Archive for the ‘Absolutnie podstawowe strategie życiowe’ Category

Ćwicz cierpliwość

Niektórzy zapracowani ludzie zwracają uwagę na rozmaite możliwości, jakie oferuje życie, a mimo to nie zbaczają z dro­gi. Ich umiejętność koncentrowania się sprawia, że są świadomi otaczającego ich świata. Ta cecha, nazywana czasem cierpliwo­ścią, otwiera nowy wszechświat radości, spokoju i możliwości.

?James” to mój przyjaciel, który pod koniec lat osiemdziesią­tych umarł na AIDS. Był mistrzem w sztuce cierpliwości. Jesz­cze przed wprowadzeniem nowych leków – które obecnie mogą znacznie przedłużyć życie chorych – uważano, że James był wy­jątkowo długo żyjącym pacjentem. Przez siedem czy osiem lat żył z wirusem HIV; przez większość tego czasu bez żadnych objawów. W tym okresie był świadkiem śmierci wielu bliskich przyjaciół. AIDS stanowiło w tamtych latach prawdziwą plagę, więc jego do­bre zdrowie było szczególnym błogosławieństwem. Potrafił je do­cenić i to było niezwykłe.

James umiał odczuwać wdzięczność, ale poza tym był bar­dzo cierpliwy. Pewnego dnia podlewałam jego kwiaty. Ponieważ mam rękę do kwiatów, cieszyłam się z tego zadania i poznałam wszystkie rośliny z osobna. Obróciłam niektóre z nich do świa­tła i wytarłam ich liście. W jednej z donic rósł duży grudnik, na którym większość kwiatów już przekwitła. Przekwitając, kwiaty najpierw zamykają się, a potem zwisają, słabe i oklapnięte. Po kilku dniach robią się tak suche jak starożytny papier ryżowy i w końcu opadają. Mogą wtedy narobić sporego bałaganu, zwłaszcza, kiedy cała roślina jest tak wielka jak grudniak Jamesa. Myśląc, że oszczędzę przyjacielowi wysiłku czołgania się po pod­łodze i zbierania śmieci, zaczęłam odrywać więdnące kwiaty.

James delikatnie położył mi dłoń na ramieniu i powiedział: ?Joanie, wszystko ma swoje życie i przeznaczenie. Ludzie, drze­wa, kwiaty, ubrania, nawet kamienie. A cykl tych kwiatów jesz­cze się nie skończył. Wiem, że nie wyglądają najlepiej i że ich
świetność już minęła, ale proszę, niech zakończą życie w swoim czasie. Z radością pozbieram je później z podłogi”.

Przez następne kilka dni przyglądałam się, jak kwiaty opada­ją. Rzeczywiście, w ich przeobrażaniu się z żywej tkanki w de­likatne, papierowe zwitki kryło się jakieś szczególne piękno. Moment, kiedy odrywały się od rośliny i opadały, miał w sobie ogromną prawdę. Pozbierałam papierowe płatki i położyłam je na zewnątrz, przy płocie, gdzie mogły znów powrócić do zie­mi. James nauczył mnie, by nie dostrzegać w tych umierających kwiatach tylko źródła bałaganu, ale głębiej i z większą cierpliwo­ścią zobaczyć ich istotę.

Sama nie należę raczej do osób cierpliwych. Ta cecha wymaga stałej uważności. Nawet po odebranej od Jamesa lekcji, by po­zwolić życiu przejść pełny cykl, czasem nadal chcę obrywać mar­twe kwiatki, ponaglam ludzi w trakcie rozmowy, klnę na ruch drogowy i spieszę się, jedząc wykwintny posiłek.

Kiedyś słyszałam, że cierpliwość zdefiniowano jako ?niecier­pliwość rozciągniętą do granic możliwości”. Zawiera się w tym sugestia, że większość ludzi tak naprawdę nie wie, czym jest cier­pliwość. W imię cierpliwości często powstrzymujemy się przed czymś, podobnie jak pit buli napinający smycz. Wcale nie jesteśmy autentyczni – próbujemy tylko dobrze wyglądać, mimo że gotuje się w nas krew. Gdzieś w środku nas czai się pragnienie, by droga oczyściła się z samochodów, by nasze dziecko poszło spać, czy też by nasz kolega w końcu przestał mówić. W imię tej fałszywej cier­pliwości zużywamy dużo energii.

