Archive for Kwiecień, 2012

Zachowaj wiarę

Uczeni i teologowie snują niezliczone teorie na temat, skąd po­chodzimy, dlaczego tu jesteśmy, dokąd idziemy i co się z nami stanie, kiedy tam dotrzemy. Tak naprawdę znaczenie życia jest kwestią wiary. A ona może być delikatnym ptakiem o łamliwych skrzydłach albo silnym orłem, szybującym nad tobą. Może wska­zywać ci drogę w podróży i przynosić pokój, nawet jeśli ścieżka przed tobą jest ciemna i pełna przeszkód. W końcu wiara polega nie tyle na systemie przekonań, ile na twojej chęci poddania się ta­jemniczej sile miłości i przewodnictwa, która pomaga ci odnaleźć swoją drogę.

W latach kiedy byłam psychologiem klinicznym, miałam oka­zję dużo słuchać na temat wiary, ponieważ choroba lub perspek­tywa śmierci na ogól wysuwa pytania egzystencjalne na pierw­szy plan. Wiara okazała się dla większości ludzi czymś bardzo osobistym, dużo bogatszym niż bezkrytyczne uwewnętrznianie dogmatów religijnych. Rozmowy z trzydziestokilkuletnią matką dwójki małych dzieci, która cierpiała na zaawansowaną chorobę Hodgkinsa, nauczyły mnie bardzo dużo na temat wiary. ?Susan” rozpaczliwie pragnęła żyć i widzieć, jak dorastają jej dzieci. Robiła wszystko, co mogła, by wyzdrowieć. Nie tylko była pod opieką doskonałych lekarzy, lecz również dobrze się odżywiała, przychodziła do naszej kliniki ciała i umysłu i konsultowała się z chińskim lekarzem w sprawie akupunktury i leczenia ziołami.

?Robię wszystko w walce o życie i moje dzieci – powiedzia­ła mi – ale wynik jest w rękach Boga. Jak większość chorych modlę się o uzdrowienie. Wiem, że nie zawsze jest ono częścią większego obrazu. Nie jestem tak zadufana w sobie, by uważać, że Bóg rządzi wszechświatem, kierując się moimi sugestiami. Modlę się więc o siłę i odwagę podporządkowania się boskim planom ze spokojnym sercem, bez względu na to, czy oznacza to życie, czy też śmierć. „Wszechświat jest dużo większy, wspanialszy i bardziej kochający niż cokolwiek, co potrafimy sobie wyobra­zić. Wszystko ma swój czas. W to wierzę. I to mnie pociesza, kiedy budzę się chora i przerażona”.

Susan bardzo lubiła historię o wierze, którą opowiedział gru­pie zastępca dyrektora naszego programu, Steve Maurer. Od­zwierciedlała ona jej filozofię. Historia opowiada o skromnym doradcy potężnego króla. Doradca był uczonym człowiekiem, który studiował filozofię w wielkich miastach Wschodu, lecz żył według prostej zasady wiary: ?Nie martw się. Wszystko, co się dzieje, wiedzie ku dobremu”.

Pewnego dnia król wyruszył na polowanie. Tropiony od kilku sezonów królewski jeleń znów uciekł. Król był tak sfrustrowany, że połamał na skale swój wielki łuk. Jego doradca, jak zawsze, filozoficznie, uspokajał go, że wszystko wychodzi na dobre. Mając dość słuchania pustych komunałów głupiego filozofa, król kazał zamknąć go w lochu. ?Teraz powiedz mi, że wszystko wiedzie ku dobremu” – prowokował go.

Doradca tylko potrząsnął głową i się uśmiechnął. ?Zobaczy­my” – powiedział, sadowiąc się na kamiennej podłodze celi i nacią­gając pelerynę, by ustrzec się przed zimnem.

Następnego dnia król znów wybrał się na polowanie, tym razem sam, bo jego doradca siedział w lochu. Kiedy król prze­skakiwał przez zarośla, wypadł z siodła i złamał nogę. Wkrótce potem podjechała do niego banda groźnie wyglądających męż­czyzn i bezradny król skulił się z przerażenia, kiedy go otoczyli. Był pewien, że go obrabują i zabiją albo porwą i będą trzymali dla okupu. Ale, co dziwne, mężczyźni, wskazując z poruszeniem na jego złamaną nogę, wsiedli na konie i odjechali.

Król, chociaż bardzo cierpiał, zdołał wspiąć się na wierzchow­ca i wrócić do zamku. Kiedy tylko lekarz poskładał mu nogę, rozzłoszczony król kazał przyprowadzić doradcę.

?Teraz mi powiedz – warknął groźnie do mężczyzny – jak zła­manie mojej nogi może wieść ku dobremu?”.

Skrzyżowawszy swe masywne ręce na purpurowej szacie, król odchylił się z gorzkim uśmiechem na naznaczonej cierpieniem twarzy.

?Za twoim pozwoleniem, Wasza Wysokość, wyjaśnię dokład­nie, dlaczego wszystko służyło dobru. Ci, którzy na ciebie napa­dli, to nie byli bandyci, lecz wyznawcy bożków natury. Jest wio­sna, czyli czas, w którym składają ofiary. Mieli nadzieję złapać cię jako ofiarę dla bóstw, by ich plony były dobre w tym roku, a stada się mnożyły. Ponieważ miałeś złamaną nogę, okazałeś się bezużyteczny. Ofiarami mogą być tylko doskonałe okazy”.

Król zastanawiał się nad tą odpowiedzią, przypominając sobie, jak mężczyzna z wielkim poruszeniem wskazywał na jego nogę.

?To może być prawda – rzekł do doradcy – ale jak to, że zosta­łeś wrzucony do lochu, miało wieść ku dobremu?”.

?Zastanów się nad tym” – zasugerował doradca. ?Zawsze wyru­szam z tobą na polowanie. Kiedy ci barbarzyńcy zostawiliby ciebie z powodu złamanej nogi, na pewno zamiast ciebie wzięliby mnie. A teraz, kiedy rozmawiamy, mógłbym być składany w ofierze ich bożkom. Zatem przebywanie w lochu ocaliło mi życie”.

Uporządkuj swoje piorytety

Nawet kiedy życie jest obdarzone sensem i celem, nadal trud­ne może okazać się porządkowanie priorytetów. Miłość do tego, czym się zajmujesz, może sprawić, że będziesz to robił z takim entuzjazmem, iż staniesz się bardziej zapracowany niż kiedykolwiek przedtem. Jeżeli pozwalasz na to, by praca stała się ważniejsza od rodziny, przyjaciół i troski o samego siebie, twój spokój wewnętrzny może szybko zniknąć.

Uczestnicy programów rehabilitacyjnych, polegających na dwuna­stu krokach, mają trafny slogan: ?Najpierw najważniejsze”. Trzyma­jąc się tego planu, nie pozwalamy, by życiowe priorytety zostały zako­pane w piasku przez napływającą falę codziennych obowiązków.

Usłyszałam kiedyś inspirującą historię o utrzymywaniu prioryte­tów w porządku. Niestety, nie znam źródła, ale doceniam mądrość osoby, która ją opowiedziała. Jej bohaterem jest siedemdziesięcio­pięcioletni mężczyzna, który dawał radę młodemu ojcu, tak zajęte­mu, że nie zdążył na pokaz tańca swojej córki. Takie momenty są niezwykle cenne i kiedy spoglądasz wstecz na swoje życie, to właśnie one wybijają się na pierwszy plan. Dzieci dorastają w mgnieniu oka, a okres pokazów tańca i meczów piłkarskich mija bardzo szybko. Być może chciałeś iść, ale nigdy nie było na to dość czasu.

Starszy mężczyzna mówił o odkryciu, jakiego dokonał w wieku pięćdziesięciu pięciu lat. Zdał sobie wówczas sprawę, że jeżeli prze­żyje tyle, ile przeciętny obywatel, czyli siedemdziesiąt pięć lat, to pozostaje mu tylko tysiąc sobót. Historia zainteresowała mnie, bo także mam pięćdziesiąt pięć lat. I jeśli przeżyję jeszcze dziewiętna­ście czy dwadzieścia lat, to przede mną również około tysiąca sobót. Mężczyzna ten kupił tysiąc szklanych kulek, które włożył do prze­zroczystego plastikowego słoja. Co sobotę wyjmował jedną kulkę i ją wyrzucał. Kiedy patrzył na malejącą liczbę kulek, życie wydawa­ło się cenniejsze, a priorytety stawały się wyraźniejsze. W rezultacie spędzał więcej czasu z tymi, których kochał.

