Staramy się tylko nie ?zardzewieć”, stojąc w miejscu.

Jakikolwiek wyznaczasz sobie cel, postaraj się być nawet wię­cej niż realistą. Raczej sięgaj niżej niż za wysoko. Dzięki temu zwiększysz swoje szanse na sukces, co zmotywuje cię do zrobie­nia następnego kroku, kiedy poczujesz się na to gotowy. Wpraw­dzie pisząc te słowa, podaję w wątpliwość prawdziwość przesła­nia, jakie zwykle otrzymujemy, ale w ten sposób często najłatwiej dotrzeć tam, dokąd zmierzamy.

Czy pamiętasz bajkę o żółwiu i zającu? Kiedyś miałam nauczy­ciela jogi, który powiedział mi, bym rozciągała się tylko do połowy swoich możliwości. Jego rada pomogła mi się rozluźnić i do niczego się nie zmuszać, a dzięki temu joga stała się dla mnie przyjemniejsza i chętniej ćwiczyłam.

Przy jakim postanowieniu trudno ci wytrwać? W tym tygodniu wybierz jedną rzecz, która była dla ciebie nieosiągalna, i wyznacz sobie nawet bardziej niż realistyczny cel. Rób to, co naprawdę możesz, a nie to, czego prawdopodobnie nie zrobisz. Gdybyś na przykład wyeliminował ze swojej diety dwa kawałeczki masła dzien­nie, w ciągu roku straciłbyś około czterech kilogramów. Gdybyś trzy razy w tygodniu chodził w umiarkowanym tempie przez pół godziny, straciłbyś kolejne cztery. Chociaż utrata niecałego kilo­grama miesięcznie jest ledwie zauważalna, to małe sukcesy skła­dają się na wielkie osiągnięcia.

Po prostu zrób to: pozbądź się złych nawyków

Prawie każdy ma jakiś zły nawyk, który chciałby zmienić. Jest to jednak niezwykle trudne. Zapytaj jakiegokolwiek pala­cza, który od lat stara się rzucić palenie. Złe nawyki pochłaniają energię, ponieważ sprawiają, że czujesz się pozbawiony kontro­li. Ciało może być chętne, ale umysł jest słaby. Mimo wszystko niektórym udaje się pozbyć złych nawyków. Alkoholicy mogą się wyleczyć, bałaganiarze uczą się sprzątać, nawet perfekcjoniści potrafią odpocząć i zostawić na noc brudne naczynia w zlewie. Czasem przełamanie nawyku wymaga dziesięciu, albo nawet stu prób, lecz osoby pełne spokoju wewnętrznego potrafią w końcu chwycić byka za rogi i zwyciężyć. Często potrzebna jest tylko odrobina zachęty, by pokonać najgorsze. Może zainspiruje cię przykład ?Stephanie”, mojej byłej pacjentki.

Stephanie była energiczną konsultantką biznesową w jednej z bardzo znaczących firm. Cierpiała na chroniczne bóle brzucha, więc przystąpiła do naszego programu zaburzeń wywołanych stre­sem w nadziei, że odprężenie dokona tego, czego nie mógł doko­nać pepto-bismol. Stephanie zapewniała mnie, że głównym źró­dłem napięcia w jej życiu był despotyczny szef. Zawsze przyjmuję tego typu stwierdzenia z pewną rezerwą. Łatwo obwiniać za nasze kłopoty kogoś innego. Są ludzie, którzy narzekaliby na swojego zwierzchnika, nawet gdyby była nim Matka Teresa. Jednak kiedy lepiej poznałam Stephanie, przekonałam się, że nie należy ona do takich osób. Gdy jakaś relacja z drugim człowiekiem sprawiała jej trudności, obwiniała raczej siebie. Miała niezwykle przenikliwy umysł i była cierpliwa oraz niewzruszona w cierpieniu jak głaz.

Inne osoby nieustannie wykorzystywały łagodną naturę Stepha­nie, więc stale wykonywała więcej, niż należało do jej obowiązków. Po kilku dyskusjach w grupie zrozumiała, że jej szef stanowił tylko symptom problemu. I że tak naprawdę wszyscy jej współpracow­nicy byli do niej podobni. Zostali zatrudnieni przez tego samego zwierzchnika, który miał doskonały radar, wyłapujący ludzi po­datnych na wykorzystywanie. Prestiż firmy i wysokie pensje, które wypłacano, wystarczyły do utrzymania licznego, choć nieszczęśli­wego personelu.

Mniej więcej po sześciu tygodniach trwającego dziesięć tygo­dni programu Stephanie oznajmiła: ?Chwytam byka za rogi. Czas rzucić pracę. Jestem zmęczona zajmowaniem się całym tym kra­mem dla szefa i zapracowywaniem się na śmierć tylko po to, by dostać potem kolejnego kopniaka. Moja kariera jako wycieraczki jest skończona”. W sali rozległy się okrzyki radości i członkowie grupy rozpoczęli ożywioną dyskusję na temat własnych pozba­wiających energii nawyków fizycznych i emocjonalnych.

Angielskie słowo courage (odwaga) wywodzi się z francuskiego coeur, które oznacza ?serce”. Włóż w to serce – mówimy – dasz radę to zrobić. I kiedy wykonasz jeden mały krok, by zmienić swo­je życie, łatwiej ci będzie zrobić następny. System nerwowy jest bardzo elastyczny. Nawet utrwalone postawy i nawyki poddają się zmianom. Mój przyjaciel, który był alkoholikiem przez więk­szość dorosłego życia, przystąpił do programu AA i wytrzeźwiał. Po roku posłużył się poznanymi zasadami dwunastu kroków, by zerwać z nawykiem palenia trzech paczek papierosów dziennie. Kilka miesięcy później, w wieku czterdziestu pięciu lat, zaczął biegać. Teraz bierze udział w maratonach.