Prawdziwa cierpliwość oznacza zgodę na to, by życie toczyło się własnym rytmem. Ta zgoda z kolei wymaga uważności. Jeżeli jestem otwarta na więdnące kwiaty, takie jakie są, to w ich umieraniu do­strzegam subtelne piękno, nie mniej ujmujące niż w ich rozkwitaniu. Piękno zawiera się nie tyle w samym kwiecie, ile w naszym stosunku do niego. To, co naprawdę znamy i kochamy we wszystkich jego fazach, jest jeszcze cenniejsze, kiedy odchodzi. To samo dotyczyło Jamesa. Był tak samo piękny w swoim umieraniu jak w najlepszych chwilach życia. W ciągu trzech lat po jego śmierci dostałam trzy duże grudniki. Kiedy ich krótkie i bujne kwitnienie dobiega koń­ca, z czułością myślę o mym nieżyjącym przyjacielu.

Cierpliwość daje szansę na głęboką miłość i wyciśnięcie z ży­cia każdej kropli. W tym tygodniu zwróć uwagę na chwile, kiedy jesteś niecierpliwy. Po co ten pośpiech? Pomyśl o tym, co stracisz, przyspieszając proces starzenia się kwiatu czy popędzając uko­chane osoby podczas rozmowy. Co zyskasz, wyskakując z metra dwie minuty szybciej, zamiast cieszyć się tym, jak twoje mięśnie zaczynają się rozluźniać? Zauważ jeden obszar, w obrębie któ­rego często tracisz cierpliwość, i spróbuj poświęcić mu pełną, świadomą uwagę.

Cierpliwość jest spokojem. Uczenie się jej to stały proces, któ­ry trwa latami. Pozwól, by trwał dzień po dniu i bądź dla siebie dobry, kiedy się uczysz.

Dbaj o swój mózg

Kiedyś otrzymałam pocztówkę z napisem: ?Im bardziej jestem zajęty, tym bardziej zostaję z tyłu”. To prawda – zarówno w odniesieniu do mózgu, jak i do listy zadań. Kiedy zaniedbujesz podstawowe aspekty życia, takie jak zjedzenie wartościowego po­siłku, wyjście na spacer, dotyk innej osoby czy spędzanie czasu na rozmowie, cierpi na tym twój mózg. Zachodzące w nim procesy chemiczne ulegają spowolnieniu. Kiedy mózg stara się pracować na zwolnionych obrotach, trudno cieszyć się życiem czy panować nad swoimi myślami. Zamiast tego, pomimo twoich najszczerszych wysiłków, to raczej twoje myśli panują nad tobą.

Ważną dla osiągnięcia spokoju wewnętrznego umiejętnością jest wykorzystanie zdrowego rozsądku do poprawy funkcjonowania mó­zgu. Na przykład pesymistom dużo trudniej jest znieść napięty har­monogram zajęć niż optymistom. Pesymiści są zwykle nieelastyczni, mają negatywne nastawienie i zmienne nastroje. Paraliżują ich obse­syjne myśli: ?Nigdy tego nie zrobię. Jeśli zrobię, to i tak będzie to do niczego. Więc mnie zwolnią i moje dzieci będą głodować”.

Oczywiście jesteśmy w stanie pracować nad własnymi my­ślami, by zatrzymać te nieproduktywne i negatywne, co pokażę w następnych rozdziałach. Musisz jednak pracować też nad swo­im mózgiem. Część mózgu nazywana układem limbicznym to usytuowana centralnie struktura o wielkości orzecha włoskiego, która odpowiada za wiele funkcji związanych z przetrwaniem, w tym również za sposób emocjonalnej interpretacji świata. Czy dane wydarzenie jest pozytywne, negatywne czy neutralne? Je­żeli twoja szefowa pospiesznie cię mija, nie mówiąc ?Dzień do­bry”, czy myślisz, że cię nienawidzi – i zaczynasz obsesyjnie się nad tym zastanawiać – czy też uznajesz, że mogła być zamy­ślona? Wysokiej klasy tomografy wykazują, że kiedy głębokie struktury limbiczne są nadaktywne, jesteś bardziej skłonny do negatywnej interpretacji czyjegoś zachowania.