Okazało się, że tego ranka, kiedy dzielił się swoją historią z mło­dym, zapracowanym ojcem, wyjął ze słoja ostatnią kulkę. Wszyscy tracimy nasze kulki, stwierdził filozoficznie, ale kiedy patrzysz, jak znikają, rozumiesz, że życie się skończy. Każdy dzień jest darem i nie można traktować go jak coś oczywistego. Jednak większość ludzi tak właśnie robi.

W wielkim hinduskim arcydziele, Bhagawadgita, bóg Kryszna, przebrany za woźnicę rydwanu, pyta Ardźunę, młodego wojow­nika, któremu pomaga: ?Jaki jest największy cud na Ziemi?”. Od­powiedzią jest nasze zaprzeczanie śmierci. Chociaż widzimy, że umierają nasi przyjaciele, członkowie rodziny, sławni ludzie i nie­znajomi, wydaje się, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że śmierć przyjdzie i po nas.

Postanowiłam kupić sobie szklane kulki, by pomogły mi pa­miętać. Zamierzam wybrać naprawdę piękne, z tęczowymi bły­skami, takie, jakimi bawiłam się będąc dzieckiem. I włożę je do pięknego szklanego wazonu, stojącego na stole w jadalni. W ten sposób będę często je widziała i przypominała sobie, że każdy dzień jest darem. Zamiast jednak wyrzucać każdą wyjętą w so­botę kulkę, zatrzymam ją dla zabawy. Nigdy nie jest za późno na drugie dzieciństwo.

W tym tygodniu pomyśl o trzech najważniejszych priorytetach w danym dniu. Może na twojej liście znajdzie się spędzenie czasu z rodziną, odwiedziny u przyjaciół, modlitwa, zjedzenie swoich sześciu porcji owoców i warzyw, ćwiczenia fizyczne, uczenie się. Spraw sobie szklany słój i trochę szklanych kulek. Nie martw się, nie będziesz potrzebował tysiąca, wystarczy dwadzieścia jeden. Za każdym razem, kiedy zrealizujesz jeden ze swoich priorytetów, włóż kulkę do słoja. Jeżeli pod koniec tygodnia znajdziesz w nim wszystkie dwadzieścia jeden, będziesz wiedział, że każdego dnia udało ci się zrealizować trzy najważniejsze dla ciebie sprawy. Jeżeli jest mniej niż dwadzieścia jeden i potrzebujesz więcej inspiracji, by zajmować się w pierwszej kolejności sprawami, które mają dla cie­bie największe znaczenie, to może zechcesz kupić jeszcze tysiąc kulek i zacząć cosobotnie odliczanie.

Odszukaj sens w swoim życiu

Ludzkie dążenie do nadania sensu przeszłości i do zbudowania lepszej przyszłości jest siłą natury równie potężną jak wiatr i ogień. Ludzie wszędzie szukają znaczenia swojego życia – od ciasteczek z wróżbami po telefony do jasnowidzów. Pragnienie szczęśliwej przyszłości odczuwane przez spokojną osobę się­ga głębiej niż powierzchowna tęsknota do bogactwa czy sławy. Chcemy wiedzieć, że nasza krótka egzystencja ma wartościowy cel, który służy życiu. Poczucie sensu sprawia, że nasz czas staje się cenny. Pomaga nam też przetrzymać życiowe burze, rozwija­jąc się wskutek działania przeciwności. Dzięki niemu nie czujemy się bezsilnymi ofiarami.

Tym, co przede wszystkim różni ludzi rozwijających się dzięki trudnym okolicznościom od tych, którzy tego nie potrafią, jest umiejętność znajdowania jakiegoś pozytywnego znaczenia nie­powodzeń. W latach kiedy zajmowałam się psychologią medycy­ny, miałam przywilej obserwowania, jak ten proces transformacji zmieniał bieg ludzkiego życia. Pasja pomagania moim pacjentom w poszukiwaniu sensu cierpienia wynikała z mojej osobistej tra­gedii i silnej potrzeby zrozumienia tego, co się stało.

Mój ojciec zmarł, kiedy byłam biologiem i zajmowałam się w la­boratorium badaniem komórek nowotworowych. Jeden z jego le­ków, który hamował postęp białaczki, miał straszne objawy uboczne. Zachowanie ojca stawało się maniakalne, na granicy choroby psy­chicznej. Pod destrukcyjnym wpływem leku tracił swoją miłą i cier­pliwą osobowość. Było tak, jak gdyby jakiś agresywny obcy wnikał w jego wyniszczone ciało. Moja rodzina próbowała rozmawiać o tym z lekarzem, ale reakcją był tylko monotonny wykład o konieczności kontynuowania leczenia, które dawało szansę na wyzdrowienie. Wy­dawało się, że jakość życia nie ma żadnego znaczenia.

Po roku kuracji, przygotowując ojca do operacji, przerwano podawanie mu tego leku. Przez kilka wspaniałych tygodni znowu był sobą. To było jak odkrycie, że twój najdroższy ukochany, któ­ry zaginął na morzu podczas sztormu, przypłynął jednak bez­piecznie do portu. Czas, jaki spędziliśmy z nim podczas tej krót­kiej chwili wytchnienia, był niezwykły, ponieważ wiedzieliśmy, że lek, który zabijał jego duszę, równocześnie dawał życie jego cierpiącemu ciału. Aby żyć, będzie musiał znowu go brać.

Ten lek był szatańską transakcją. Naprawdę smutne jest – a są­dzę, że można tu mówić nawet o pogwałceniu przysięgi Hipokratesa – kiedy lekarz nie pomaga rodzinie radzić sobie z tak straszny­mi sytuacjami. Lekarz mojego ojca, wybitny ekspert w dziedzinie leczenia białaczki, wydawał się ślepy na wszystko, co dotyczyło pacjenta, poza wynikami badań krwi. Nie zapewniał ani emocjo­nalnego, ani duchowego wsparcia. Zatem odzyskawszy normalny stan umysłu, mój ojciec dokonał rozpaczliwego wyboru. Przed świ­tem pewnego gorącego, wrześniowego poranka wyskoczył przez okno mieszkania w wieżowcu na Florydzie, gdzie razem z matką mieszkali od czasu przejścia na emeryturę. Nie chcąc wracać do tego leku, zdecydował się odebrać sobie życie.

Moja matka była nieutulona w żalu. Bez przerwy zastanawiała się, dlaczego nie przewidziała zbliżającego się samobójstwa. My­ślę, że dobrowolnie oddałaby życie za mężczyznę, którego kochała przez tak wiele lat. W wyniku rozdzierającego serce poczucia winy zamieniła się w pustelnicę i zerwała kontakty z przyjaciółmi. Nie umiejąc znaleźć wyższego sensu tej tragedii, żyła w tym narzuco­nym sobie wygnaniu przez trzynaście lat, aż do śmierci.

W czasie, gdy mój ojciec popełnił samobójstwo, byłam na­ukowcem, starającym się znaleźć lekarstwo na raka. Znałam treść całych tomów na temat biologii komórek nowotworowych, ale nie wiedziałam prawie nic o psychicznej reakcji na tę chorobę. Problem wyboru pomiędzy jakością życia a jego długością był dla mnie jeszcze jednym tematem rozważań akademickich. Potem do­piero objawił mi się z niezwykłą siłą.

Podobnie jak moja matka, miałam przygniatające poczucie winy. Jako zajmujący się medycyną badacz, czułam, że powin­no być możliwe bezpieczne przeprowadzenie ojca przez zawiły proces leczenia. Zamiast tego zmarł on na moim dyżurze. Było to szczególnie złośliwym przejawem ironii losu. Z czasem jednak zaczęłam szukać głębszego znaczenia tej tragedii. Śmierć ojca była ogniwem w łańcuchu wydarzeń, które doprowadziły do opuszczenia przeze mnie laboratorium i realizowania swojej pa­sji. Zawsze chciałam badać związek pomiędzy umysłem a ciałem. A teraz pragnęłam przywrócić medycynie duszę.