W tym tygodniu zrób listę nawyków, o których wiesz, że stają na twojej drodze do osiągnięcia spokoju wewnętrznego. Chwyć byka za rogi i zrób krok w kierunku zmiany jednego z nich, nawet jeśli wiesz, że to nie będzie przyjemne. Łatwiej się zmienić, gdy ma się sprzymierzeńca, powiedz więc o swoich za­miarach komuś, komu bezgranicznie ufasz. Poproś go, by przez następnych kilka miesięcy sprawdzał cię raz w tygodniu. Wspar­cie pomoże ci wytrwać w postanowieniu i dostarczy ci zachęty, jakiej potrzebujesz.

Zdrzemnij się, by obudzić w sobie wewnętrznego geniusza

Sen – napisał Szekspir – naprawia postrzępiony rękaw troski”. Śpimy średnio osiem godzin dziennie i w tym czasie ciało i umysł odpoczywają i się regenerują. Ta słodka regene­racja może być jednak złudzeniem. Każdego roku jedna trzecia dorosłych Amerykanów skarży się na bezsenność. Przeciętnie dwieście tysięcy wypadków samochodowych rocznie przypisać można nadmiernej senności kierowców. Podobne są przyczyny niektórych głośnych katastrof, takich jak stopienie rdzenia reak­tora nuklearnego na wyspie Three Mile.

Większość ludzi osobiście doświadczyła problemów wywołanych brakiem snu. Gdy jesteśmy niewyspani, mniej doceniamy życie, mamy kłopoty w związkach z innymi ludźmi, pogarsza się nasze zdrowie. Z natury obdarzona mocnym snem, zaczęłam bardziej współczuć ludziom cierpiącym na bezsenność podczas hormonalnych burz menopauzy, które często ograniczały mój sen do trzech lub czterech niespokojnych godzin pocenia się i kotłowania w łóżku. Nie byłam wtedy przyjemnym towarzyszem w ciągu dnia. Bezsenność wywołu­je napięcie i poirytowanie, obniża koncentrację i może prowadzić do depresji. W 1995 roku naukowcy obliczyli, że całkowity bezpośredni koszt bezsenności Amerykanów w tymże roku wyniósł 13,9 miliarda dolarów. Były to wydatki na środki nasenne i wizyty lekarskie. Pośred­nie koszty, takie jak zmniejszona zdolność funkcjonowania i rozwiązy­wania problemów, a także nieobecność w pracy, czynią z bezsenności nie tylko palący problem osobisty, lecz także ekonomiczny.

Przyczyn niewysypiania się można wymienić bardzo wiele. Bada­no wszystko – od stresu do jedzenia krakersów i oglądania telewizji w łóżku, która to czynność wywołuje w umyśle wrażenie, że łóżko służy raczej do rozrywki niż do spania. Badania pomijają jednak oczywistego winowajcę. Jako społeczeństwo zagubiliśmy natural­ny rytm. Jesteśmy stworzeni, by chodzić spać, kiedy jest ciemno, i wstawać, gdy dnieje. Mój były mąż, Kurt, znał starszego człowieka, który mieszkał w chacie w Wirginii Zachodniej bez elektryczności. Kurt zapytał go, co robi wieczorami, a mężczyzna odpowiedział: ?Idę spać. To właśnie powinniśmy robić, kiedy zapada zmrok”.

Ludzie są istotami zdolnymi do adaptacji. Nawet mimo wy­nalezienia światła elektrycznego większość nas potrafi odpoczy­wać. Inne, bardziej subtelne rytmy także jednak zostały zaburzone w naszej rozpędzonej kulturze. Na przykład nasza energia na ogół zmniejsza się po południu, kiedy zjemy posiłek. Zamiast pozwolić sobie na odświeżającą drzemkę, większość ludzi sięga raczej po fili­żankę kawy. Ignorując fizyczne sygnały, że czas odpocząć, ruszamy do przodu. Wskutek tego naturalny cykliczny rytm pełnej spraw­ności i senności ulega spłaszczeniu. Jako naukowiec domyślam się, czyli – mówiąc prawidłowo – stawiam hipotezę, że to zaburzenie subtelnego rytmu dnia przyczynia się do zaburzeń snu nocą.

Gdy studiowałam w college’u, otrzymałam stypendium Krajowej Fundacji Naukowej (National Science Fundation) na badanie głowonogów w malowniczym Neapolu. Oznaczało to, że zostałam uzna­nym trenerem ośmiornic w tamtejszym Akwarium Zoologicznym. Między dwunastą a szesnastą trzydzieści moi ośmioramienni pod­opieczni zostawali sami. Był to bowiem czas sjesty dla ludzi. Zjadali­śmy duży lunch i ucinaliśmy sobie drzemkę. Sklepy były zamknięte, a żaluzje w domach opuszczone. W tym czasie wracaliśmy do na­turalnego rytmu. W wielu krajach istnieje tradycja sjesty. Niektóre amerykańskie firmy biorą z nich przykład i urządzają dla pracowni­ków pokój drzemek. Pozwolenie sobie na krótki sen, kiedy oczy za­czynają się zamykać, regeneruje o wiele lepiej niż mocne espresso.

W tym tygodniu zwróć uwagę na swój rytm dobowy. Czy rano czujesz się odświeżony czy nadal zmęczony? Bezsenność oznacza nie tylko niewystarczającą ilość snu, lecz także słabą jego jakość. Je­żeli jesteś zmęczony, spróbuj tego, co oczywiste: więcej ćwicz i ogra­nicz kofeinę. Najważniejsze jest to, by słuchać swojego ciała. Kiedy czujesz zmęczenie, zdrzemnij się albo pomedytuj przez chwilę, co jest równie regenerujące. Powieś na drzwiach kartkę ?Nie przeszka­dzać”. Może sprawdzi się inna: ?Geniusz przy pracy”. I będzie ona prawdziwa. Dostosowanie się do naturalnych rytmów swojego ciała sprawi, że staniesz się bardziej twórczy, produktywny i spo­kojny. Drzemka budzi wewnętrznego geniusza.