Nadaktywny układ limbiczny osłabia też wolę i motywację. Wy­wołuje depresję i utrudnia wykonanie każdej czynności. Kiedy zaś strefa limbiczna jest spokojna, pojawiają się różowe okulary. Odczu­wasz przypływ energii i optymizmu. Świat stoi przed tobą otworem. Lubisz być zajęty i produktywny. Kiedy szefowa mija cię i nawet na ciebie nie patrzy, w ogóle się nad tym nie zastanawiasz. Zrównowa­żony układ limbiczny sprawia, że nie bierzesz niczego do siebie i nie chowasz urazy.

Sposoby wpływania na procesy chemiczne zachodzące w mó­zgu możesz poznać, czytając wspaniałą książkę Change Your Brain, Change Your Life, napisaną przez psychiatrę Daniela Amena. Autor porusza ważną kwestię przezwyciężania negatywnego nasta­wienia poprzez proste zachowania, które podnoszą poziom neuroprzekaźnika (hormonu mózgu), serotoniny.

Jedną z funkcji serotoniny jest wyciszanie głębokiego układu limbicznego, co pomaga pozbyć się zmartwień i ograniczyć obsesyjne myślenie. Tak właśnie działa Prozac. Choć jednak leki antydepresyj­ne są darem niebios dla osób pogrążonych w głębokiej depresji, to większość ludzi nie potrzebuje lekarstw, by przetrwać w rozpędzonym świecie. Potrzebujemy tylko zdrowego rozsądku. Co powiedziałaby ci babcia? Zjedz dobry posiłek, usiądź i trochę porozmawiaj, uściskaj kogoś, idź na spacer i zatrzymaj się, by powąchać róże. Doktor Amen powiedziałby to samo, tylko że jemu będziesz bardziej skłonny wie­rzyć, ponieważ przytacza dowody naukowe na poparcie swoich słów.

Wytwarzanie takiej ilości serotoniny, by nasz układ limbiczny po­zostawał spokojny, wymaga białka, węglowodanów i – dzięki Bogu! – tłuszczu. Dwa badania wykazały, że wśród mężczyzn z najniższym poziomem cholesterolu wskaźnik samobójstw był najwyższy. Na pod­stawie własnego doświadczenia zaryzykowałabym twierdzenie, że kobiety stosujące drastyczne diety stają się wręcz niebezpieczne dla otoczenia. Jak myślisz, co się dzieje, kiedy decydujesz się wprowadzić w swoje pracowite życie jedną z modnych diet, na przykład opartą je­dynie na orzechach laskowych, kurzych żołądkach czy kiełkach fasoli? Prawdopodobnie zgubisz kilka kilogramów, ale możesz też stracić spokój umysłu. Jedzenie prawidłowo skomponowanych posiłków i gimnastykowanie się może nie wydawać się seksowne czy ekscytują­ce, ale jest jedyną metodą na utratę wagi, która sprawdza się w dłuż­szej perspektywie i sprawia, że ciało i mózg dobrze funkcjonują. Jeżeli jesteś zbyt zajęty, by zażywać ruchu, ucierpią na tym zarówno twoje mięśnie, jak i twój mózg. Ćwiczenia fizyczne zwiększają absorpcję aminokwasu o nazwie tryptofan, podstawowego budulca serotoniny. Co więcej, ćwiczenia dodają energii. Zawsze pisze mi się lepiej, jeśli najpierw wybiorę się na szybki spacer. Ćwiczenia poprawiają metabo­lizm, zmniejszają apetyt i pomagają utrzymać właściwy ciężar ciała.

Babcia i doktor Amen zgadzają się co do tego, że dotyk stano­wi panaceum na nasze choroby. Uwalnia hormon wzrostu, który pomaga zregenerować organizm, stymuluje system odpornościowy, przyczynia się do ustabilizowania tętna i ciśnienia krwi, łagodzi ból i poprawia nastrój. Sprawia, że czujemy się szczęśliwi i spokojni. Czy naprawdę musimy wydać miliony dolarów na badania, zanim zwrócimy uwagę na rzeczy oczywiste? Im bardziej jesteśmy zajęci i im mniej zdrowego rozsądku wykazujemy w podejściu do pod­stawowych spraw życiowych, takich jak jedzenie, sen, ćwiczenia, porozumiewanie się z innymi i dotyk, tym bardziej niedożywiony staje się nasz mózg.