Pod wpływem naszej tragedii rodzinnej moim pierwszym pro­jektem w dziedzinie medycyny behawioralnej było stworzenie grup zajmujących się ciałem i umysłem wśród ludzi cierpiących na raka oraz ich bliskich. Wierzyłam, że jeśli choć jedna rodzina prze­żyje okres choroby lepiej niż nasza, śmierć mojego ojca nabierze sensu. Praca była rodzajem odkupienia. Widziałam twarz mojego ojca w każdym pacjencie, którym się zajmowałam. Twarz matki ukazywała mi się w każdym cierpiącym współmałżonku. Zamiast uznać śmierć ojca za porażkę albo bezsensowne bolesne przeżycie, zaczęłam myśleć o niej jako o powołaniu. Pomoc rodzinom zma­gającym się z rakiem na wiele lat wyznaczyła kierunek mojej pracy i nadała jej sens.

Człowieczeństwo to dziwna i cudowna rzecz. Często właśnie w najtrudniejszych, a nie w tych spokojnych okresach znajdu­jesz cel, który nadaje sens twojemu życiu. Pasja zrodzona z po­czucia sensu jest czymś więcej niż przełomem psychicznym lub emocjonalną strategią radzenia sobie. To spojrzenie w głąb duszy sprawia, że nieuchronne ciężkie doświadczenia życiowe zmie­niają się w uświęcone poszukiwania. Każde działanie zrodzone z poczucia głębszego sensu staje się jak modlitwa, a przeszkody na drodze do celu rozstępują się tak jak Morze Czerwone przed Mojrzeszem.

W tym tygodniu znajdź dwie lub trzy godziny, kiedy możesz liczyć na to, że będziesz sam. Spisz historię swojego życia, tak jakby to była powieść. Pamiętaj, że najważniejsze nie są wydarze­nia, do jakich doszło, ale znaczenie, jakie im nadajesz. Chociaż przeszłość jest zamknięta, twoja historia pozostaje zawsze otwar­ta na korektę. Zobaczenie swojej historii z perspektywy duszy może zmienić na lepsze twoją przyszłość, niezależnie od tego, jaka była przeszłość.

Wprowadzaj miłość w życie

Każdy tęskni do tego samego: by kochać i być kochanym.

Głębokie poczucie jedności, wartości i przynależności, jakie daje miłość, jest tak bliskie doświadczeniu raju, jak to jest tylko możliwe w wypadku śmiertelników na Ziemi.

Sposób, w jaki jesteśmy wychowywani, wywiera wielki wpływ na naszą zdolność do miłości. Towarzyszące nam w dzieciństwie poczucie, że jesteśmy szanowani i wartościowi, stanowi podstawę rozwoju współczucia i dobroci, przejawianych przez nas w życiu dorosłym. Większość z nas otrzymała to, co psychologowie nazy­wają ?wystarczająco dobrym” wychowaniem. Może nasi rodzice nie byli doskonali, lecz przynajmniej wyrośliśmy na ludzi obda­rzonych sumieniem i zdolnością rozumienia, że inni są tak samo ważni jak my. Do momentu przekroczenia trzydziestego roku życia, rany odbierane w dzieciństwie, które blokują miłość, stają się oczywiste. Być może jesteś cyniczny lub obawiasz się zaanga­żowania. Może masz osobliwy radar, który nieustannie każe ci wybierać niewłaściwych przyjaciół czy ukochanych. Być może źle się o siebie troszczysz i brakuje ci umiejętności wyznaczania rozsądnych granic. Może nawet straciłeś nadzieję…

Jeżeli pragniesz spokoju wewnętrznego, musisz w końcu zaan­gażować się w proces uzdrawiania, który poprawi twoje poczucie własnej wartości, nauczy cię inteligencji emocjonalnej i pomoże ci wybaczać. Nie wszyscy ludzie mają zewnętrzne czy wewnętrzne zasoby, dzięki którym mogliby przyjąć potrzebne im uzdrowienie emocjonalne. Niektórzy są zranienie poważniej. Pomaganie tym osobom poprzez programy nastawione na wspieranie dzieci, takie jak organizacje Big Brother i Big Sister, schroniska dla bezdom­nych, schroniska dla maltretowanych kobiet i inne ochotnicze organizacje, jest dwuwymiarową strategią dążenia do spokoju. Uzdrawiasz siebie, oferując miłość i uzdrawianie innym.

Przed laty Ram Dass napisał wspaniałą książkę, zatytułowaną How Can I Help?. Twierdził, że poświęcanie swojego czasu i ta­lentu na wolontariat pomoże nam osiągnąć więcej wewnętrzne­go spokoju. Dodatkową nagrodą jest to, że praca wolontariusza poprawia zdrowie i przyczynia się do długowieczności. W wielu korporacjach realizuje się programy, w ramach których pracow­nicy mają czas wolny przeznaczony na pracę dla lokalnej społecz­ności. Umożliwienie pracownikom wolontariatu w czasie pracy okazuje się dobrym interesem. Pracownicy są bardziej lojalni i odczuwają większą satysfakcję z pracy, ponieważ wolontariat nadaje ich życiu głębszy sens. Daje im też szansę wprowadzenia miłości w życie.

Wzorem okazywania miłości jest dla mnie Robin Casarjian. Robin kieruje fundacją Lionheart, której celem jest uczenie więź­niów umiejętności wyrażania emocji. Spotkałam ją, kiedy obie prowadziłyśmy programy panowania nad stresem w Bostonie. Po opublikowaniu swojej pierwszej książki ForgivenessRobin zosta­ła poproszona o wygłoszenie wykładu na ten temat w miejscowym więzieniu. O dziewiątej rano stu dwudziestu spośród siedmiuset więźniów pojawiło się na sali, by usłyszeć jej mowę o przebacza­niu. Robin była zdumiona. Niektórzy więźniowie chcieli czegoś więcej, niż tylko wysłuchać teorii na ten temat. Chcieli nauczyć się, jak to robić. Niebawem w kilku więzieniach zaproponowano Robin prowadzenie tygodniowych programów o samouzdrawianiu, przebaczaniu i umiejętnościach wyrażania emocji.

Zamiast uwrażliwiać na rany emocjonalne współwięźniów, więzienia są raczej wyższymi uczelniami przemocy. W każdym tygodniu przepełniony system więzienny Stanów Zjednoczo­nych ?zasila” przeciętnie tysiąc sześćset osób. Może zaskoczy cię fakt, że obecnie dziedzina resocjalizacji jest w tym kraju naj­szybciej rozwijającą się gałęzią gospodarki. I jeżeli liczba osadzo­nych nadal będzie rosła w takim tempie, to w połowie stulecia w więzieniach znajdzie się ponad pięćdziesiąt procent populacji Stanów Zjednoczonych. Sposobem na odwrócenie tej tendencji jest oczywiście pomaganie dzieciom. Niestety rząd amerykański jest innego zdania. Straszy poważnymi karami dorosłych, którzy i tak najczęściej są bardzo zranionymi ludźmi. Przemoc rozwija się w samonapędzającym się cyklu. Krzywdzone dzieci wyrastają na dorosłych krzywdzicieli.

Jak wszystkie istoty ludzkie, więźniowie pragną znaleźć w ży­ciu sens i zbudować przyszłość odmienną od przeszłości. Bez mi­łości i szacunku do samego siebie zmiana nie nastąpi. Korzystając z umiejętności panowania nad stresem, technik terapii poznawczej, medytacji, odgrywania ról i autorefleksji, Robin uczy więźniów, jak rozumieć swoje uczucia i wyrażać je w dojrzały, konstruktyw­ny sposób. Istotą jej programu jest wybaczanie, które stanowi też podstawę brania odpowiedzialności za swoje czyny.

Aby dotrzeć do większej liczby więźniów, Robin opracowała swój program w formie książki. Darmowe egzemplarze Houses of Healingzostały przekazane wszystkim więzieniom federalnym i stanowym w USA. Tytuł odzwierciedla marzenie Robin, aby wię­zienia zmieniły się ze szkół przemocy w domy uzdrawiania. Program Robin obejmuje także książki z ćwiczeniami i filmy wideo dla osób, które chcą go nauczać[5]. Realizuje się go w wielu instytucjach reso­cjalizacyjnych w całym kraju. W krótkim, ale poruszającym filmie o kobietach i mężczyznach uczestniczących w programach Domów Uzdrawiania znalazło się ujęcie bawiących się dzieci o słodkich twa­rzyczkach. Narrator zadaje przejmujące pytanie: ?Przyszli na świat jako piękne, naznaczone boskością dzieci; jak to się stało, że skoń­czyli w więzieniu?”. Gdyby nie siła miłości, na ich miejscu mógłby się znaleźć każdy z nas.