Stwórz swój osobisty azyl

Stworzenie osobistego azylu może stanowić ważną część twojej strategii troszczenia się o siebie. Jest to ciepłe i przyjazne miej­sce, gdzie nie docierają wymagania stawiane przez życie i gdzie panuje spokój. Jak w oku cyklonu, twój azyl jest stale spokojny. Jeśli wypełniają go ważne przedmioty, które przywołują wspo­mnienia oraz spokojne i święte skojarzenia, już samo przebywa­nie tam przynosi duszy ukojenie.

Większość ludzi gromadzi pewne szczególne zdjęcia, obrazy, przedmioty, zapachy, świece i utwory muzyczne, które zapewniają spokój wewnętrzny. Czasami jednak zapominamy o sile oddziały­wania tych ważnych rzeczy. Czterdziestokilkuletnia uczestniczka jednego z weekendowych spotkań, które prowadziłam z Elizabeth Lawrence, pewnego sobotniego wieczoru weszła do kościoła ka­tolickiego, położonego blisko centrum, gdzie się spotykaliśmy. Msza już się skończyła, ale w powietrzu wciąż unosił się znajomy, mocny zapach kadzidła.

Chociaż owa kobieta zaprzestała praktyk religijnych i od lat nie uczestniczyła w mszy świętej, ta woń przyniosła jej uczucie spokoju. Dzięki niej moja znajoma poczuła ulgę i dystans do co­dziennych spraw. Stare zapachy dziecięcej wiary wywołały głęboki spokój, jakiego nie czuła od dawna. Mimo że nie była już zainte­resowana religią, kupiła trochę kadzidła, aby palić je w zacisznym kącie swojej sypialni, w którym zamierzała czytać inspirujące lek­tury, modlić się i medytować. To miejsce stało się jej schronieniem w rozpędzonym świecie.

Każdy przedmiot, święty czy świecki, może stać się obiektem przynoszącym spokój wewnętrzny. Ulubionym relaksującym za­jęciem mojego przyjaciela jest łowienie ryb na muchę. Widoki i dźwięki natury, płynąca woda, możliwość intensywnego skoncen­trowania się na zwyczajach ryb, napełniają go spokojem. Wędko­wanie, jak mówi, jest dla niego doświadczeniem duchowym. Jego dom wypełniają pamiątki z tym związane. Dla niego zdjęcia ulubio­nych łowisk, a nawet lampa z motywem nawiązującym do jego hob­by, przywołują poczucie komfortu, jakiego doświadcza w kontakcie z przyrodą. Ławka, na której przygotowuje wędki, jest najspokojniej­szym miejscem w jego domu. Często tam siaduje, by zaznać choćby kilku chwil milczącej refleksji czy wytchnienia od pracowitego dnia.

Ludzie często zbierają małe talizmany, które przywołują wspo­mnienia uspokajających czy podnoszących na duchu doświadczeń. Ja mam kolekcję ptasich piór. Niektóre znalazłam, inne dostałam. Mają dla mnie szczególne znaczenie, gdyż przypominają mi noc i dzień, które spędziłam kiedyś, modląc się na świętej górze. Rano poczułam intensywny migrenowy ból głowy. Ból i mdłości stały się prawie nie do zniesienia w nieustępliwym gorącym słońcu Dakoty Południowej. Wcześniej umówiłam się z szamanem plemienia Lako- ta, który był moim przewodnikiem duchowym, że zostanę na górze do późnego popołudnia. Zatem chociaż nie czułam się na siłach, by wiele się modlić, byłam zdecydowana przynajmniej dotrzymać umowy. W pewnej chwili przycupnęłam żałośnie na wyściółce z szałwii, pokrywającej ziemię wewnątrz ołtarza, w którym prze­bywałam. Moim odwodnionym ciałem wstrząsały skurcze żołądka. Nagle powietrze przeciął szum ogromnych skrzydeł i tuż obok mnie wylądował orzeł, wachlując mnie i dodając mi sił.

Od tego dnia ptasie pióra stały się dla mnie cenne – często znajdu­ję jakieś, kiedy czuję się zestresowana. Srebrny naszyjnik z piórami stał się moim przenośnym schronieniem. Wystarczy, że go trzymam, a powracam w myślach do tej magicznej chwili na górze, kiedy zda­łam sobie sprawę, że nigdy nie jesteśmy sami. Zawsze chronią nas niewidzialni pomocnicy. Wizerunek orła nad moim biurkiem przy­nosi mi spokój i inspirację wśród dzwoniących telefonów, faksów, pośród raportów, które trzeba przygotować, i korespondencji, na którą trzeba odpisać. Piękny koszyk modlitewny, zawieszony w rogu pokoju, zawiera prośby ludzi o pomoc. Przypomina, jak ważne jest, by kochać się nawzajem. Mała figurka Kwan Yin, chińskiej bogini miłosierdzia, w milczeniu spogląda na wszystko.

W pokoju dziennym mojej przyjaciółki, ortodoksyjnej grekokatoliczki, stoi mały ołtarzyk, na którym trzyma ona kilka cennych ikon. Święte obrazy, mówi, są jak wrota do Królestwa Bożego.

Każdy z nich ma wyjątkową moc, dzięki której podnosi na duchu, uzdrawia i inspiruje. Wizerunki bogów i świętych, zdjęcia rodziny i przyjaciół, posążki i malowidła, poduszki do medytacji, szale mo­dlitewne, specjalne książki i czasopisma, muzyka, świece i modli­tewniki – wszystko to może się stać częścią twojego schronienia.

W tym tygodniu pomyśl o rzeczach, które przynoszą ci ducho­wą pociechę. Wydziel w swoim domu świętą przestrzeń, nawet jeśli będzie to tylko mały kącik. Niech każdy przedmiot w tym miejscu ma wielkie znaczenie, tak by żadne niepotrzebne szpar­gały nie umniejszały oddziaływania tego miejsca. W tym wypad­ku mniej na pewno znaczy więcej. Kiedy już stworzysz swoje schronienie, wykorzystuj je tylko na spokojne zajęcia. Liczenie w nim podatków wypełni je całkiem innymi skojarzeniami. Jeżeli przeznaczysz kilka minut dziennie na odwiedzenie swojego azy­lu, doświadczysz większego spokoju wewnętrznego przez cały dzień. Możesz zabrać ten pokój ze sobą, nosząc jeden ze swoich świętych przedmiotów w kieszeni czy w torebce.