W tym tygodniu korzystaj ze swojego zdrowego rozsądku. Jedz smaczne, lecz zbilansowane posiłki. Z pewnością dużo już wiesz na temat odżywiania – na przykład to, że świeże produkty są lepsze od przetworzonych, że możesz pozwolić sobie na odrobinę tłusz­czu, ale nie pochłanianie od razu kostki masła, i tak dalej. Jedzenie powinno być przyjemnością, a nie lekcją chemii. Ćwicz na powie­trzu, nawet jeśli wszystko, na co cię stać, to kilka okrążeń wokół domu każdego dnia. Światło słoneczne dobrze wpływa na twoją szyszynkę. Pomaga ci w uwalnianiu melatoniny i zapewnia lepszy sen. Przytulaj się do bliskich. Pomasuj komuś plecy i sam poproś o masaż. Poświęć trochę czasu na ważną rozmowę. Zatrzymaj się, by powąchać róże, kawę, ciało kochanka i by wdychać wszelkie inne przyjemne zapachy. Nerwy, których zakończenia znajdują się w nosie, biegną prosto do układu limbicznego. „Wspaniałe zapachy są silnym stabilizatorem nastroju.

Najszczęśliwsi i najbardziej efektywni ludzie pasjonują się życiem. Promieniują zaraźliwym entuzjazmem, który sprawia, że ich praca staje się bardziej przyjemnością niż problemem. Jeżeli przypomnisz sobie chwile, kiedy coś cię pasjonowało, to prawdo­podobnie nadal będziesz czuł ożywienie i smak przygody. Możesz też pamiętać znaczące zbiegi okoliczności, które pomogły ci na twej drodze. Lubię myśleć o nich jako o darach opatrzności.

Darem jest to, z jaką pasją zapracowani ludzie dokonują wy­czynów graniczących z niemożliwym, pozostając jednak przy zdrowych zmysłach i w kontakcie ze sobą. Czułam się tak, będąc naukowcem. Kiedy zbliżałam się do jakiegoś odkrycia, osiągałam koncentrację psa myśliwskiego, który zwęszył trop. Pozostawa­nie w laboratorium do północy nie stanowiło żadnego problemu, wręcz mnie cieszyło. Wypełniało mnie wtedy podniecenie, które wyostrzało moje zmysły, rozpalało intuicję i sprawiało, że czułam cudowną wdzięczność za dar życia.

Moje badania naukowe były finansowane przez National Can- cer Institute. Zawsze kiedy na konto miały wpłynąć pieniądze, wy­dawało się, że pojawia się deszcz cudów. Przesyłka była niczym skarb. Koledzy przysyłali prace, które sprawiały, że moje dane nagle nabierały sensu, przynosząc nieoczekiwane wyniki. Wizyta w bi­bliotece medycznej pozwalała odkryć artykuł potwierdzający moje teorie i konkluzje. Wniosek o dotację właściwie pisał się sam.

Laser jest dobrą analogią stanu wysoce skoncentrowanej uwagi, której zawdzięczamy sukces. Lasery to spójne promienie światła, w których wszystkie cząstki nie są przypadkowo rozproszone, lecz układają się w szereg. To szeregowe uporządkowanie umożliwia przecinanie stali. Pasja koncentruje twoją energię tak jak laser. Twoje spójne pole energii przyciąga do szeregu inne siły. To tak jakby do dużego zegara, będącego własnością dziadka i wiszą­cego na ścianie pośród innych zegarów, dopasowały się rytmem pozostałe zegary. W krótkim czasie cała ściana brzmiałaby jednym ?tik-tak”.

Kiedy nie przyświeca nam żaden cel, nasza energia ulega rozproszeniu. Dużo więcej wysiłku wymagają od nas nawet prozaiczne życiowe sprawy, nie mówiąc już o tworzeniu arcy­dzieł. Niezależnie od tego, czy twoją pasją jest założenie ro­dziny, przemalowanie pokoju, leczenie raka, rozwiązywanie zadania matematycznego, uporządkowanie szaf, zbudowanie tarasu, czy też całkowite poddanie się innemu marzeniu, pasja powoduje zbieżność nieoczekiwanych możliwości, co uważam za dobrodziejstwo.