W tym tygodniu pomyśl o tym, jak wprowadzasz miłość w życie. Problemy w naszym społeczeństwie mogą wydawać się przytłacza­jące, ale jeśli każdy z nas będzie pomagał, jesteśmy w stanie wiele zmienić. Kiedyś zapytano Matkę Teresę, jak udało jej się zebrać czter­dzieści tysięcy umierających ludzi z ulic Kalkuty. Odpowiedziała, że gdyby myślała o nich wszystkich, byłaby przerażona. To działo się stopniowo. Zabierała ich pojedynczo. Nazwała to prawem ?jeden po drugim”. W ten właśnie sposób miłość uzdrawia, i to jest strategia, którą może zastosować każdy z nas.

Bądź uprzejmy

Uprzejmość wyrasta z uważnego podejścia do życia, kiedy w naturalny sposób dostrzegasz potrzeby otaczających cię ludzi i okazujesz im należny szacunek. W życiu wypełnionym pracą pośpiech i troski często jednak zawężają nasze pole uwa­gi. Uważność cierpi na tym i nawet w wypadku osób z natury uprzejmych, współczucie ustępuje niekiedy miejsca doraźnym korzyściom. Kiedy tak się dzieje, życie traci część swojej słody­czy. Warto uczynić z uprzejmości priorytet, tak by dobroć, która jest twoją prawdziwą naturą, miała szansę rozkwitnąć i posiać na świecie ziarno pokoju.

Nieuprzejmość jest teraz coraz powszechniejsza, a co gorsza, przyzwyczailiśmy się jej oczekiwać. Pewnego dnia zawiozłam jednego z moich pasierbów do Boulder, skąd odjeżdżał busik na lotnisko w Denver. Ponieważ na dworze było zimno, czekaliśmy w hotelowym holu, skąd busik zabierał pasażerów. Czekała z nami jeszcze jedna osoba – modnie ubrany mężczyzna, który powiedział nam, że jest w trakcie podróży po czterech miastach, gdzie uczest­niczy w rozmowach kwalifikacyjnych w sprawie nowej pracy. W obu rękach trzymał bagaż. Miał dwie czarne walizki na kół­kach, na jednej z nich umieszczona była duża torba na komputer. Kiedy podjechał busik, wszyscy ruszyliśmy w kierunku drzwi.

Mój pasierb Christian i ja poszliśmy na prawo, a ów czło­wiek – na lewo. Podtrzymałam drzwi dla Christiana, a kiedy je puściłam, uderzyły biednego mężczyznę w twarz. Najwyraźniej zmienił kierunek w trakcie marszu i poszedł za nami. Byłam zawstydzona i nie wiedziałam, jak go przepraszać. Nawet jeśli myślisz, że droga jest wolna, dobrze spojrzeć jeszcze raz, zanim puścisz drzwi.

Mężczyzna był w filozoficznym nastroju: ?Proszę o tym nie myśleć. Nadal żyję. Takie rzeczy ciągle się zdarzają”.

Problem polega na tym, że miał rację.

Kilka lat temu byłam na konferencji poświęconej uzdrawia­niu. W pewnej chwili do podium podbiegła kobieta i zanim po­jawił się następny mówca, żarliwie obwieściła: ?Jesteśmy na tej konferencji, aby uczyć się o uzdrawianiu, a uzdrawianie wymaga dobroci i uwagi. Dwoje z was właśnie przeszło przez drzwi, nie patrząc, kto jest z tyłu. Drzwi uderzyły starszą kobietę, która się przewróciła. Jeżeli jesteśmy zbyt zajęci, by troszczyć się o siebie nawzajem, nic tu po nas”.

Im bardziej jesteśmy zajęci, tym mniej uwagi poświęcamy in­nym i tym bardziej potrafimy być podenerwowani i bezmyślni. Nie tylko wobec obcych, ale także wobec własnej rodziny i współ­pracowników. W niektórych korporacjach niegrzeczne, nieuprzej­me zachowanie budzi taki niepokój, że stosuje się tam narzędzie diagnostyczne, zwane ?Indeksem uprzejmości”, służące do odno­towywania częstotliwości i typu złego zachowania, które psuje kli­mat w pracy i pozbawia pracowników spokoju umysłu.

W ?Krajowym raporcie na temat pracy i rodziny” (The Natio­nal Report on Work and Family) z grudnia 2000 roku opisywano trwające pięć lat badanie przeprowadzone na University of North Carolina – UNC. Wszyscy spośród ośmiuset badanych relacjono­wali nieuprzejmość w miejscu pracy. Osiemdziesiąt dziewięć pro­cent osób oceniło problem jako poważny, a ponad trzy czwarte uznało, że nasilił się on w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W bada­niu UNC uwzględniono także efekty niegrzecznego zachowania. Ponad pięćdziesiąt procent badanych marnowało czas w pracy, martwiąc się incydentem, który już się zdarzył, łub takim, który dopiero może się wydarzyć. Pięćdziesiąt procent zastanawiało się, czy nie zrezygnować z pracy, by nie spotykać więcej niesym­patycznego współpracownika. Nieuprzejme zachowanie polega­ło na lekceważeniu, nękaniu, protekcjonalności, nieposłuszeń­stwie, wygłaszaniu kazań moralnych, pomijaniu czyjegoś wkładu pracy, niszczącym plotkowaniu, przerywaniu i niesłuchaniu.

Prostackie, niegrzeczne zachowanie staje się normą. Będąc w supermarkecie, rzadko udaje się nam uniknąć pozostawione­go na środku alejki wózka, który blokuje ruch, albo zepchnięcia na bok przez spieszącego się, nieuważnego klienta. Wydaje się, że większość ludzi w ogóle się nad tym nie zastanawia. Kiedy usłyszymy przeprosiny, jesteśmy miło zaskoczeni. Chociaż więk­szość nas stara się, jak może, prawie każdy bywa niegrzeczny. Czy zdarzyło ci się nie słuchać ukochanej osoby, zlekceważyć jej opinię, potraktować ją protekcjonalnie lub stracić panowanie nad sobą i krzyczeć?

W tym tygodniu obserwuj, czy twoje zachowanie jest uprzej­me. Bądź dobrym słuchaczem i jeżeli prosisz kogoś o wykonanie jakiegoś zadania, to wykorzystaj efekty jego pracy, albo powiedz mu, dlaczego tego nie zrobisz. Ludzie powinni wiedzieć, że są sza­nowanymi członkami domowego bądź firmowego zespołu. Jeśli kusi cię, aby podnieść głos przy wyrażaniu swojego zdania, weź kilka głębokich oddechów i policz do dziesięciu. A gdy ktoś za­trzaskuje ci drzwi przed nosem, zastanów się nad swoją reakcją. Oschłe ?dziękuję”, choć kuszące, jest protekcjonalne i sarkastycz­ne. A kiedy na niegrzeczność odpowiadasz tym samym, problem tylko narasta. Jeżeli masz jakieś pomysły na grzeczną reakcję wo­bec popychającego cię w supermarkecie klienta albo na zatrza­śnięcie ci drzwi przed nosem, daj mi znać!

Nikt nie czyta w twoich myślach

Kiedy się spieszysz, często łatwiej ci przyjmować założenia, niż się komunikować. Z czasem możesz uwierzyć w to, że czytasz w myślach i prawie nie musisz o nic pytać. I chociaż intu­icja bywa bardzo rozwinięta, duża część założeń nie jest jej prze­jawem. W wielu wypadkach jedynymi myślami, w jakich czytasz, są twoje własne.

Pewnego dnia wraz z moim byłym mężem zauważyliśmy u siebie wiele takich założeń. Byliśmy wtedy na polu golfowym. Kurt jest świetnym graczem, a ja wciąż zupełnie początkującym. Zainteresowałam się tym sportem, żebyśmy mieli jakieś wspólne relaksujące zajęcie. Sądząc z liczby czteroliterowych słów, jakie padają podczas tej gry z ust skądinąd cywilizowanych ludzi, golf już nie wydaje mi się odprężający. Jest to wymagająca gra, ale przynajmniej na tyle absorbująca, że pozwala odetchnąć od zwy­kłych życiowych frustracji, zapewniając własne. Nigdy nie będę Tigerem Woodsem, lecz ominięcie piaszczystej pułapki dostarcza i mnie natychmiastowej gratyfikacji.