Zmieniaj rzeczy przyziemne w święte

Kilka lat temu wybrałam się w podróż na Bali. Ta mała wyspa, otoczona przez turkusowe morze, jest najpiękniejszym miej­scem, jakie kiedykolwiek odwiedziłam. W czterech głównych punk­tach wyspy znajdują się świątynie czterech hinduskich bogów, a na szczycie w centrum umieszczono Matkę Świątyń. Świątynie są jak opiekuńcze duchy, które utrzymują ziemię i jej mieszkańców w rów­nowadze. Wszędzie, gdzie spojrzysz, od parasolek słonecznych do pokryć krzeseł, dostrzeżesz biało-czarną kratkę. Symbolizuje ona równowagę pomiędzy dobrem i złem, i przypomina ludziom, że ich osobiste wybory wpływają na harmonię świata. Nawet przyziemne rzeczy są przypomnieniem świętości.

Każdą parcelę rozplanowano w określony sposób. Jest miej­sce na ogród, na dom i na ozdobną świątynię w kształcie wieży, w której mieszkańcy domu składają bogom jedzenie w ofierze. Co rano przed każdym miejscem pracy ustawia się kosze z arty­stycznie ułożonymi owocami, kwiatami i kadzidłami. Harmonia panuje nawet podczas prowadzenia interesów. Ludzie stale pa­miętają o swoim miejscu w rodzinie rzeczy. Mieszkańcy Bali żyją w duchu troski o siebie samych.

Są to spokojni, twórczy ludzie. Wykonują misterne rzeźby z drewna, wspaniałe malowidła i inne dzieła sztuki w różnych tech­nikach. Nawet pola ryżowe, układające się w przepiękne wzory, są jak odbicie boskiej obecności. Na każdym kroku napotkać można niezwykłej urody rzeźby w kamieniu, pluskające fontanny i stawy obrośnięte niezliczonymi kwiatami lotosu. Jest to miejsce tak bliskie rajskiemu ogrodowi, jak tylko można sobie wyobrazić. Kiedy tele­wizja krajowa rozpoczyna nadawanie programu, z każdego tele­wizora dobiega zapadająca w pamięć melodia ?Gayatri Mantra”- modlitwy pokoju i wdzięczności, która raz jeszcze obwieszcza jedność tego, co przyziemne, z tym, co święte. Codzienne życie na Bali jest kultem w jego najczystszej formie.

Ludzie Zachodu mają skłonność do oddzielania tego, co święte, od tego, co przyziemne; zapracowania od spokoju wewnętrznego. Zapracowujemy się na śmierć, a lęk i depresja stanowią normę. Na­stępnie próbujemy magicznie się zregenerować poprzez rytualne zachowanie – czy to modlitwę, medytację, czytanie, ćwiczenia, te­lewizję, czy też jakiś inny zwyczajowy balsam. Gdybyśmy połączyli codzienność i świętość, jak czynią to mieszkańcy Bali, na pewno spokój wewnętrzny byłby łatwiejszy do osiągnięcia.

Wielu ludzi próbowało go osiągnąć poprzez feng shui, niezwykle popularną w ostatnich latach chińską i tybetańską naukę o kształto­waniu przestrzeni mieszkalnej i miejsca pracy. Bazuje ona na zasa­dach energetycznych podobnych do tych, jakie obowiązują w kultu­rze balijskiej. Każda z dziewięciu części domu – i odpowiedni sektor każdego z pomieszczeń – reprezentuje określoną dziedzinę życia. Tylny lewy róg odpowiada dobrobytowi i bogactwu. Tylny prawy – związkom, zarówno intymnym, jak i w pracy. Przednia lewa część reprezentuje wiedzę i samorozwój. Przednia prawa – sprzymie­rzeńców i pomoc, jakiej udzielają. Środek przestrzeni to dusza i jej związek z ziemią. Kierunki zachodu, północy, wschodu i południa odzwierciedlają rodzinę, reputację, kreatywność i karierę.

Nie musisz być ekspertem feng shui, by stworzyć spokojne, har­monijne otoczenie, które w tym rozpędzonym świecie będzie przy­bliżało niebo, chociaż wiele firm i osób prywatnych stosuje zasady feng shui w tym celu. W organizacji Health Communications, która wydała niezwykle popularną serię Chicken Soup for the Soulu, urzą­dzono przestrzeń zgodnie z zasadami feng shui tuż przed otwarciem firmy. Nawet jeżeli stworzenie harmonii w twoimi otoczeniu nie przynosi ci bogactwa i sukcesu, to na pewno przyniesie ci spokój wewnętrzny.

W tym tygodniu dobrze przyjrzyj się miejscom, w których spę­dzasz czas. Zacznij od rzeczy oczywistych. Wyrzuć niepotrzebne szpargały, zwiędłe rośliny, stare gazety i tym podobne. Poprzesta­wiaj meble tak, by w każdym pomieszczeniu panowała równowaga i spokój. Jeżeli podoba ci się feng shui, przeczytaj na ten temat jakąś książkę i zacznij stosować opisane tam zasady. A na samym końcu uporządkuj szufladę z bielizną. Nawet ona jest święta.


Ciesz się muzyką

Muzykę wypełniają wspomnienia. Kiedy moja matka była umierająca i zastanawiała się, czy mój ojciec będzie tam, po drugiej stronie, by ją przywitać, mój syn Justin intuicyjnie dał mi znak i szepnął: ?Some Enchanted Evening” (Pewnego czarownego wieczoru).