A oto paradoks. Kiedy jesteś zajęty, lecz brak ci skupienia i pa­sji, trudno osiągnąć koncentrację, z jaką działa laser. Twoje dni mogą stać się mozolnym dążeniem do wykonania zadań, prze­dzieraniem się przez nawał obowiązków. Pojawiające się wskutek tego zmęczenie i poirytowanie przysłaniają twoją wizję. W twoje uczucia wkrada się niewielka, lecz trudna do pokonania depresja. To trochę tak, jak życie pod wodą. Gdybyś tylko mógł przebić się przez jej taflę, widziałbyś bardziej ekscytujący świat. Wydobycie się na powierzchnię wymaga jednak odpoczynku i wytchnienia. I właśnie dlatego tak ważne i rozsądne jest poświęcenie jednego dnia w tygodniu wyłącznie na wypoczynek oraz codzienne chwi­le odprężenia, kontemplacja, medytacja, zabawa i refleksja. Po­zwalają one wynurzyć z wody głowę i odzyskać życiową wizję.

Okresy zwolnienia są bardzo istotne w procesie twórczym. Historię wynalazków i odkryć wypełniają opowieści o ludziach, którzy pracują z entuzjazmem, lecz nie udaje im się osiągnąć końcowego ?Eureka!”. Odpowiedź przychodzi zazwyczaj wtedy, gdy przestają myśleć i się starać. Francuski matematyk Poincare znalazł rozwiązanie jednej z najtrudniejszych w jego karierze ma­tematycznych zagadek, kiedy podczas wakacyjnej wyprawy na wieś, wysiadał z autobusu. Chemik Kekule odkrył kolistą struk­turę pierścienia benzenu po tym, jak przyśnił mu się wąż z ogo­nem w paszczy. Einstein zaś przeżył olśnienie dotyczące jednego z jego największych odkryć (związanego z teorią względności), kiedy pewnego weekendu pływał żaglówką – po tym, jak spędził na pracy w swoim laboratorium wiele bezowocnych tygodni.

W naszej kulturze pokutuje błędne przekonanie, że tylko my jesteśmy twórcami. Ta filozofia zakłada, że wszystkie pomy­sły i czyny wywodzą się z naszego Ja. Tym samym każe nam ona wyznaczać sobie cele i ciężko pracować, aby je osiągnąć. Jednak idee te są tylko częściowo prawdziwe. Każdy człowiek rodzi się z wyjątkowymi darami, które może ofiarować ludzkości. Wiesz, że z nich korzystasz, gdy podniecenie i pasja napełniają cię ra­dością i poczuciem celowości działania. To wtedy niewidzialne siły natury wychodzą ci naprzeciw – otwierają przed tobą drogi, których być może nigdy nie odkryłbyś sam.

Zadbaj o oddech i zachowaj jasność umysłu

Oddychanie jest najważniejszą umiejętnością, potrzebną do uspokojenia ciała i umysłu. Może zauważyłeś, że kiedy tyl­ko zaczynasz czuć się przytłoczony lub zaniepokojony, twój od­dech staje się szybki i płytki. Prawdopodobnie od czasu do czasu wstrzymujesz oddech tak, że traci on swój równy i regularny rytm. Taki oddech, będący efektem stresu, przyspiesza bicie serca i sy­gnalizuje ciału, by zwiększyło produkcję substancji chemicznych wywołujących niepokój. Odwieczna pętla informacji zwrotnych, przesyłanych sobie nawzajem przez ciało i umysł, wprawia cię w stan pogotowia na wypadek niebezpieczeństwa, napina twoje mięśnie, by przygotować cię do ataku lub do ucieczki, i zawęża twoje myślenie. Tego rodzaju automatyczny system działania na najwyższych obrotach jest przydatny, kiedy uciekasz przed napast­nikiem, lecz gdy zagrożenie to nic innego niż lista zadań do wyko­nania, jest jak wciskanie gazu stopą opartą na pedale hamulca.

Oddychanie jest jedyną autonomiczną (to znaczy automatycz­ną – jak bicie serca, ciśnienie tętnicze krwi i temperatura ciała) funkcją, nad którą sprawujemy też świadomą kontrolę. Zatem choć większość ludzi nie potrafi spowolnić tętna czy podnieść temperatury ciała siłą woli, chyba że zostali przeszkoleni w za­kresie biologicznego sprzężenia zwrotnego, sztuki walki czy jogi, to każdy może wywierać wpływ na swoje oddychanie. Oddech jest łącznikiem między ciałem a umysłem, drogą do uspokajania się i przywracania ciała do równowagi. Fizjologowie nazywają ten stan homeostazą. Wszystkie systemy organizmu współpracują wówczas w doskonałej harmonii.