Właśnie podejmowaliśmy grę po zdobyciu punktów. Obie pił­ki spoczywały w dołku, a ja cieszyłam się z mojego uczciwego, dobrego wyniku. Kurt pochylił się, by wyjąć piłki i przełożyć fla­gę, a ja radośnie podbiegłam do wózka.

?Hej – zawołał Kurt, wymachując moją piłką – Nie chcesz tego?”.

?Och – odparłam. – Uznałam, że przyniesiesz to do wózka”.

Pokręcił głową: ?Każdy facet, by wiedział, że czekam, by wrę­czyć mu jego piłkę”.

Wybuchnęliśmy śmiechem. Każde z nas poczyniło pewne założenia: on, że będę wiedziała, jakie jest zwyczajowe zacho­wanie; a ja, że on przyniesie piłki z powrotem do wózka. To doprowadziło do dyskusji na temat jednego z pieszczotliwych przezwisk dla mnie: Królowa Założeń. On czasem też zasługiwał

na miano Króla Założeń. Nie ma wprawdzie w kalendarzu dni tych dobrze nam znanych ?świętych”, ale mają oni swoje miejsce w życiu wielu zapracowanych ludzi, którzy nieświadomie wiel­bią ich w swoich kaplicach.

Im bardziej jesteśmy zapracowani, tym więcej w naszym życiu fał­szywych założeń na temat tego, co inni ludzie powinni wiedzieć. Zna­my plan. Przecież dokładnie go przemyśleliśmy. Niestety, być może nie ukończył on podróży z naszego umysłu do naszych ust. Domownicy mogą być niemile zaskoczeni, kiedy oznajmiamy im, że oczekujemy od nich, by poszli do miasta i załatwili kilka spraw. To ma sens dla nas. W ten weekend mamy napisać sprawozdanie, a oni są wolni. Powinni to wiedzieć. Każda w miarę świadoma osoba by to wywnioskowała. Nawet jeżeli nie wspomnieliśmy o tym wprost, czyż nie?

Król i Królowa Założeń są bliskimi krewnymi Mata i Mary Czytających w Myślach. Ta para wierzy, że inni ludzie są tak wraż­liwi i dostrojeni do nich, że właściwie żadna komunikacja nie jest konieczna. Czasem poprzedzają skargę taką uwagą: ?Gdyby ci naprawdę zależało, wiedziałbyś, że…”. Prawdopodobnie mo­żesz dokończyć to zdanie na podstawie zdarzeń z własnego życia, na przykład: ?Mój samochód był brudny i byłoby miło z twojej strony, gdybyś go umył”. Albo: ?Byłam przygnębiona i bukiet kwiatów na pewno poprawiłby mi humor”. Czy jeszcze inaczej: ?Trzeba było odebrać Jennifer ze świetlicy, a ja przecież musia­łam jeszcze zrobić zakupy”.

Bycie Królową czy Królem Założeń i myślenie, że inni ludzie mogą, a nawet powinni czytać w naszych myślach, naraża nas na cierpienie. Spokój umysłu ulatuje przez okno, kiedy z wizytą przychodzi zdenerwowanie. Oczekiwanie, że ktoś będzie czy­tał w twoich myślach, stanowi formę obwiniania. ?Dlaczego nie może być bardziej troskliwy?”. Jest to także objaw egocentryzmu. Każda zdrowa, zrównoważona osoba wie, że nie jest słońcem, wo­kół którego kręci się życie innych ludzi. Nawet w wypadku naj­bardziej kochających się ludzi, partnerzy mają własne troski, ma­rzenia i potrzeby. Miłość to partnerstwo, polegające na dawaniu i braniu.

Antidotum na oczekiwanie, że inni będą czytać w twoich my­ślach, jest proste. Jeżeli chcesz kwiatów, naucz się o nie prosić.

Jeśli za trudno jest zrobić zakupy i jednocześnie odebrać dziecko ze świetlicy, poproś małżonka o wykonanie jednego z tych za­dań. Jasna komunikacja i bezpośrednie prośby pomagają utrzy­mać spokój i zapewniają innym szacunek, na jaki zasługują.

W tym tygodniu zaobserwuj, kiedy tracisz spokój umysłu pod wpływem założeń. Postanów jasno się komunikować i zdaj so­bie sprawę z tego, że im bardziej ludzie są zajęci, tym bardziej musisz być uważny, kiedy chcesz z nimi porozmawiać. Jeżeli są czymś zaabsorbowani i jedyną odpowiedzią, jaką otrzymujesz, jest: ?Aha, aha”, to spróbuj uprzejmie poprosić o ich całkowitą uwagę. Chociaż to może wydawać się proste i oczywiste, takie sytuacje często stanowią przeszkodę w porozumiewaniu się. Obie strony muszą być tu i teraz, zanim będą mogły otworzyć się serca i umysły, by stworzyć rozsądny plan współdziałania.

Porozumiewaj się uczciwie

Przed wieloma laty lekarz, z którym pracowałam, postano­wił przeprowadzić eksperyment prawdy, w którym wszelkie ubarwienia czy uniki byłyby niedozwolone. Wraz ze swoją żoną umówili się, że będzie to próba ulepszenia komunikacji i budo­wania intymności między nimi. Zobowiązanie się do prawdy przyniosło dalekosiężne skutki we wszystkich jego związkach.

?Jack” wcześniej lubił uciekać się do przesady i do uników. Był wesołym człowiekiem, ale posługiwał się żartami, by utrzymy­wać dystans wobec innych. Na pytanie: ?Jaki jest postęp twoich badań?”, odpowiadał na przykład: ?Fantastycznie. Z pewnością dostaniemy Nagrodę Nobla”. Taka odpowiedź nie zawierała żad­nych użytecznych informacji. Była to miła forma zlekceważenia osoby, która zadała pytanie.

Pod wpływem eksperymentu prawdy Jack stał się precyzyjny i uważny. Na to samo pytanie odpowiadał: ?No cóż, trochę wol­niej, niż bym chciał. Wczoraj wszystkie nasze żele opadły i nie wie­my dlaczego. Jestem naprawdę sfrustrowany. Ogólnie wyniki są zachęcające. Więcej wiemy o tym, jak działają kanały wapnia. My­ślę, że do terminu złożenia wniosku o przedłużenie dotacji w lu­tym, będziemy mieli wystarczająco dużo danych, by napisać go dobrze”. Taka odpowiedź wyraża szacunek dla pytającego, ujaw­nia ważne informacje o uczuciach Jacka i postępach jego badań, a także sprzyja bliskości. Ktoś kiedyś zdefiniował słowo bliskość jako ?patrzysz we mnie”. Jack pozwalał nam właśnie na to.

Krok po kroku zespół badawczy zaczął go poznawać i szcze­rze lubić. Przedtem Jack był dalekim, choć miłym kolegą, które­go wielu z nas nauczyło się ignorować. Pewnego dnia zatrzymał mnie w korytarzu. Wyglądał na zamyślonego. Wydawało mi się, że odczuwam pewien chłód z jego strony, zapytałam więc, czy z ja­kiegoś powodu jest na mnie zły. Przecząco pokręcił głową. Potem wyprostował się i spojrzał mi głęboko w oczy. Najwyraźniej czuł się niezręcznie, ale mimo to postanowił być uczciwy: ?Rzeczywi­ście, jestem zły – powiedział. – Mijasz mnie, nie mówiąc ?cześć? i czuję się, jakbym się nie liczył”.

To było zaskakujące. Nie sądziłam, że będzie to dla niego ważne. Kiedy spieszę się od jednego zadania do drugiego, jestem bardzo skoncentrowana. Prawdopodobnie nie zauważyłabym w koryta­rzu nawet nosorożca. Kiedy to wyjaśniłam, Jack odetchnął z ulgą. Przez dwa lata naszej znajomości uważał, że go nie lubię.