Delikatnie zaśpiewaliśmy piosenkę, przy której rodzice się w so­bie zakochali. Chociaż nie pamiętaliśmy wszystkich słów, melodia wystarczyła. Mama rozpromieniła się i przez krótką chwilę znów wyglądała jak dziewczyna, która po raz pierwszy ujrzała swojego przyszłego ukochanego.

Muzyka jest jak kamerton dla mózgu. Może stymulować pewne jego rejony i dzięki temu łagodzić emocje, zwiększać zdolność ucze­nia się i uwalniać kreatywność. Może też pomagać w uzdrawianiu ciała, redukować stres i ułatwiać zasypianie. Therese Schroeder- Sheker, pracująca w szpitalu Świętego Patryka w Missoula, w Mon- tanie, jest pionierką wykorzystywania muzyki w opiece nad umiera­jącymi. Wraz z dwudziestoma stażystami, których corocznie szkoli w ramach swojego dwuletniego programu dyplomowego, czuwa przy łóżkach chorych. Grają na harfie i śpiewają muzykę cantus planus (podobną do chorałów gregoriańskich). Wyniki badań pokazują, że ból pacjentów i ich lęk znacząco maleją i że przy odchodzeniu otrzymują oni dar spokoju wewnętrznego.

Mój drogi przyjaciel Don Campbell, pianista koncertowy i mistrz wykorzystania muzyki w edukacji, leczeniu i pobudzaniu kreatywności, napisał bestsellery zatytułowane The Mozart Effecti The Mozart Effect for Children. Wybaczcie grę słów, ale jego prace najwyraźniej uderzyły w czułą strunę, ponieważ sprzedano
także miliony płyt i kaset towarzyszących tym książkom. Strengthen the Mind (Wzmocnij umysł) zawiera muzykę pobudzającą in­teligencję i pomocną w uczeniu się, płyta Heal the Body (Uzdrów ciało) ma ułatwiać odpoczynek i relaksację, natomiast Unlock the Creatwe Spirit (Odblokuj ducha kreatywności) zawiera muzykę wpływającą na wyobraźnię i kreatywność. Don przygotował też zestawy muzyki specjalnie dla kobiet w ciąży, niemowląt i dzieci.

Dyrektor oddziału intensywnej opieki kardiologicznej szpita­la w Baltimore twierdzi, że słuchanie muzyki klasycznej przez pół godziny przynosi te same efekty co zażycie dziesięciu miligramów valium. Don Campbell cytuje badania, z których wynika, że mu­zyka bywa pomocna w łagodzeniu różnych stanów chorobowych, począwszy od migrenowych bólów głowy, poprzez zespół zaburzeń uwagi, a skończywszy na nadużywaniu środków odurzających. Ba­danie przeprowadzone na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine pokazało, że inteligencja przestrzenna, będąca ważnym składnikiem ilorazu inteligencji, wyraźnie poprawiała się, kiedy studenci choćby przez dziesięć minut przed testem słuchali muzyki klasycznej. Emi­syjna tomografia pozytronowa (PET) pracującego mózgu ujawnia, w jakim stopniu muzyka może zmieniać procesy nerwowe. Melo­die o wysokiej częstotliwości, jak na przykład kompozycje Mozarta, pomagają stymulować językowe centra mózgu.

Niestety część osób negatywnie odnosi się do muzyki klasycz­nej, twierdząc, że jest nudna, snobistyczna, przeintelektualizowana i niedostępna. Jeżeli jednak znajdziesz czas, by naprawdę jej posłuchać, odkryjesz, dlaczego przetrwała wieki. A wielcy mi­strzowie muzyki są dużo bardziej ludzcy, niż się nam wydaje. Pa­miętasz film Amadeusz? Mozart nie był żadną zakurzoną skamie­liną. Nazywano go ?wiecznym dzieckiem” – był ekscentrycznym, radosnym geniuszem, pełnym naiwności i nadziei. Jego czysta i natchniona muzyka jest bezpośrednią drogą do istoty twojego spokoju wewnętrznego, twojej kreatywności i mądrości.

Muzyka wielkich mistrzów, takich jak: Beethoven, Bach, Albi­nom, Telemann, Scarlatti, Mozart, Vaughan, Williams, Haendel i Chopin jest balsamem dla mej duszy. Podobnie jak wielu innych ludzi zachwycam się Kanonem Pachelbela, który uwalnia zablo­kowane emocje i przywraca spokój wewnętrzny Jeśli potrzebuję odwagi do działania lub tracę inspirację, to Obrazki z wystawy Musorgskiego, szczególnie fragment nazywany Wielka brama w Kijo­wie, mogą tchnąć poczucie celowości i kreatywność w moje życie. Muzyka naprawdę ma moc przywracania nas samym sobie.

W tym tygodniu sprawdź, jak muzyka klasyczna może od­prężać, leczyć, inspirować i regenerować. Jeżeli masz swoją ko­lekcję, być może już wykorzystujesz ją, by zadbać o siebie. Jeżeli nie, na pewno odpowiednią muzykę znajdziesz w radio. Spróbuj najpierw posłuchać Mozarta lub Bacha. Świadomie poddaj się muzyce i zaobserwuj wpływ, jaki wywierają na ciebie poszczegól­ne utwory. Odkryjesz jeden z najtrwalszych skarbów świata.

Ciesz się przyrodą

W ciągu lat przeprowadzałam wśród tysięcy ludzi nieformal­ną ankietę, pytając ich, co robią, by o siebie zadbać. Prze­bywanie na świeżym powietrzu znajduje się na czele listy. Po­wrót do naturalnego świata to także mój ulubiony sposób dbania o siebie i tak było już od dzieciństwa.

Kiedy miałam szesnaście lat i wreszcie zdobyłam upragnio­ne prawo jazdy, moją pierwszą wielką wyprawą był całodzienny wyjazd na łono natury. Wraz z dwiema przyjaciółkami z rado­ścią opuściłyśmy przedmieścia, szukając czegoś bardziej dzikiego i prymitywnego. Zapakowałyśmy plecaki i skierowałyśmy się do zachodniego Massachusetts. Wędrowałyśmy wzdłuż strumienia, obejmowanego przez różowe korzenie wierzb, które jak włosy wróżek unosiły się w płytkiej wodzie. Leżąc na trawiastych polach z twarzami ogrzewanymi przez późnojesienne słońce, przygląda­łyśmy się kształtom chmur. Z ziemi unosił się słodki zapach siana, który wydawał się sięgać nieba.