Jeżeli ćwiczysz sztuki walki będące sportową odmianą prak­tyk zen, może nazywasz ten stan ?utrzymywaniem centrum”. Psycholog Mihaly Csikszentmihalyi, w swojej wspaniałej książce Flow: The Psychology ofOptimal Experience, określa to jako ?stan
przepływu”. To właśnie wtedy najlepiej pracujemy, najpiękniej wygrywamy gamy i mamy poczucie, że twórcze myśli i pomysły wydobywają się z nas jak z niewyczerpanej studni. Docieramy do najlepszej części naszego Ja. To twoje spokojne centrum, obecne w tobie przez cały czas. Odpowiednie oddychanie jest najłatwiejszym sposobem, by do niego dotrzeć. Nie powinieneś oddychać jedynie wtedy, kiedy znajdujesz się pod wodą lub gdy wokół ciebie ulatnia się trujący gaz, dlatego ćwiczenie skoncen­trowanego oddechu zawsze jest dostępne. Ponieważ i tak mu­sisz oddychać, nie zabiera ci to nawet dodatkowego czasu.

Kiedy ?utrzymujesz centrum”, oddychasz jak niemowlę. Po­patrz na maluszka leżącego na plecach, a zauważysz, że jego brzu­szek wydyma się jak balon przy wdechu i spłaszcza się przy wyde­chu. Rytm jest miarowy.

Poświęć teraz chwilę i zwróć uwagę na swoje oddychanie. Czy twój brzuch nadyma się przy wdechu i odpręża, kiedy robisz wy­dech, czy raczej podnosi się i opada twoja klatka piersiowa? Czy oddech płynie równym rytmem, czy jest zmienny?

Wielu dorosłych nie czuje ruchów swojego brzucha. Zamiast tego podnosi się i obniża ich klatka piersiowa, a brzuch pozostaje usztywniony. Może nawet wydawać ci się, że oddychasz odwrot­nie: twój brzuch spłaszcza się, kiedy wdychasz powietrze, zamiast się uwypuklać. Tak się dzieje, gdy używasz do oddychania mięśni klatki piersiowej, by poszerzać płuca, a nie mięśni przepony. Posłu­giwanie się mięśniami klatki piersiowej jest męczące. Nie mogą one rozszerzać płuc tak dobrze, jak przepona rozszerza brzuch. Wsku­tek tego nabierasz mniej tlenu, niż twój głodny mózg potrzebuje do zdrowego myślenia. Zaczynasz więc oddychać szybciej, żeby to zrekompensować. Twój puls i ciśnienie krwi się podnoszą i – bingo! – czujesz niepokój, zmęczenie i stres.

Przepona to duży płat mięśniowy, rozciągnięty jak kawałek cienkiej gumy pomiędzy jamą brzuszną a płucami. Ma kształt odwróconej miednicy. Kiedy kurczy się przy wdechu, spłaszcza się i spycha w dół organy usytuowane w jamie brzusznej. Twój brzuch się wydyma. Dzięki ujemnemu ciśnieniu, jakie powstaje w płucach, wciągasz powietrze. Gdy przepona rozluźnia się i wra­ca do góry, zużyte powietrze jest wypychane z płuc. Ponieważ przepona nie wywiera już nacisku na organy w brzuchu, ten się rozluźnia.

Przejście od stresowego oddychania piersiowego do luźnego oddychania brzuchem jest proste. Twoje ciało dokonuje tego natu­ralnie za każdym razem, kiedy wzdychasz lub ziewasz. Może spró­bujesz wykonać następujące ćwiczenie: odchyl się do tyłu (a najle­piej połóż się) i umieść ręce płasko na brzuchu, żeby obserwować, co się będzie działo. Teraz weź głęboki oddech i wypuść powietrze ze słyszalnym westchnieniem ulgi. Wypuść tak dużo powietrza, jak tylko możesz. To uruchomi przeponę. Przy następnym wdechu albo poczuj, albo wyobraź sobie, że twój brzuch się poszerza. I że rozluźnia się przy wydechu. Teraz weź dziesięć oddechów, pracu­jąc brzuchem. Jeśli chcesz, możesz liczyć każdy oddech lub nawet powtarzać słowa ?jestem rozluźniony” albo ?utrzymuję centrum” przy wydechu. Zwracaj uwagę na to, co czujesz.