Później wdaliśmy się w rozmowę. Przyznałam, że choć zawsze ceniłam jego poczucie humoru, do niedawna tak naprawdę nie wiedziałam, kim jest, i czułam się w jego towarzystwie nieco za­kłopotana. W tym momencie nastąpiły dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, wykonaliśmy krok w stronę przyjaźni. Po drugie, zda­łam sobie sprawę, że mój nawyk intensywnego koncentrowania się na zadaniu mógł w równym stopniu oddalać mnie od innych ludzi jak zwyczaj lekceważenia ich poprzez żarty. Zaczęłam po­dejmować świadomy wysiłek mówienia ?cześć” innym i wszystkie moje relacje w pracy się ociepliły.

Na krótką metę unikanie nieprzyjemnej prawdy może być ła­twiejsze, ale w dłuższej perspektywie szczera komunikacja prowadzi do rozwoju i zmiany. Psychologowie Gay i Kathleen Hendricksowie, autorzy wielu książek na temat związków, pokazują wartość mówienia ?nieobwiniającej prawdy”. Zamiast pozwalać, by małe nieporozumienia urosły do wielkich rozmiarów, należy porozma­wiać o nich wcześniej, tak jak to było w przypadku Jacka i mnie.

Istotą nieobwiniającej prawdy jest dobroć. Większość ludzi już wie, że lepiej skomentować zachowanie drugiej osoby i to, jakie wywołuje ono w tobie uczucia, niż atakować jej charakter. Jack dobrze zrobił, mówiąc mi, jak się czuł, kiedy go ignorowa­łam, a nie nazywając mnie niewrażliwym snobem. Uwaga typu: ?Hej, kim dla ciebie jestem, rośliną doniczkową?”, chociaż dow­cipna, byłaby oskarżeniem i krytyką. Mogłaby przynieść więcej dystansu i wrogości, zamiast zgody i współpracy. Odwołując się do mojego najlepszego Ja, Jack umożliwił mi dokonanie odkryć, za które byłam wdzięczna.

Powiedzenie nieobwiniającej prawdy może wydawać się pro­ste, ale kiedy jesteś zapracowany i poirytowany, twoje najlepsze

Ja czasem ukrywa się zbyt głęboko. Jeżeli pozwolisz, by sarkazm, poczucie krzywdy czy złość przeniknęły do twojego komunikatu, ryzykujesz, że druga osoba zejdzie na ten sam poziom. Potem wszyscy cierpią, a rezultat, jakiego pragniesz – współpraca, uwa­ga i spokój – staje się coraz mniej prawdopodobny.

W tym tygodniu zwracaj baczną uwagę na sztukę prawdy w komunikacji. Jeżeli twoje nastoletnie dziecko rozrzuca ubra­nia po całym domu, posłuż się nieobwiniającą prawdą, zamiast sugerować, że jest beznadziejnym przypadkiem i rujnuje twoje życie. Jeżeli twój szef cię lekceważy, w prosty sposób powiedz, jak się z tym czujesz, bez obwiniania czy żalu. Jasna komunikacja jest podstawą bliskości i spokoju wewnętrznego.

Bądź dobrym słuchaczem

Jednym z największych darów, jakie możesz ofiarować innej osobie, jest słuchanie. Ten prosty akt dobroci daje jej możli­wość podzielenia się swoimi myślami i uczuciami. Słuchając, do­wiadujemy się więcej o sobie i rozwijamy silniejsze poczucie Ja. Podstawą zdrowia emocjonalnego jest miłość i uwaga ze strony naszych opiekunów, kiedy jesteśmy dziećmi. Niemowlęta prze­bywające w sierocińcach, gdzie zaspokajane są wprawdzie ich po­trzeby pożywienia i schronienia, lecz nikt nie reaguje na ich uczucia i słowa, często nie rozwijają się prawidłowo. Ich rozwój fizyczny jest opóźniony, a zdolność odczuwania emocji – zaburzona.

Potrzeba, by obdarzano nas uwagą i miłością, nie kończy się w dzieciństwie. Jest to silne dążenie emocjonalne. Nawet kiedy jesteśmy dorośli, możliwość omówienia naszych spraw dobrze wpływa zarówno na nasze ciała, jak i umysły. Interesujące ba­danie przeprowadzone przez psychologa Jamesa Pennebakera w Southern Methodist University, pokazało, że kiedy ludzie wy­powiadają swoje uczucia do zasłony prysznicowej, ich system od­pornościowy się wzmacnia. Jeżeli mówienie do milczącej plasti­kowej płachty przynosi tyle korzyści, to pomyśl tylko o wpływie, jaki może wywierać żywy, kochający słuchacz.

Podczas szkolenia dla przyszłych terapeutów wykonywaliśmy bardzo ciekawe ćwiczenie w parach. Jeden student odgrywał rolę klienta, drugi – terapeuty. Klient miał mówić przez dwadzieścia minut. Zadaniem terapeuty było uważne słuchanie, bez przery­wania. Zawsze, kiedy czuliśmy impuls, by się odezwać, mieliśmy zadać sobie pytanie, co kryło się pod tym impulsem. Czy chcieli­śmy poczynić empatyczną uwagę, doradzić, podzielić się reflek­sją, czy uzyskać wyjaśnienie lub dalszą informację?

Zauważyliśmy, że chęć przerwania mówiącemu często wyni­kała z pragnienia, by zapewnić go, że jesteśmy zainteresowani tym, co mówi. Innym razem chcieliśmy po prostu usłyszeć siebie, jak mówimy, lub powiedzieć coś, by wydać się inteligentni i kom­petentni. Niekiedy, być może, czuliśmy potrzebę, by w ten sposób zmniejszyć własny niepokój. Oczywiście, nie taka jest rola terapeu­ty. Ogólnie doszliśmy do wniosku, że dobrze się stało, iż większość tych impulsów do odezwania się została zduszona w zarodku.

Także doświadczenie, że ktoś słucha nas, nie przerywając, otwierało nam oczy. Moi koledzy relacjonowali prawie jedno­głośnie, że czuli się akceptowani i rozumiani przez milczącego słuchacza. Ponieważ wolno im było nieprzerwanie mówić, miały szansę pojawić się głębokie i często zaskakujące refleksje. Kiedy nam nie przerywano i nie zmieniano tematu, wielu z nas dotarło do niezwykłego i wartościowego poziomu uczuć i percepcji. Ani jedna osoba nie czuła się zlekceważona, mimo braku werbalnej reakcji. Tak naprawdę czuliśmy się wyjątkowo docenieni.

Słuchanie jest ważną formą komunikacji. Kiedy usta milczą, serce może powiedzieć bardzo dużo o tym, jak bardzo zależy ci na drugiej osobie. Ponownie nauczyłam się tej lekcji, kiedy siady­wałam przy umierających. Początkowo uważałam, że powinnam powiedzieć coś pocieszającego lub mądrego. Czasem mówiłam coś, by zagłuszyć własny niepokój. W końcu zdałam sobie spra­wę, że siedzenie z kimś w milczeniu – nawet jeśli on też nic nie mówił – było wciąż formą słuchania. Twoja milcząca czujność sprawia, że stajesz się bezpieczną przestrzenią. Jest to jeden z naj­głębszych sposobów okazywania miłości.

Słuchanie jest niezwykłą umiejętnością w naszym rozpędzonym świecie. Przypominam sobie przenikliwy rysunek ukazujący żałob­ników na pogrzebie. Podpis brzmiał: ?Tak mi przykro z powodu twojej straty, teraz wracam do własnych problemów”. Wiele razy byłam podobnie zaabsorbowana sobą. Im bardziej byłam zajęta, tym silniej musiałam się przed tym strzec. Kiedy pisałam tę książ­kę i czułam presję, by zdążyć na czas, kilka razy, kiedy ktoś chciał ze mną porozmawiać, ja – tak jak metalowe opiłki przyciągane przez magnes – odwracałam się w stronę komputera.

Chociaż nie można oczekiwać od nas, że rzucimy wszyst­ko, co robimy, i będziemy słuchać każdej osoby, która prosi nas o uwagę, możemy powiedzieć jej, kiedy znajdziemy na to czas. To znacznie bardziej uprzejma reakcja niż udawanie, że słuchamy, a tak naprawdę nadal czytamy gazetę, pracujemy przy komputerze czy oglądamy telewizję. Każdemu czasem zdarza się odpowiadać nieuważnym ?aha, aha”, gdy tak naprawdę się nie słucha. Jeśli jednak nabieramy takiego zwyczaju, to lekceważymy i nie szanujemy ludzi. Kiedy mój były mąż, Kurt, narzekał, że go nie słucham, traktowałam te skargi poważnie, wiedząc, że moje zachowanie może położyć się cieniem na naszej miłości.