Gdy zbliżał się wieczór, zebrałyśmy trochę chrustu i rozpaliły­śmy ogień, nad którym upiekłyśmy hamburgery – podłużne bułki na zielonych patykach. Przy magicznym migotaniu ognia śpiewały­śmy ulubione piosenki i opowiadałyśmy historie ze swojego życia. Kiedy w świetle księżyca zbierałyśmy nasze rzeczy, byłyśmy zupełnie innymi dziewczynami niż te, które rano, zapakowane w samochód, opuściły podmiejski Boston. Wdychałyśmy zapach drzew i trawy, zapach zadowolenia. Spokój wewnętrzny, jak się przekonałam, ma własny zapach. W jakiś nieokreślony sposób dotarłyśmy do samych siebie, prowadzone rytmem naturalnego świata.

Teraz także, mieszkając na skraju dziczy, w otoczeniu maje­statycznych górskich szczytów i mnogości polnych kwiatów obdarzonych krótkim okresem kwitnienia, muszę czynić duże wysiłki, by cieszyć się naturą. I nie jestem w tym osamotniona. W czasie pobytu na Hawajach zaprosiłam kobietę, która mnie
tam przywiozła, na spacer po plaży. Była trochę zdziwiona. Od lat nie odrywała się od męczącej rutyny domu i biura, by cieszyć się przechadzką wzdłuż oceanu, leżącego niczym połyskujący klejnot tuż u jej stóp. Zaproszenie do odszukania spokoju we­wnętrznego docierało zewsząd, lecz ona była zbyt zajęta, by je przyjąć.

Jesteśmy częścią naturalnego świata; pozostajemy z nim we wza­jemnej zależności, mimo że nasza kultura nas od niego oddziela. Nie możemy jednak egzystować w zdrowej równowadze poza naturą, ponieważ nasze ciała ewoluowały w zgodzie z nią. Potrzebujemy, na przykład, oznak poranka i zapadania nocy, które regulują funk­cjonowanie naszego mózgu, emocje i rozwój fizyczny. Współczesne dziewczęta dojrzewają dużo wcześniej niż ich rówieśnice sprzed stu lat. Częściowo można to przypisać działaniu światła elektrycz­nego, które nienaturalnie wydłuża dni i skraca noce. Wielki biolog Rene Dubos uważał, że coraz bardziej odwracamy się od natury i stajemy się mutantami. Ziemia jest nie tylko naszym domem, ale też biologicznym regulatorem. Jest dostępna dla każdego z nas, bogatego czy biednego, chyba że ktoś jest na tyle nieszczęśliwy, że trafił do więzienia.

W naszej rodzinie najlepiej wspominamy wakacje, kiedy nasze dzieci były małe i wybraliśmy się na kemping. Mieliśmy mało pieniędzy, więc wykupiliśmy miejsce na wspaniałym polu namiotowym Marthy Vineyard. Przywieźliśmy całe pożywienie, nawet puszki lemoniady, dzięki czemu nie musieliśmy kupować droższych napojów na miejscu. Jeździliśmy na rowerach, cho­dziliśmy na plażę i gotowaliśmy proste obiady nad ogniskiem. Był to najszczęśliwszy tydzień, jaki pamiętamy. Żaden hotel nie zapewnia takich uroków, jakie daje natura. Warto zaryzykować kilka ukąszeń robaków, a nawet łagodny przypadek oparzenia sokiem sumaka jadowitego, po to by zbierać jagody czy węd­kować w strumieniu. Natura budzi obumarłe zmysły. Ma moc przywracania do życia.

W tym tygodniu zastanów się na twoim stosunkiem do natural­nego świata. Wraz z rodziną czy przyjaciółmi przygotuj plan spędze­nia dnia na wyprawie, łowieniu ryb, jeżdżeniu na rakietach śnież­nych, jeździe konnej, spacerze na nartach biegowych, siedzeniu nad jeziorem czy strumieniem, gotowaniu nad ogniskiem, czy też na jeszcze czymś innym, co wam sprawi przyjemność.

Nawet kiedy musisz spędzać czas w pomieszczeniach, rób so­bie kilka przerw, by przespacerować się lub choćby tylko popatrzeć przez okno. Jedno z badań wykazało, że przebywający w szpitalu pacjenci, których okno wychodziło na zieleń, zdrowieli szybciej niż ci, którzy mieli widok na parking.

Zatem jeżeli przez swoje okno widzisz parking, przynieś kwiat doniczkowy i postaw go na parapecie. Troskliwie się nim opiekuj. Ciesz się każdym rozwijającym się liściem. Natura może cię pokrze­piać, nawet kiedy jej magia płynie tylko z doniczki.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił

Mój przyjaciel Wayne Muller jest terapeutą, pastorem i zało­życielem Bread for the Journey (Chleb na drogę) – grupy re­gionalnych organizacji dobroczynnych, które przekazują ludziom kapitał początkowy na rozpoczęcie samofinansujących się przed­sięwzięć w swoich społecznościach. W swojej wspaniałej książce pod tytułem Sabbath Wayne przypomina nam, że Bóg nie zasu­gerował jedynie, byśmy co jakiś czas odpoczywali; to było przyka­zanie, podobne do ?Nie kradnij” czy ?Nie zabijaj”. Pomyśl o tym. Dlaczego odpoczynek jest na tyle ważny, by stać się przykazaniem, a nie tylko dobrym pomysłem?