Najczęściej ludzie zauważają, że zaczynają oddychać wolniej i czują się coraz bardziej zrelaksowani. Jednak u niektórych po­czątkowo pojawia się napięcie. Przecież jesteśmy przyzwyczajeni do oddychania bez przymusu myślenia o nim. Jeśli cierpisz na astmę lub masz inne trudności z oddychaniem, to naturalne, że początkowo czujesz się trochę dziwnie, skoro oddychanie wiąże się u ciebie z niepokojem. To uczucie prędzej czy później mija, zazwyczaj po jednym lub dwóch dniach ćwiczeń.

Oddychanie brzuchem to nie operacja mózgu. Wielu ludzi o nim słyszało. Problem polega na tym, że większość nas wciąż oddycha nieprawidłowo. Przygotuj więc kilka kartek z napisem ?Zadbaj o oddech” i porozwieszaj je tam, gdzie będziesz je widział. W tym tygodniu często sprawdzaj, jak oddychasz, zwłaszcza gdy czujesz się zagoniony czy przytłoczony. Wydaj westchnienie ulgi i skon­centruj się na pięciu czy dziesięciu oddechach przeponą. Pomyśl o tym jako o odnajdywaniu drogi to swojego ?zdrowego centrum”. Z czasem to uczucie stanie się znajome, jak przebywanie w domu. Coraz łatwiej będzie ci doświadczać spokoju wewnętrznego.

Pamiętaj, że spokój wewnętrzny już jest w tobie

Kiedy mój wnuczek, Aleks, nauczył się chodzić, zdarzało mu się ze śmiechem biegać w kółko w jakiejś pustej przestrzeni. Czasem drżał z podniecenia, a jego twarz rozjaśniała się bez żad­nej wyraźnej przyczyny. Jego mama, Natalia, nazywała to urocze zachowanie ?rozmową z aniołami”.

Taka czysta radość z taplania się w błocie, bawienia w wan­nie czy zabawy w ?a kuku” jest wrodzona. Zasoby spokoju we­wnętrznego i radości są nam dane od urodzenia, stanowią naszą prawdziwą naturę. Chociaż jednak jako małe dzieci jesteśmy na­turalnie spontaniczni i radośni, to w wieku dorosłym musimy czytać książki i chodzić na kursy, by na nowo nauczyć się czerpać z tych zasobów.

Frustruje nas przekonanie, że równowaga duchowa to jakiś odległy cel, osiągalny tylko dla kilku szczęśliwców, obdarzonych dobrymi genami, lepszą od naszej ?chemią mózgu”, dużą ilością pieniędzy czy powołaniem do życia zakonnego. Jednak spokój mogą znaleźć w swoim wnętrzu nawet ci najbardziej roztrzęsieni i zapracowani spośród nas. Przecież jest on naszą prawdziwą na­turą, naszym podstawowym stanem umysłu. Pewne buddyjskie powiedzenie głosi, że spokój jest jak słońce, które zawsze świeci w naszym sercu. Czasami bywa po prostu skryte za chmurami lęku, wątpliwości, zmartwień i pragnień, które nieustannie kie­rują nas w stronę przeszłości lub przyszłości. Słońce wychodzi tylko wtedy, kiedy odczuwamy siebie tu i teraz.

Wciąż pamiętam swoje pierwsze zajęcia jogi – ja, która jestem tak uzależniona od adrenaliny. Po godzinie wykręcania się jak precel, sapania i dyszenia zapomniałam o wszystkim oprócz tego, co odczuwałam w swoich mięśniach. To było wspaniałe uczucie – dać odpocząć swojemu zapracowanemu mózgowi. Nadszedł czas na ostatnią pozycję relaksującą, która wygląda w ten sposób, że le­żysz na plecach i starasz się przypominać trupa. To ma przywrócić ci własną prawdziwą naturę – spokój. Wszystko zwalnia. Kiedy mięśnie odprężają się, a umysł przestawia się na niski bieg, oddy­chanie właściwie ustaje.

Nauczyciel chodził pomiędzy nami i sprawdzał poziom od­prężenia, podnosząc nasze ręce i upuszczając je na podłogę. Ze­wsząd dochodziły głuche odgłosy. Zaczęłam myśleć: ?Wszyscy inni są zrelaksowani. Kobieta obok mnie nie oddychała przez minutę; to prawie trup. Ja jednak zawsze się spinam w stresującej sytuacji. Jak mogę się odprężyć, skoro zaraz przyjdzie nauczyciel, by mnie sprawdzić?”.