W tym tygodniu skoncentruj się na byciu dobrym słuchaczem dla innych ludzi, tak by mogli być sobą. Kiedy twój rozmówca w pełni się wypowie, spróbuj zadawać pytania, dzięki którym posunie się w swych przemyśleniach trochę dalej. Jak się czuł, kiedy szef zaczął mówić o przymusowych urlopach? Jakie jeszcze myśli przebiegały mu przez głowę? Kiedy zadajesz pytania, któ­re prowokują do dalszych refleksji i wyrażania emocji, w końcu znajdziesz się na uświęconej ziemi. Oboje doświadczycie zaska­kujących wglądów – takich, których żadne z was nie mogłoby przeżyć w samotności. Na tym polega magia słuchania.

Korzystaj z mocy swojego prawdziwego Ja

Dużo się teraz mówi o prawdziwym Ja. Problem w tym, jak je rozpoznać, skoro każdy z nas ma wiele Ja. Jestem matką i żoną, pisarką i mówcą, naukowcem i psychologiem, współczu­jącą osobą i dobrą przyjaciółką. Jest też negatywna strona: mam różne alterego – fałszywe Ja, które mogą dochodzić do głosu, kiedy jestem zdenerwowana, przygnębiona, przestraszona czy przemęczona. Jest cierpiętnica i perfekcjonistka, maruda i ktoś, kto chce zadowalać innych, jest krytyk i szefowa. Istnieją też ?Cykor” i ?Królowa Pesymizmu”, która upiera się, że świat za­raz legnie w gruzach. Która z tych osobowości jest moim praw­dziwym Ja? Gospodarz starego programu telewizyjnego To Tell the Truth (Powiedzieć prawdę) zwykł mówić: ?Niech wstanie prawdziwa Joan Borysenko!”.

Bardzo ważną lekcję o prawdziwym Ja dostałam w Miraval Spa w Tucson w Arizonie. Zimą 2001 roku wraz z moją przyjaciółka, Cheryl Richardson, prowadziłyśmy w tym pięknym pustynnym otoczeniu pierwszy z naszych dorocznych warsztatów ?Take Time for Your Life” (Znajdź czas na swoje życie). Uczestniczyła w nim grupa około siedemdziesięciu kobiet i mężczyzn. Popołudnia były wolne, przeznaczone na korzystanie z wyjątkowych programów w Miraval. Kilkoro członków grupy zachwycało się czymś o na­zwie ?Końska Przygoda”. Mówili, że konie są jak lustra, które pokazują, kim naprawdę jesteśmy. Dla niektórych osób było to niezwykłe przeżycie. Zaintrygowane, Cheryl i ja – razem z na­szymi mężami – zapisałyśmy się na ten program.

Prowadził go kowboj, Wyatt Webb. Wyjaśnił, że naszym pierw­szym zadaniem będzie oczyszczenie kopyt przydzielonemu nam koniowi. Byłam rozczarowana. Kiedy miałam trzydzieści kilka lat, posiadaliśmy z mężem dwie żywiołowe klacze, Quanę – rasy quar- terhorse i Mię – rasy arabskiej. W tamtym czasie wielokrotnie wy­bierałam żwir i błoto z końskich kopyt i nie mogłam zrozumieć, w jaki sposób to doświadczenie miało rzucić nowe światło na moją osobowość. Gdy jednak Wyatt zaczął mówić o tym, jak konie odpowiadają na naszą energię, odzwierciedlając nasze emocje i intencje, zrozumiałam, że to bardzo mądry człowiek. Zrezygnowałam z osądzania, ciekawa, co się stanie.

Wyatt przestrzegł nas przed wyciąganiem pochopnych wnio­sków na temat zwierzęcia, niezależnie od tego, co się będzie dzia­ło w czasie jego oporządzania. Jeżeli wyda się niechętne i nie będzie chciało podnieść kopyt do czyszczenia, nie znaczy to, że jest uparte. To raczej my nie podchodzimy do niego z naszym prawdziwym Ja. Nadal nie byłam pewna, czym może być to nie­uchwytne Ja. Zostaliśmy wysłani do koni z kopystkami, kilkoma wskazówkami z zakresu bezpieczeństwa i taką oto mądrą radą: ?Jeżeli to, co robisz, nie sprawdza się, spróbuj czegoś innego. Jeżeli to także się nie sprawdza, poproś o pomoc”.

Podeszłam do konia, czując lekki niepokój. Minęło dwadzie­ścia lat, od kiedy dzierżyłam w ręce kopystkę, ale kiedy mój koń posłusznie podniósł każde z tylnych kopyt do czyszczenia, byłam wniebowzięta. Jednak okazało się, że z przednimi kopytami nie po­szło już tak gładko. Tak jak nas poinstruowano, uszczypnęłam konia w ścięgno, by dać mu do zrozumienia, że ma podnieść lewą nogę. Bez efektu. Uszczypnęłam trochę mocniej. Nadal nic. Starając się wyglądać nonszalancko, przeszłam na drugą stronę i powtórzyłam całą procedurę, ale bezskutecznie. Poprosiłam więc o pomoc.

Podszedł do mnie kowboj o imieniu John. To niezwykły męż­czyzna, który rozumiał zarówno konie, jak i ludzi. ?Jak się czu­jesz?” – zapytał łagodnie. ?Trochę sfrustrowana” – odparłam. Ponieważ kiedyś miałam konie, uważałam, że powinnam była poradzić sobie lepiej. A jeśli byłam jedyną osobą, która nie po­trafiła wykonać zadania? Jakie to będzie poniżające!

Wystarczyły dwie minuty, by John wskazał kilka z moich fał­szywych Ja. Perfekcjonistka myślała, że posiadanie koni przed dwudziestu laty powinno czynić z niej eksperta. Ja, które chciało zadowalać ludzi, troszczyło się o prawidłowe wykonanie zadania, tak by inni dobrze o nim myśleli. Koń, zapewnił mnie John, nie dbał o te nieprawdziwe Ja i o wyraźny niepokój, który genero­wały. Konie są bardzo wrażliwe na energię. Reagują na spokojną jasność intencji. Zmieszanie emocjonalne, jakie czułam, nie było jasną formą komunikacji.

John podniósł patyk i narysował na ziemi linię. ?To jest rzeka Rio Grandę – powiedział. – Po jednej stronie są twoje fałszywe Ja – Joan perfekcjonistka i Joan, która chce zadowalać ludzi. Po drugiej stronie jest prawdziwa Joan. Tylko na tę koń zareaguje”.

John odszedł, by pomóc komuś innemu, a ja myślałam o tym, jak przejść tę rzekę i stać się Joan, która jest spokojna i obecna. Wzięłam kilka głębokich wdechów i zdecydowałam, że w tym momencie pomocna będzie miłość. Koń i ja porozumiemy się le­piej, jeśli okażę mu trochę czułości. Pogłaskałam więc jego miękkie wargi i podrapałam go za uszami. Poklepałam po grzbiecie i szep­nęłam kilka uspokajających słów. Potem spróbowałam podnieść jego kopyto. Ani drgnęło. Miałam wrażenie, że jego noga zapuści­ła korzenie, które sięgnęły do środka ziemi. Zwierzę zdawało się być przyklejone do podłoża.

Znów potrzebowałam pomocy. Teraz podeszła do mnie szczu­pła, uśmiechnięta kowbojka o imieniu Ellen. Najwyraźniej obser­wowała ten mały spektakl i, o ile dobrze pamiętam, powiedziała coś takiego: ?A więc, Joan, przywykłaś dostawać to, czego chcesz, dzięki gadaniu?”. Tak trafiła w sedno, że wybuchnęłam śmiechem, kiwając jednocześnie głową.

?Nie możesz zagadać konia – kontynuowała. – One nie zwra­cają na to uwagi. Zareagują tylko na twoje jasne intencje. Cofnij się i weź cztery czy pięć głębokich oddechów. Bądź w kontakcie ze sobą. Pomyśl, czego chcesz od tego zwierzęcia, a potem po­dejdź tu i podnieś jego nogę”.