Według judeochrześcijańskiej historii stworzenia świat powsta­wał przez sześć dni. Siódmego dnia Bóg odpoczywał i cieszył się tym, co stworzył. Dla praktykującego żyda szabas jest najświęt­szym dniem w roku, mimo że zdarza się pięćdziesiąt dwa razy. Zapewnia cotygodniowy odpoczynek i możliwość przebywania z ukochanymi osobami, zregenerowania sił przed nadchodzą­cym tygodniem, odczucia wdzięczności i porozmawiania o owo­cach swojej pracy. To jest naprawdę dobre. Bez szumu telewizji, komputerów, telefonów, faksów, e-maili, bez konieczności zała­twiania spraw, gotowania, liczenia pieniędzy czy wykonywania jakiejkolwiek pracy. Pozostaje tylko odpoczynek, świętowanie i kochanie się. To ostatnie jest dla żydów pozostających w związ­ku małżeńskim nakazem. Zawsze uważałam, że gdyby fakt ten był powszechnie znany, wielu ludzi przeszłoby na judaizm.

Tak świętowany szabas może się wydawać skrajną praktyką, ale nawet gdyby tak było, może zechcesz choć raz ją wypróbować. Idea jest taka, by całkowicie zrezygnować z pracy. Ugotuj wszyst­ko dzień wcześniej i pozostaw szabasowe naczynia nieumyte do następnego dnia. Nawet policja naczyniowa potrzebuje dnia wol­nego. Zaproś przyjaciół. Posłuchajcie muzyki, pośpiewajcie lub po­tańczcie. Porozmawiajcie o czymś pięknym i ważnym. Jeżeli masz małe dzieci, to poczytaj im lub pograjcie w jakieś gry. W naszej kul­turze dzień wolny zazwyczaj oznacza czas załatwiania spraw i nad­rabiania zaległości. Szabas jest dniem wolnym od wszelkiej pracy.

Robienie sobie wolnego dnia w takim stopniu nie przystaje do naszego sposobu życia, że w Hollywood mógłby powstać reality show na ten temat. Czy rodzina Jonesów przetrwa dzień bez pra­cy? Kiedy jako dziecko mieszkałam w Bostonie, obowiązywały tam słynne ?niebieskie prawa” (blue laws), zgodnie z którymi sklepy były zamknięte w niedziele. Nie znaliśmy zwyczaju wskakiwania do samochodu i wyruszania do supermarketu czy centrum han­dlowego. Tak naprawdę nie było jeszcze takich centrów, a kosz­mar fast foodów dopiero miał nadejść.

Niedziela była rodzinnym dniem, kiedy prawie wszyscy zbie­rali się razem i spędzali czas wolny na jedzeniu i opowiadaniu sobie wydarzeń z minionego tygodnia. Nasza rodzina zwykle gro­madziła się w domu moich dziadków ze strony ojca. Niewielki oddział kuzynów bawił się razem, podczas gdy dorośli palili pa­pierosy i pili koktajle, dyskutowali o polityce, religii i sprawach lokalnych. Obiad był wydarzeniem. Zasiadaliśmy do długiego stołu, takiego jak w filmie Tom Jones, i jedliśmy coś, co my dzieci nazywałyśmy ?pieczoną bestią”.

Znam ludzi, którzy szczycą się tym, że pracują siedem dni w ty­godniu. Prawie nigdy nie pozwalają sobie na godzinny, a tym bar­dziej całodzienny wypoczynek. Mają piękne domy i, co ważniej­sze, piękne rodziny, dla których rzadko znajdują czas. Nie zdarza się im przerywać pracy, by cieszyć się tym, co zostało zrobione. Wayne Muller porównuje odpoczynek z pauzami, które tworzą rytm w muzyce. Bez nich piękna aranżacja nut, składająca się na muzykę, staje się zwykłym hałasem. To z pauz rodzi się muzyka. To odpoczynek nadaje piękno kreacji.

Od lat chciałam wprowadzić cotygodniowy szabas, ale ponie­waż większość moich zajęć odbywa się w weekendy, jest to niere­alne. Mogłabym odpoczywać, ale wtedy musiałabym głodować. Tak bywa u wielu ludzi. „Wybrałam się zatem do mądrego i nie­konwencjonalnego rabina. Poradził mi, bym robiła sobie szabas wtedy, kiedy mogę, a nie kiedy nie mogę. Na początek może wystarczą cztery godziny w środowe popołudnie. Osiągnięcie celu, jakim jest odpoczynek i rozsądny, możliwy do zrealizowa­nia plan, znaczy więcej niż trzymanie się tradycji.

„W tym tygodniu zaplanuj chociaż ?mininiedzielę”. Być może będzie trwała tylko dwie lub trzy godziny. A może tak spodoba ci się ten pomysł, że przeznaczysz na ten cel cały dzień. „Włącz w planowanie wszystkich, z którymi mieszkasz. Może wybierze­cie się na wędrówkę i po drodze zorganizujecie piknik? Jeśli tak, to jakie będzie menu? Siedząc razem na trawie, w cieniu drzewa, być może zastanowicie się nad pytaniem, na które może odpowie­dzieć każdy z was: ?Za co jestem wdzięczny?” lub ?Jakie jest moje największe marzenie?”. Uważnie słuchaj, ciesz się życiem i obec­nością innych. O tym właśnie mówi przykazanie: ?Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”.


Naucz się prosić o pomoc

Wydaje się, że kiedy potrzebujemy pomocy, prosimy o nią bez zastanowienia – że jest to oczywista strategia troszcze­nia się o siebie. Czy jednak potrafisz zrezygnować z kontroli na tak długo, by rzeczywiście otrzymać pomoc, której potrzebujesz? Wiele zapracowanych osób tego nie potrafi. Ich styl działania – ?niech się wali, niech się pali i tak ja tu rządzę” – powstrzymuje potencjalnych pomocników.