Zanim zdałam sobie sprawę z tego, co się dzieje, moja ręka znalazła się w powietrzu. Tkwiła tam jak noga zdechłego kanarka. Wbrew sobie wybuchnęłam śmiechem. Taka ze mnie joginka! Nie­powodzenie może być wyzwalające, ponieważ nie ma już nic do stracenia. Po chwili śmiechu po prostu odpuściłam sobie. Miałam wrażenie, że gdyby nie było podłogi, moje kończyny wyemigro­wałyby do Chin. Wypełniło mnie wspaniałe poczucie spokoju.

?Mój Boże” – myślałam – ?to właśnie to ludzie mają na myśli, kiedy mówią, że są zrelaksowani”. Nie odczuwałam niczego podob­nego od czasu, gdy byłam w wieku Aleksa, siedziałam na kolanach ojca i przytulałam głowę do jego piersi, a on opowiadał mi bajki.

Czy jako dorosły kiedykolwiek czujesz, że jesteś ?tu i teraz”?

Kiedy znajdujesz się w chwili obecnej, przeszłość i przyszłość bledną. Warunki, które według ciebie muszą być spełnione, by być szczęśliwym, tracą na znaczeniu. Proste przyjemności wschodu i za­chodu słońca, wiatru na twarzy, uśmiechu, który zdaje się docierać do każdej komórki twojego ciała, czy serdecznej rozmowy są na wyciągnięcie ręki. Jeśli potrafisz uwolnić się od myślenia i odprę­żyć, chmury się rozstępują. Stajesz się znów jak dziecko i czujesz promienną radość wewnętrznego słońca. Gdy ono świeci, czujesz się całością – elementem czegoś, co wykracza daleko poza twoje odrębne Ja.

W języku angielskim słowa whole (całość), boly (święty) i healing (uzdrawianie) mają jeden źródłosłów. W świętych chwilach teraźniejszości czujesz coś w rodzaju solidarności z życiem, bę­dącej samą esencją wewnętrznej harmonii. Problem polega na tym, że większość dorosłych rzadko jest ?obecna”. Jak mówi stare porzekadło: ?Palą się światła, ale nikogo nie ma w domu”. Wydaje się, że jesteśmy obecni i świadomi, lecz życie mija, a my myślimy o czymś innym.

Znaczna część naszego wyczerpania i zmęczenia światem, któ­re składamy na karb zapracowania, ma zupełnie inne przyczyny. Bierze się z przebywania wszędzie indziej, tylko nie w teraźniej­szości, ze stawiania warunków, po których spełnieniu w końcu bę­dziemy w stanie zaznać spokoju wewnętrznego. ?Kiedy zadzwo­nię tu i tam, kiedy komputer skończy zrzucać te pliki, kiedy kupię nowy samochód, kiedy dzieci pójdą spać, kiedy mój kochanek czy małżonek, czy szef w końcu mnie doceni… wtedy będę mógł być szczęśliwy”. To jakby pięciolatek myślał: ?Kiedy dorosnę, wtedy będę szczęśliwy”.

Zastanów się nad tym. Jeśli nie teraz, to kiedy? Gdy umrzesz?

Kiedyś zapytano Michała Anioła, jak to się dzieje, że potrafi tworzyć tak piękne rzeźby. Odparł, że po prostu odciosuje te części kamienia, które nie są rzeźbą. Tak samo jest ze spokojem wewnętrznym. Rzeźba – dzieło sztuki – już w tobie jest. Rzeźbie­nie swojego życia tak, by odsłoniło wewnętrzne piękno, wymaga stałej gotowości odciosywania podstępnych nawyków umysłu, które pozbawiają cię dziecięcej zdolności pozostawania obecnym w każdej chwili życia.

Kiedy czujesz się ?szalenie zapracowany”, spróbuj złapać od­dech i pozwól odpłynąć wszystkiemu, co znajduje się w twojej gło­wie. Pomyśl: ?Oto jestem”. Pozwól, aby twoje ciało się odprężyło. To nie jest łatwe zadanie, ale w miarę praktyki staje się ono coraz bardziej możliwe do wykonania. Oto jesteś. Radość może stać się twoim udziałem.