Zaczynałam rozumieć. Odeszłam na bok i wzięłam kilka od­dechów przeponą, szukając w sobie wewnętrznego ośrodka spo­koju. Tam nie ma fałszywych Ja. Ktoś, kto chce zadowalać ludzi, perfekcjonistka i cała reszta postaci mieszka po drugiej stronie rzeki. ?Chcę tylko, by ten koń podniósł nogę” – myślałam. Moje intencje były jasne. Podeszłam do mojego czworonożnego na­uczyciela, podniosłam jego nogę i wyczyściłam kopyto. Jak samo życie, było to proste, ale nie od razu.

Po oczyszczeniu kopyt mieliśmy przeprowadzić nasze konie wokół areny. Tym razem wiedziałam, co robić, i wiedziałam, co ma robić koń. On wiedział, że ja wiedziałam, i mieliśmy doskonałe porozumienie. Po tym małym zwycięstwie uśmiechałam się jak Kot z Cheshire, wiedząc, że umiejętność dotarcia do mojego prawdzi­wego Ja będzie służyła mi także w innych dziedzinach życia.

Kilka tygodni później, kiedy byłam w innej podróży służbowej, w mojej walizce zaciął się suwak. Walczyłam z nim, ciągnąc go i szarpiąc. Zaczynałam myśleć, że będę musiała dokończyć podróż z węzełkiem na ramieniu. Przez mój umysł zaczęła maszerować parada fałszywych Ja. Perfekcjonistka złajała mnie, mówiąc, że powinnam była wziąć inny bagaż. Przecież wiedziałam, że suwak wymaga naprawy. Osobowość, która zawsze chciała zadowalać innych, przejęła się, że będę wyglądać głupio, co więcej – niepro­fesjonalnie, niosąc swoje rzeczy w węzełku. Ofiara zaczęła użalać się nad sobą, zamkniętą w pokoju hotelowym ze złośliwą walizką. To nic nie dawało.

Zaczęłam więc udawać, że suwak jest grzbietem konia z Miraval. Cofnęłam się, odzyskałam kontakt ze sobą dzięki kilku oddechom przeponą i pomyślałam o tym, jakie są moje intencje. Suwak miał ustąpić i się rozsunąć. I co najważniejsze, tak się właśnie stało.

W tym tygodniu zauważ, w jaki sposób podchodzisz do po­rozumiewania się z ludźmi, zwierzętami, a nawet przedmiotami nieożywionymi, takimi jak suwak. Czy wiesz, jakie są twoje in­tencje? Jeżeli coś nie układa się po twojej myśli, jakie fałszywe Ja odzywają się w twojej głowie? Weź kilka głębokich oddechów i sięgnij do twego prawdziwego Ja, zamiast pozwalać, by fał­szywe Ja uciekło z twoim spokojem wewnętrznym i twoją siłą. Odzyskaj kontakt ze sobą i zastanów się, co chcesz komuniko­wać. Konie i inne zwierzęta nie są odosobnione w umiejętności wyczuwania twojej energii. Ludzie też to potrafią. Kiedy twoje słowa i czyny odpowiadają temu, co czujesz, twoja energia jest mocna i spójna. Możesz naprawdę dokonać cudów w stanie we­wnętrznego spokoju.

Wystrzegaj się plotek

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy epidemia fałszywych oskarżeń o molestowanie seksualne dzieci przez pracowników przedszkoli i świetlic przekształciła się w straszne polowanie na czarownice, Amerykanie na własnej skórze przeko­nali się, jakie szkody może spowodować plotka. Rozprzestrzenia się w społecznościach jak pożar lasu, a w trakcie wędrówki od osoby do osoby opowiadana historia najczęściej jest ubarwiana i zniekształcana.

Jeżeli w dzieciństwie bawiłeś się w ?głuchy telefon”, to pewnie pamiętasz, jak najprostsze nawet zdanie traciło swój sens przeka­zywane dalej. Wynik często okazywał się komiczny. W prawdzi­wym życiu takie zniekształcenia wcale nie są zabawne. Boha­terami skandalu stają się ludzie, których później uznaje się za niewinnych i publicznie rehabilituje. Jednak plotki wyrządziły im krzywdę nie do naprawienia.

Kiedy usłyszysz coś złego, albo nawet tylko ekscytującego, o in­nej osobie, trudno ci wyrzucić to z myśli. Dziecięcy wierszyk Sticks and stones can break my bones, but words can never hurt me (Kije i kamienie mogą połamać mi kości, ale słowa nigdy nie zrobią mi krzywdy) wprowadza dzieci w błąd. Tak naprawdę połamane kości szybko się zrastają, ale reputacja goi się dużo dłużej.

Jedna z moich przyjaciółek jest ogólnie miłą i pełną empa­tii osobą, ale niestety jest uzależniona od plotek. Ma brzydki zwyczaj przekazywania informacji o kimś po to, by zbliżyć się do kogoś innego. Ludzie szybko zauważają u niej tę słabość i w rezultacie utrzymuje ona wiele powierzchownych kontak­tów, ma natomiast niewielu prawdziwych przyjaciół, którym może ufać. Jeżeli ktoś dzieli się z tobą intymnymi szczegółami z życia innych osób, to możesz być pewien, że w ten sam sposób zdradza też twoje tajemnice. W jidysz tacy plotkarze nazywani są yente.

Jest taka historia o trzech kobietach, które przez trzydzieści lat w każdą sobotę grały razem w karty. Pewnego dnia Martha mówi do przyjaciółek: ?Od tak dawna się znamy, dziewczyny, że wyjawię wam mój najgłębszy sekret. Jestem nimfomanką. Nie martwcie się jednak, wasi mężowie są przy mnie bezpieczni”.

Odzywa się ośmielona jej szczerością June: ?Skoro mówimy prawdę – a to wielka ulga – jestem tajnym agentem FBI”.

?Wielkie dzięki, dziewczęta – mówi Sarah. – Mój sekret to to, że jestem yente. Przepraszam, że przerywam naszą rozmowę, ale muszę biec. Mam do przeprowadzenia kilka ważnych rozmów telefonicznych”.

We wszystkich religiach istnieje etyczny zakaz plotkowania. W buddyzmie jest to jedna z praktyk, zwana ?właściwe słowo”, a zarazem jedna z podstaw szacunku i współczucia. Niestety, ży­jemy w kulturze, w której ?właściwe słowo” należy do wymarłej sztuki. Szukanie sensacji i wyrażanie się o innych pogardliwie stały się powszechną rozrywką. Jesteśmy zasypywani najbardziej drastycznymi i intymnymi szczegółami z życia znanych ludzi, od gwiazd filmowych do polityków. Im bardziej poniżające i upo­karzające, tym lepiej. Kiedy Linda Tripp zdradziła sekret swojej przyjaciółki, Moniki Lewinsky, większość ludzi uznała jej za­chowanie za naganne. Była to szokująca zdrada, która uczyniła z Tripp najbardziej pożałowania godną osobę w tym niekończą­cym się prezydenckim skandalu seksualnym.

Sakrament przyjaźni polega na poczuciu bezpieczeństwa, gdy całkowicie otwiera się swoje serce, będąc przekonanym, że na­sze tajemnice nie zostaną wyjawione. Dobrzy przyjaciele są jak schronienie w trudnych czasach i źródło radości oraz rozwoju. Stanowią grunt, z którego wyrasta spokój wewnętrzny. Posiada­nie powiernika, z którym możesz podzielić się swoimi nadzie­jami i lękami, który kocha cię nawet wtedy, kiedy pozna twoje najskrytsze sekrety, jest szczególną łaską. Możliwość zwierzenia się ze swoich tajemnic nie tylko redukuje lęk i stres, lecz również przeciwdziała chorobom serca, zwiększa odporność i pomaga organizmowi w walce z rakiem.

Przez cały tydzień pogłębiaj swoją umiejętność zawierania i utrzymywania przyjaźni, wystrzegając się plotek w każdej postaci.

Ćwicz sztukę właściwego słowa. Jak mogłaby poradzić ci two­ja babcia: jeżeli nie możesz o kimś powiedzieć czegoś miłego, w ogóle nic nie mów. Kiedy ktoś inny zaczyna ci mówić o czyichś sprawach więcej, niż w twoim mniemaniu powinieneś wiedzieć, daj mu do zrozumienia, że nie chcesz tego słuchać. Każdy czło­wiek zasługuje na dobro i szacunek za to, kim jest, a nie za to, jakim go widzą inni.