Przykładowo, wiele lat temu miałam ciężki dzień w klinice. Już przed dziesiątą wszyscy padaliśmy ze zmęczenia i tonęliśmy po uszy w kartach do wypełnienia i badaniach do opisania, a w po­czekalni kłębili się pacjenci. Zaproponowałam, że pobiegnę do ka­wiarenki po kawę. Kiedy w drodze powrotnej wsiadłam do windy, miałam zajęte obie ręce. Oprócz mnie wsiadło też kilka innych osób i przebiegła mi przez głowę myśl, by poprosić kogoś o wciśnięcie przycisku mojego piętra. Ten moment przytomności umysłu minął i wcisnęłam przycisk nosem. Starsza kobieta zauważyła: ?O Boże, moja droga. Mogłaś poprosić o pomoc. To ważna rzecz”.

Właśnie zaczynałam się tego uczyć. Jak wielu zajętych i kom­petentnych ludzi, lubiłam robić wszystko sama. To wydawało się łatwiejsze niż proszenie kogoś innego. Poza tym, kiedy ro­bisz coś sam, wiesz, że zostanie to wykonane dokładnie tak, jak chcesz. Tu jednak pojawia się pewien problem. Ponieważ nie pro­sisz o pomoc i rzadko korzystasz z proponowanej pomocy, ludzie wokół ciebie stopniowo przestają ją oferować. Dostajesz to, czego chcesz: możliwość zapracowania się na śmierć. Nieuchronnie za­czyna narastać w tobie rozżalenie i mówisz na przykład: ?Czy jestem jedyną osobą, która cokolwiek tu robi?”.

Przed kilkoma laty, kiedy prowadziłam tygodniowy warsztat, dano mi inną lekcję przyjmowania pomocy. W sobotnie popo­łudnie sala, z której korzystaliśmy, miała zostać uporządkowana przed rozpoczęciem następnych zajęć. Miałam dużo materiałów
do zapakowania i zataszczenia do mojego pokoju na wzgórzu. Ża­den problem. Zajęci ludzie są zawsze dobrze przygotowani, więc miałam ze sobą walizkę na kółkach. Jedna z uczestniczek warsz­tatu zaproponowała pomoc w posprzątaniu i przetransportowa­niu moich rzeczy. Uprzejmie podziękowałam, stwierdzając to, co oczywiste: ?Dzięki, ale naprawdę nie potrzebuję pomocy. Mam walizkę na kółkach”.

Kobieta stała z rękami wspartymi na biodrach, kiwając głową i uderzając stopą o podłogę: ?Joan, ty nie rozumiesz, prawda? Tu nie chodzi o kółka, tylko o przyjmowanie pomocy. A w przyjmo­waniu pomocy chodzi o poczucie, że na nią zasługujesz. A zasłu­gujesz. Teraz zabierzmy się do roboty”.

Kiedy razem mozolnie wspinałyśmy się pod górę, zaciskałam ręce, by nie chwycić za walizkę. Było dla mnie jasne, że mam poważny problem z rezygnowaniem z kontroli. Co gorsza, owa dobra sama­rytanka nalegała, by przyjść do mnie następnego ranka i pociągnąć walizkę do naszej sali. Na odchodnym powiedziała mi coś ważnego: ?Tak przekonująco mówisz o dobroci. Pamiętaj, że kiedy pozwalasz innym, by ci pomogli, dajesz im możliwość wykazania się dobrocią. Odrzucanie pomocy jest subtelnym rodzajem egoizmu”. Dziwiłam się, dlaczego tak długo nie dostrzegałam tego oczywistego faktu.

Postawa człowieka ogarniętego obsesją kontrolowania wszyst­kiego wykracza daleko poza nieumiejętność proszenia o pomoc. Mam przyjaciółkę, która ustawia swoje słoiczki z witaminami w określonym porządku. Jej mąż, nie mogąc pojąć tego tajemni­czego systemu, zawsze robił bałagan. Zdarzało im się o to kłócić. Aby tego uniknąć, zdecydowali się kupić dwa zestawy witamin, dla niej i dla niego. Czy możesz to sobie wyobrazić? Jeżeli pragnie się życia w pokoju, należy mądrze wybierać powody do walki. Zadaj sobie pytanie, jak ważny jest porządek w witaminach. Czy jest wart kłótni?

Autorka książek i satyryczka Loretta LaRoche posługuje się wieloma rekwizytami, by zademonstrować, jak różne znie­kształcenia poznawcze doprowadzają nas do szaleństwa. Hełm wikinga z rogami przedstawia człowieka ogarniętego obsesją kontroli. Loretta proponuje, byś – jeżeli masz tendencję do kontrolowania wszystkiego wokół – kupił sobie podobny hełm i zakładał go, gdy pojawia się taki nastrój. Moja przyjaciółka, na przykład, mogłaby przywdziać te rogi i wkroczyć do kuchni jak władczy generał, by skonfrontować się z mężem. ?Zejdź mi z drogi, flejtuchu. Pokażę ci, jak ustawić te tabletki!”.

Loretta chce pokazać, że sama myśl o zachowywaniu się jak oszalały zdobywca jest tak zabawna, że kiedy już przyznasz się do dziwnego reagowania, być może będziesz w stanie zatrzy­mać się, zanim doprowadzisz się do wylewu. Chciałabym móc powiedzieć, że moje rogi od dawna nieużywane leżą na półce, ale niestety wciąż lubię rządzić. Bez kolejnych stu lat terapii niełatwo będzie to zmienić. Nauczyłam się jednak traktować to lekko, czasami gryźć się w język, mądrze wybierać powody do bitew i prosić o pomoc, nawet jeśli przychodzi mi to z trudem.

W tym tygodniu skoncentruj się na dawaniu i otrzymywaniu pomocy. Jeżeli masz problem z proszeniem o pomoc, ćwicz. To łatwiejsze niż nauka gry na pianinie. Trzy razy dziennie, nawet gdy musisz wymyślić powód, proś kogoś, by ci pomógł. Spró­buj pytać o drogę, choćbyś ją znał. Jeżeli objaśnienia nie są naj­lepsze, masz podwójne szczęście. Mógłbyś naprawdę się zgubić, więc możesz być wdzięczny za to, że wiesz, gdzie się znajdu­jesz. Poza tym dałeś obcemu człowiekowi możliwość okazania uprzejmości.